Nie da się zapomnieć, że jest się w ciąży

Nie da się zapomnieć, że jest się w ciąży
Małgorzata Walenda i Łukasz Stawarczyk / fot. z archiwum prywatnego
Przysługuje mi godzinna przerwa na karmienie w ciągu dnia, ale wydaje mi się to trudne w realizacji. Bo co – ja wyjdę nagle z próby, a koledzy będą dalej pracować? – Małgorzata Walenda i Łukasz Stawarczyk, aktorskie małżeństwo, opowiadają o łączeniu pracy w teatrze z rodzicielstwem.

MAGDALENA OŻAROWSKA: Spotykamy się w Narodowym Starym Teatrze, gdzie oboje pracujecie. Na początku stycznia zostaliście rodzicami. Czy Wasza rzeczywistość wywróciła się do góry nogami?

MAŁGORZATA WALENDA: Tak, ale to dobrze!

ŁUKASZ STAWARCZYK: Totalnie. Właściwie wszystko się przewartościowało. Maleństwu trzeba poświęcić całego siebie, więc wyrzuciło nas kompletnie z orbity teatralnej.

MW: Z pewnością zyskaliśmy zdrowy dystans do teatru i zawodu.

MO: Czy decyzja o rodzicielstwie wiązała się z wyrzeczeniami zawodowymi?

MW: Mieliśmy duże szczęście. Na początku naszego związku pracowałam w Poznaniu, potem we Wrocławiu.

ŁS: Pięć i pół godziny pociągiem zamieniło się w trzy.

MW: Kiedy dostałam etat w Starym, wszystko nagle stało się możliwe. Gdybym pracowała w innym mieście, raczej nie zdecydowalibyśmy się na rodzicielstwo. Teraz zastanawiamy się, jak ogarniemy logistykę w najbliższej przyszłości.

ŁS: Czuję się jak kabotyn, kiedy mam opowiadać o byciu ojcem z perspektywy ciepłego etatu. Osoby będące na etatach i mogące cieszyć się rodzicielstwem to jakiś promil całego środowiska teatralnego. Jesteśmy turbo uprzywilejowani. Byłem przez dziewięć lat wolnym strzelcem. Studiowałem na roku z Gosią Gorol i Bartkiem Gelnerem. Startowaliśmy tak samo, potem jeździłem na ich premiery, a sam pracowałem przy trzech spektaklach rocznie i mieszkałem w aucie. Założenie rodziny czy nawet bycie w dłuższej, poważnej relacji wydawało mi się wtedy czymś absurdalnym i abstrakcyjnym. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł być freelancerem i ojcem jednocześnie.

Pierwsze lata na rynku są brutalne i definiują twoją późniejszą karierę – to, czy ktoś cię dostrzeże, gdzie wylądujesz. Trzeba być gotowym na pracę w całej Polsce, jeżdżenie, trwonienie czasu i hajsu na podróże oraz jedzenie na mieście. Czekasz, aż coś się w końcu wydarzy, ale chcesz też wreszcie stabilizacji.

Mam 36 lat – to z jednej strony późny wiek na ojcostwo, z drugiej strony ta granica cały czas się przesuwa. Gdyby były ku temu warunki, zostalibyśmy rodzicami dużo wcześniej.

Najśmieszniejsze było to, że nikt z widowni nie zorientował się, że to jest prawdziwa ciąża. Ludzie nie mają świadomości, że będąc w ciąży, możesz wykonywać ten zawód.

MW: Dla mężczyzny to nie jest aż tak późno, jak dla kobiety. Zdawałam na aktorstwo w wieku 23 lat, a kiedy je kończyłam, miałam 28. Całe szczęście, że dostałam etat na czwartym roku. To sprawiło, że w ogóle zostałam w tym zawodzie. Nie wiem, czy z moim nastawieniem do życia i predyspozycjami psychicznymi mogłabym pozwolić sobie na freelance. Kiedy mieszkałam w Poznaniu, a Łukasz w Krakowie, ambicje rodzinne kłóciły się z zawodowymi. Miałabym rezygnować z etatu? Bycie nieubezpieczoną w ciąży to coś niezwykle stresującego. Potem pojawiła się propozycja z Capitolu, a chwilę później oferta pracy w Starym spadła mi jak z nieba.

ŁS: Jakimś dziwnym trafem we dwójkę znaleźliśmy się w tym miejscu. Ciężko to porównać do jakiejś innej historii. Zostaliśmy instytucjonalnie zaopiekowani, ale równie dobrze mogłoby się to nie wydarzyć. Trochę chciałbym pojojczyć na dziury systemowe, ale wypełnia mnie ogromna wdzięczność. Udało nam się. Zastanawiam się, czy w ogóle mamy prawo opowiadać na ten temat.

MO: Ważne jest poznanie różnych perspektyw.

MW: Poza tym nie wszędzie jest tak kolorowo. Mam koleżankę, która po poinformowaniu dyrektora o ciąży usłyszała: „Jak to? Już mamy jedną dziewczynę w ciąży na etacie. Powinnaś była poczekać”. Szłam z duszą na ramieniu do dyrektorki, bo byłam trzecią aktorką w ciąży w sezonie. Przez lata w Starym nie rodziły się żadne dzieci. Znam wiele dziewczyn, które twierdzą, że kariery nie da się pogodzić z macierzyństwem. Szczęśliwie usłyszałam od dyrektorki: „Gratulacje!”. Dostałam wsparcie. Zostałam zapytana, do kiedy chcę grać i kiedy planuję wrócić. Grałam do ósmego miesiąca włącznie, a wracam najszybciej, jak się da – już pod koniec maja.

Małgorzata Walenda w Magnetyzmie serc, reż. Kalina Jagoda Dębska / fot. Klaudyna Schubert / Narodowy Stary Teatr w Krakowie

MO: Wow! Ramona Nagabczyńska w pierwszym wywiadzie z tego cyklu zwracała uwagę, że rzadko oglądamy ciężarne na scenie. Jak Ci się grało?

MW: Grałam bardzo różne spektakle. Miałam zaplanowane pokazy musicalu Mock. Czarna burleska, które przypadały na szósty miesiąc. Trzy miesiące wcześniej zadzwoniłam do reżysera, Konrada Imieli: „Konrad, jestem w ciąży, ale chciałabym zagrać”. Zareagował bardzo entuzjastycznie. Zaczęłam dopytywać o kostium, bo nie chciałam wkładać gorsetu i ściskać brzucha. Ustaliłyśmy z kostiumografką, że gorset zostanie, tylko będzie zmodyfikowany. Konrad powiedział, żeby nie ukrywać brzucha, ale go uwypuklić. Najśmieszniejsze było to, że nikt z widowni nie zorientował się, że to jest prawdziwa ciąża. Ludzie nie mają świadomości, że będąc w ciąży, możesz wykonywać ten zawód.

W Starym z kolei będąc na początku ciąży, uczestniczyłam w próbach do nowej premiery, koledzy z ekipy jeszcze o tym nie wiedzieli. Kilka miesięcy później, we wrześniu i październiku, grałam już w zaawansowanej ciąży. Brzuch rósł bardzo szybko, więc dwa dni przed pokazami chodziłam do krawcowych, które wciąż musiały powiększać mój kostium.

Nie da się zapomnieć, że jest się w ciąży. Trochę myślałam o niej – o tym, jak się czuje – bo już wiedziałam, że to będzie dziewczynka. Przy ostrym stroboskopie cieszyłam się, że mam kilka warstw na sobie, bo wiem, że tego typu światło nie działa dobrze na dziecko. Martwiłam się też o poziom głośności. Zastanawiałam się, czy jej nie przebodźcowuję, ale jednocześnie byłam bardzo szczęśliwa, grając. Towarzyszył mi lęk, że wypadnę z obiegu, więc zdecydowałam się na jak najkrótszą przerwę.

To jest niesamowite, kiedy spektakl leci swoim rytmem, a ty czujesz kopniaki w środku. Wiem, że nikt tego nie widzi, a ja przeżywam podwójny przebieg – przebieg całości spektaklu z kolegami i publicznością oraz drugi, równoległy, z nią. Kondycyjnie na pewno było ciężej. Przepona i płuca miały mniej miejsca. Sam poród jest fizycznie ciężkim wysiłkiem, więc trzymanie ciała w dobrej kondycji jest ważne, żeby go jak najlepiej przeżyć. 

MO: Nigdy wcześniej nie pomyślałam o ciężarnych widzkach. Przy głośnych spektaklach rozdawane są zatyczki, ale chronią one nasze uszy – płodu już nie.

MW: W dziewiątym miesiącu byłam na Piramidzie zwierząt u nas w teatrze. Było mi bardzo głupio, tym bardziej że siedziałam w drugim rzędzie, ale kiedy po raz trzeci zapalono papierosa, musiałam wyjść. Miałam odruchy wymiotne.

MO: W Starym jest kilka aktorskich małżeństw, ale Wy jako jedyni nie występujecie razem na scenie.

MW: A to prawda!

ŁS: Chwała Bogu!

MO: Czy to świadoma decyzja?

Z jednej strony mówimy o tym, że chcemy zabezpieczeń systemowych, a z drugiej strony ten zawód jest trochę pozasystemowy, banicki. Jest wolny – nie da się go podporządkować systemowi, nie da się wszystkiego wyregulować.

MW: Przypadek. Bardzo bym chciała zagrać z Łukaszem.

ŁS: A ja bym bardzo nie chciał.

MO: Słyszałam, że poród zastał Łukasza na scenie.

ŁS: Byliśmy razem w szpitalu od 11.00.

MW: Ja leżę w wielkich bólach, a Łukasz pyta położnej, o której mniej więcej urodzi się dziecko.

ŁS: Nie mogliśmy tego zaplanować. To i tak działo się po terminie. Wieczorem graliśmy spektakl Orlando. Bloomsbury Kasi Minkowskiej. Byłem cały dzień w szpitalu, ale kiedy ten właściwy poród się zaczynał, musiałem lecieć do teatru.

MW: Podczas tych najgorszych skurczów, kiedy puściło znieczulenie.

ŁS: Jestem na scenie, a jednocześnie dzieje się najważniejsza rzecz w moim życiu.

MW: Braliśmy pod uwagę taki scenariusz.

ŁS: Dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po miałem wolne. W spektaklu dzieje się dużo, jest dużo muzyki i tak dalej. W pewnym momencie Magda Grąziowska wskakuje na krzesło i komunikuje wszystkim, że nasza grupa będzie miała nowego członka. Tamtego dnia zaimprowizowała: „Właśnie urodziła się Róża”. Usłyszeliśmy sprzężenie w mikrofonie. Może to był totalny przypadek, ale wtedy pomyślałem, że to właśnie teraz. Że urodziła się moja córka.

MW: Prawdopodobnie to był ten moment.

ŁS: 19 grudnia. Skończyliśmy grać, przebrałem się, pojechałem do szpitala, a Gosia leżała już z malutką.

MO: Czyli teatr nie ma przygotowanych protokołów na sytuacje kryzysowe? Mógłbyś o 17.00 powiedzieć, że nie zagrasz? To jest w ogóle opcja?

ŁS: Wchodzimy na bardzo grząski grunt. Z jednej strony mówimy o tym, że chcemy zabezpieczeń systemowych, a z drugiej strony ten zawód jest trochę pozasystemowy, kontrrewolucyjny i banicki. Jest wolny – nie da się go podporządkować systemowi, nie da się wszystkiego wyregulować. Nie spotkałaby mnie pewnie żadna kara, gdybym nie przyszedł. To byłoby zrozumiałe. Ale my gramy z gorączkami. Mamy dwuskładnikową wypłatę. Tych spektakli masz, na przykład, osiem w miesiącu. Masz próbę wznowieniową, pierwszy set i nagle – gorączka. Idziesz do lekarza, dostajesz L4. Ale co – mam nie grać czterech spektakli? Moi koledzy nie zarobią dużej części miesięcznej pensji i nie zrekompensują tego żadną inną pracą. To kwestia solidarności, pewnie też pokolenia. Od szkoły wpaja się nam taką etykę pracy, która nie pozwala rezygnować. Nie bolało mnie tak bardzo, że muszę zagrać.

Pod koniec pierwszego aktu Orlanda mówię, że mam raka. Kaja obwieszcza, że umarłem. Wstaję i wychodzę. W drugim akcie wypowiadam tylko kwestie zza kulis. Inspicjentka Kasia Gaweł zasugerowała, żebyśmy przereżyserowali i przemodyfikowali ten fragment, żebym nie musiał zostawać.

MW: Dostaliśmy też nagranie, jak na ukłonach Kaja powiedziała: „Drodzy państwo, tu z nami powinien kłaniać się jeszcze Łukasz Stawarczyk, którego nie ma, bo jest właśnie na porodówce. Urodziło mu się dziecko”. Ktoś wniósł balony na scenę.

MO: Najpotężniejsze brawa w historii grania tego spektaklu. No dobrze, a co z urlopem tacierzyńskim?

ŁS: Nie wezmę urlopu tacierzyńskiego. To nie jest tak, że nie mam do niego prawa. Ale biorąc dłuższy urlop, rezygnuję ze swoich ról – ktoś musi mnie zastąpić i wykonać dodatkową pracę. Ta osoba wchodzi do obsady spektaklu na zasadzie dublerki i trzeba się z nią dzielić występami po połowie. Nie mogę poprosić o wolne, bo to jest nie fair wobec kolegów. Oczywiście prawnie mógłbym i gdybym poprosił dyrekcję, to by się na to zgodzili. Ale wiesz o tym, że blokujesz wszystkie spektakle, w których grasz, i tracisz źródło dochodu.

MW: Niedawno w naszym teatrze wprowadzano zasadę, że aktorka wracająca z macierzyńskiego gra we wszystkich swoich spektaklach i nie musi się dzielić setami po połowie z osobą, która ją zastępowała. Dlaczego miałabym oddawać połowę swoich spektakli i czuć się winna, dlatego że zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko? Osoby robiące te zastępstwa od razu wiedzą, że to jedynie na czas ciąży, urlopu macierzyńskiego czy wychowawczego. Co uważam za wspaniałe rozwiązanie – bo raz ja wejdę za koleżankę, a później ona za mnie.

ŁS: Dziewczyny solidarnie przyjęły ten pakt. To nie jest żadna umowa układu zbiorowego, nic uregulowanego prawnie. Działa to raczej na zasadzie partnerstwa i uczestniczą w nim wszystkie aktorki, nie tylko te, które są lub planują zostać matkami. Niektóre z nich nigdy tego „profitu” nie odbiorą. Wkładają ogromny wysiłek, żeby przygotować zastępstwo tylko po to, żeby zagrać jeden czy dwa sety.

Łukasz Stawarczyk w Bankructwie małego Dżeka, reż. Maciej Podstawny / fot. HaWa / Narodowy Stary Teatr w Krakowie

MW: Tak, odczuwam ogromną wdzięczność. Dzięki ciążom koleżanek w Poznaniu w pierwszym roku swojej pracy zrobiłam siedem premier. To ma swoje plusy, kiedy jest się młodą aktorką – można popróbować stylów i się rozegrać. Dziewczyny w poznańskim Nowym skrzyknęły się ze sobą i poszły do dyrektora prosić o podobne rozwiązanie. Czasami nie ma cię rok, czasami dłużej – w tej wyrwie nie wchodzisz w nowe produkcje, więc kiedy wracasz, jest tego grania dużo mniej.

MO: Łukaszu, czy planujesz w tym i kolejnym sezonie wejść w obsady przedstawień premierowych, czy robisz sobie przerwę?

ŁS: Mieliśmy farta, bo na początku sezonu zrobiłem Bankructwo małego Dżeka w reżyserii Macieja Podstawnego – przedstawienie skierowane do młodszego widza. To był super czas na tego typu projekt. Ta premiera była czasowo odległa od narodzin Róży i ostatniej fazy ciąży, w której Gosia potrzebowała opieki. Poprosiłem dyrekcję, żebym w tym sezonie – jeśli nie jest to konieczne – nie wchodził w nowe projekty, co się udało. Od ukończenia szkoły zazwyczaj robiłem trzy premiery rocznie. Poprosiliśmy też, żeby w miarę możliwości przy kolejnych produkcjach nasze próby nie odbywały się w tym samym momencie. Gosia wróci z macierzyńskiego, ja zostanę z małą. Jest dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy – odpuszczamy, żeby przeżyć ten czas razem.

MO: To może jednak dobrze, że nie gracie razem.

MW: Tak, chociaż czasem gramy w tym samym czasie na różnych scenach. Nie mamy na miejscu babci ani dziadka. Pochodzimy obydwoje z odległych miejscowości.

ŁS: Nie dotyczy to jedynie zawodu aktorskiego, ale zastanawiamy się nad kwestią infrastruktury opieki nad dzieckiem w przyszłości. Nie wyobrażamy sobie współpracy z opiekunką – jakie zasady jej zaproponować? Kto chciałby przychodzić z doskoku na 2–3 godziny? Pracujemy dwa razy w ciągu dnia, co ma bezpośredni wpływ na sytuację mieszkaniową. Możesz kupić mieszkanie dalej i taniej, ale wtedy spędzasz 12 godzin w teatrze, bo nie zdążysz pojechać i wrócić w godzinach szczytu w trakcie czterogodzinnej przerwy. Decydujesz się więc na centrum, ale nie kupujesz, tylko wynajmujesz, bo ceny są horrendalne. Płacisz więcej, ale nie tracisz czasu na dojazdy. Pracujemy od 10.00 do 14.00, a potem od 18.00 do 22.00, czasami od 17.00, bo trzeba przyjść wcześniej, umalować się i przygotować. Jak umawiać się z opiekunką, skoro dzień jest rozbity i zdominowany przez teatr? Z drugiej strony w okresie ciąży i pierwszych kilku miesięcy po porodzie ten system dobrze działał. Nie zostawiałem dziewczyn na osiem godzin – wpadałem w ciągu dnia z jedzeniem, wychodziłem z psem…

MW: Decydując się na pracę w teatrze, musieliśmy opuścić rodzinne miejscowości, a przy tym pozbawiliśmy się całej tej infrastruktury – stada i wioski, które wychowują dziecko. Czasami przecież chodzi o bezinteresowną pomoc typu wzięcie małej na pół godziny.

ŁS: Jak zadzwoniłaś do nas i zaproponowałaś wywiad, zaczęliśmy kalkulować, ilu aktorów i aktorek ma dzieci – i ile. Zrobiliśmy research u nas w teatrze. Zdecydowana większość osób, które decydują się na rodzicielstwo, ma jedno dziecko. W całym teatrze są tylko dwie osoby, które zdecydowały się na dwójkę dzieci. Trójki nie ma nikt. To jest po prostu niemożliwe.

MW: To nawet nie chodzi o małe dzieci. Nasza statystyka obejmuje też dorosłe dzieci aktorów, które mogą być w naszym wieku. 

MO: Jesteście rodzicami od trzech miesięcy, ale czy już wyobrażacie sobie przyszłość? Jak poradzicie sobie z logistyką, kiedy Małgosia wróci do pracy?

MW: Wszystkie ręce na pokład. Musimy się zacząć rozglądać za żłobkiem. Mamy nadzieję, że premiery nie będą na siebie nachodziły. Liczymy na wsparcie babć, które chwilowo z nami zamieszkają. Trzeba będzie poszukać opiekunki, ale trochę się tego boimy.

Ciało to moje narzędzie pracy. Wracam w czerwcu i myślę, w jakim zagram spektaklu i w jakim kostiumie – oversize’owe bluzka i spodnie, spoko, to wejdę.

ŁS: Zarobki w teatrze są, jakie są. Na pewno nie wchodzi w grę osoba na stałe. Raczej będziemy szukali kogoś, kogo będzie satysfakcjonowała praca z doskoku. Po prostu nas na to nie stać. 

MW: Trudno to do końca zaplanować. Nigdy nie wiemy, ile będą trwały próby. Moje koleżanki opowiadały mi o sytuacjach, w których miały zakontraktowaną opiekunkę, a nagle okazywało się, że nie muszą być na próbie, ale ona już jest i głupio byłoby ją odwołać. Pojawiają się wyrzuty sumienia – wydajesz pieniądze, których nie musisz wydawać. Zazwyczaj dostajemy harmonogram prób na tydzień przed, ale to płynna sprawa – czasem zmienia się z dnia na dzień.

ŁS: Musimy być dyspozycyjni, ale nigdy do końca nie wiadomo, ile czasu spędzimy na próbach. Niekiedy reżyserowie puszczają cię wcześniej, inni chcą cię cały czas. Ja bardzo obawiam się procesu uczenia się tekstu. Mała jest totalnie angażująca. Jeżeli Gosia zostaje z Różą, to kiedy wracam z próby porannej, chcę ją odciążyć, a mózg musi zachować świeżość, żeby chłonąć tekst.

MW: Mamy taki plan na czerwiec, kiedy wejdę w próby do nowej premiery, że Łukasz będzie czekał w garderobie, a ja będę przychodziła w przerwach karmić Różę. Szczęśliwie ta premiera jest rozbita na dwa bloki – zaczynamy próby w czerwcu, potem przerwa wakacyjna i wracamy we wrześniu.

Przysługuje mi godzinna przerwa na karmienie w ciągu dnia, ale wydaje mi się to trudne w realizacji. Bo co – ja wyjdę nagle z próby, a koledzy będą dalej pracować? Tak samo było na początku ciąży. W tygodniu premierowym spędza się dużo czasu w teatrze, nawet po 10 godzin, co było dla mnie fizycznie trudne. Kiedy dawano nam uwagi reżyserskie w dziesiątej godzinie, ja albo siedziałam, albo się kładłam i tylko kiwałam głową. Całe moje siły były przekierowane na „produkcję” tego człowieka. Wtedy czułam, że litera prawa ma się nijak do naszego zawodu. Miałabym wyjść z omówienia i nie słuchać sugestii, kiedy wszyscy jesteśmy na scenie przez cały czas?

MO: Macie doświadczenie pracy z karmiącymi mamami? Nie mówię tylko o aktorkach, ale wszystkich kobietach uczestniczących w procesie teatralnym.

MW: Nie spotkałam się nigdy z karmiącymi piersią aktorkami. Wiem, że moja koleżanka w Poznaniu tak robiła, ale dlatego że miała męża freelancera, który czekał z dzieckiem w garderobie.

ŁS: Właściwie nie, co wiele mówi o tej sytuacji. Rozumiem, że pytasz też o pewną hierarchiczność – kto może sobie na to pozwolić.

MO: No tak, bo jednak osoba reżyserska ustala harmonogram. A czy scenografka, dramaturżka czy choreografka mogłaby zarządzić przerwę?

MW: Pewnie realizatorki mogłyby wyjść „po cichu”, ale przecież aktorka nie przerwie sceny.

ŁS: Realizatorzy to zazwyczaj banda kolegów i koleżanek, którzy dogadują się między sobą. Natomiast gdyby aktorka poprosiła o takie przerwy, to wiele zależy od reżysera. Niektórzy będą wyrozumiali, inni nie.

Zdarzyło mi się pracować w Niemczech, gdzie dzieci twórców uczestniczyły w próbach i ganiały się po teatrze. Ich dezynwoltura i niesforność wybijały mnie z rytmu. Nie byłem w stanie zagrać czegoś na scenie, bo robiły, co chciały.

Małgorzata Walenda i Łukasz Stawarczyk / fot. z archiwum prywatnego

MW: Ale były to dzieci twórców. Nie wyobrażam sobie analogicznej sytuacji z dziećmi aktorów. Jednak jako twórca zarządzasz procesem i jeśli masz coś do załatwienia, możesz po prostu wyjść.

MO: Czy uważacie, że teatr jako zakład pracy jest przyjazny dzieciom i rodzicom? W poprzednich dwóch wywiadach przewijał się wątek teatralnych dzieci, zabierania ich ze sobą do pracy w weekendy i sezonie wakacyjnym. Czy spotkaliście się z tym w Polsce?

MW: W Poznaniu się z tym nie spotkałam, we Wrocławiu tak – szczególnie na wznowieniach, gdzie wiadomo, jakie jest zadanie. Były to dzieci starsze, którym można dać coś do porysowania czy czytania, które same się sobą zajmą. Pamiętam też taki dzień prób u Cezarego Tomaszewskiego, kiedy moja koleżanka z dwuletnim dzieckiem na biodrze mówiła tekst. Reszta ekipy próbowała w tym czasie zabawiać malucha.

Kiedyś tancerz w Capitolu musiał wziąć do pracy roczne dziecko. Kiedy nie był na scenie, był z nią. Siedział na korytarzu i nagle z interkomu dobiegł komunikat: „tancerze proszeni na scenę”. On z przerażeniem w oczach – ja mówię mu: „daj”, wręczył mi córkę, pobiegł zatańczyć i wrócił po 15 minutach. W Starym przez długi czas nie było małych dzieci, więc zobaczymy, jak to będzie. 

ŁS: Mam taką intuicję, że będzie bardzo przyjaźnie. Stary z zewnątrz może wydawać się monumentalną i pomnikową instytucją. Z takim przekonaniem mierzyłem się, kiedy rozpoczynałem tu pracę. Ale to też wspólnota ludzi, ciepła przestrzeń. Spędzamy mnóstwo czasu w garderobach, często wolimy się tutaj uczyć tekstu. Wytworzyły się wyjątkowe więzi pomiędzy nami, aktorami, a pracownikami administracji i techniki, co daje nam poczucie, że możemy być tu z Różą. Nie chcemy doprowadzać do takiego rygoru, że teatr jest tylko naszym miejscem pracy i musimy separować od niego dziecko.

MO: Przygotowując się do wywiadu, pobieżnie sprawdziłam Wasze media społecznościowe i nie znalazłam tam zdjęć Róży. Co Wy jako osoby aktorskie, które eksploatację wizerunku mają wpisaną w obowiązek etatowy, sądzicie o zjawisku sharentingu?

MW: Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Teatru i widziałam, jak wszyscy wrzucali swoje wielkie role. Bycie mamą jest teraz moją wielką rolą. Cały dzień spędziłam z nią – ma teraz skok rozwojowy i jest cały czas na piersi. Zrobiłam jej rano zdjęcie, kiedy leżała na brzuchu ze schowaną główką. Pomyślałam: „A, wrzuciłabym”. Coś mnie powstrzymało. Nie wiem, jakie będą tego konsekwencje. Z jednej strony chciałabym się nią dzielić, pokazać ją – ta buzia przecież jeszcze się zmieni, więc może to nie jest niebezpieczne? Jednak coś mnie przed tym hamuje. Wiem, że to się świetnie klika. Na pewno byłoby duże zainteresowanie i zdjęcia Róży mogłyby nas połączyć w sieci. Zachowałam swoje panieńskie nazwisko w zawodzie, w dokumentach mam dwuczłonowe, przez co jesteśmy poniekąd rozdzieleni. To rozdzielenie na zewnątrz pozwala lepiej poukładać to sobie w głowie – chcemy oddzielić świat zawodowy od rodzinnego.

ŁS: Mogę jedynie teoretyzować. Kilkanaście lat temu usunąłem konto na Facebooku i przez długi czas nie korzystałem z żadnych platform. Ostatnio zostaliśmy do tego zmuszeni – Gosia założyła mi Instagrama, którego zresztą prowadzi. Etat aktorski daje komfort i stabilność finansową, ale propozycje filmowe czy serialowe są mocno sprzężone z mediami społecznościowymi i prezentowanym tam wizerunkiem.

MW: Najlepiej klikają się te prywatne rzeczy. Staram się jednak wstawiać tylko zdjęcia ze spektakli, chociaż wiadomo, że dla obserwatorów ciekawsze są kulisy powstawania i życie codzienne. Mam całą bibliotekę zdjęć z Różą, mnóstwo fotografii z okresu ciąży, ale postanowiłam zatrzymać je dla siebie.

MO: Jak przeżywałaś i przeżywasz zmieniające się ciało w okresie ciąży i połogu?

MW: Myślałam i myślę o tym, jak ciąża zmieni moje ciało. Muszę liczyć się z konsekwencjami, których nie przewidzę – ile przytyję, ile trzeba będzie zgubić, czy wrócę do swojego wyglądu sprzed ciąży. Kiedy urodziłam, nagle inne rzeczy stały się ważne, ale wciąż mam to z tyłu głowy. Ciało to moje narzędzie pracy. Wracam w czerwcu i myślę, w jakim zagram spektaklu i w jakim kostiumie – oversize’owe bluzka i spodnie, spoko, to wejdę.

Rozmawialiśmy w garderobie Narodowego Starego Teatru w towarzystwie trzymiesięcznej Róży i psa Jago.

Małgorzata Walenda – aktorka, absolwentka Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. W latach 2019-2022 w zespole Nowego Teatru w Poznaniu, później w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu, od 2024 w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Grała w spektaklach Marcina Wierzchowskiego, Wojciecha Kościelniaka, Konrada Imieli czy Jana Klaty.
Łukasz Stawarczyk – aktor, absolwent PWST w Krakowie. W latach 2017-2019 grał w zespole Teatru Zagłębia w Sosnowcu, od 2020 – w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Grał u Weroniki Szczawińskiej, Wiktora Rubina, Cezarego Tomaszewskiego czy Anny Smolar.

Magdalena Ożarowska

Krytyczka teatralna, teatrolożka, fotografka i pracownica kultury. Ukończyła Wiedzę o teatrze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Studiowała również na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Pracuje w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, gdzie łączy zainteresowania teatralno-fotograficzne.