Nie spać!
Teatr Klucz po raz kolejny zawstydza teatralny mainstream. Intro to jednocześnie absurdalna fiesta i polityczny cios w nos mentzenów tego świata. Nie wiecie, po co komu sztuka i artyści? Jedźcie do Poznania.
„Kiedy artysta przestaje być darmozjadem?” – pyta jeden z performerów. „Kiedy postawi rodzicom nagrobek”. „Czym różni się pizza od tancerza?” – pyta drugi. „Pizza wyżywi czteroosobową rodzinę”. Scena z dowcipami pojawia się nagle, w środku spektaklu – po serii działań choreograficznych (na przykład licznych wariantach tytułowego wstępu). I dopiero wtedy zaczynam dekodować sensy. Dobrze mi było z niewiedzą. „W teatrze są tylko trzy rodzaje ludzi – mówi Mariusz Józefiak, rozpoczynając serię żartów – ci, którzy grają, ci, którzy udają, że grają, i ci, którzy udają, że rozumieją”.
Poza drwieniem z artystów i widzów drwi się tu także z osób z niepełnosprawnościami (i z łysych). Spokojnie, robią to osoby z niepełnosprawnościami (i łyse). Performerzy wystawiają się na pośmiewisko i odwracają ostrze wedle znanej gogolowskiej maksymy. Bo przecież wszystkie te żarty o tym, że niewidomy mówi do bezrękiego: „potrzymaj, a ja się rozejrzę” – są o nas. Wszyscy jesteśmy w jakiś sposób niedopasowani, inni i bezbronni wobec rzeczywistości. Dlatego tak chętnie chowamy się za innością wyraźniejszą niż nasza. Poznańscy artyści nie tłumaczą się z odmienności, oni nią zachwycają. Wszyscy obecni na scenie performerzy i performerki mają naddatek charyzmy. Hipnotyzują najprostszymi nawet choreografiami – Arkadiusz Żmijewski tańczy, jakby jeździł na niewidzialnych nartach, i nie można oderwać od niego wzroku.
Teatr Klucz w czwartym spektaklu wyreżyserowanym przez tancerza i choreografa Janusza Orlika potwierdza, że jest najciekawszym teatrem niezależnym w kraju. Intro jest ironiczne, plastycznie dopracowane, chwilami wzruszające i dotkliwe. Porusza się co prawda po znanej już mapie tematycznej i estetycznej, co może prowokować zarzut wtórności, ale jednocześnie stanowi dowód na dojrzałość poznańskiego zespołu, który świętuje dwudziestolecie (i dziesięciolecie profesjonalnej pracy w CK Zamek). Antek Kurjata, jedyny zawodowy performer w grupie, w Intro przede wszystkim świetnie tańczy. W poprzednich spektaklach wyraźniejsza była jego rola opiekuńczo-wspierająca. Teraz wszyscy performerzy zdają się samodzielni. W Kluczu jest zresztą tak, że (sporadyczne) niedoskonałości – zbyt wczesne pojawienie się aktora, przedłużona scena, zapominanie tekstu – stanowią dodatkowy walor. Dzięki nim całość zdaje się prawdziwsza. Oglądamy przedstawienie, owszem. Ale także doświadczamy obecności – i to ona, jak w każdym dobrym performansie, działa najmocniej.

Ale od początku. Gdy wchodzimy na salę, performerzy i performerki ubrani w czarne sportowe koszulki i spodenki snują się po scenie. Podłoga dużej sali CK Zamek wyłożona jest czarną folią, na której leżą porozrzucane ubrania. W głębi rozciąga się długi wąski podest. Za nim wznosi się monumentalna ściana – także z folii. Umiejętnie podświetlana delikatnie faluje – jakby w odpowiedzi na ambientowe podmuchy muzyki. To zza niej wyłaniać się będą performerzy w kolejnych kreacjach. Odpowiedzialna za kostiumy Agnieszka Ostrowska przygotowała szalony przelot przez style i konwencje. Cieszą się z tych przebieranek aktorzy, cieszą się widzowie.
Jarosław Kubiak w stroju muszkietera przejeżdża przez scenę na drewnianym koniku, niby Napoleon. Gdzieś obok przechadza się Józefiak w blond peruce i z akcesoriami ratownika ze Słonecznego patrolu. Ktoś inny tańczy w kurtce założonej tyłem do przodu. Lidia Piskorska w futrze i długiej peruce jest jak hollywoodzka gwiazda w kryzysie. Kubiak znika za zasłoną, by wyłonić się na nowo, tym razem w stroju Batmana. Później zmienia maskę na Spidermana i warczy niby zły pies. W międzyczasie podbiega kilkakrotnie do pierwszego rzędu i krzyczy: „Nie spać!”.
Ten wariacki i wspaniały korowód kolejnych wcieleń, dopełnianych indywidualnymi choreografiami (wspólna praca zespołu i Orlika), zdaje się absurdalny. I dobrze, i wystarczy – chciałoby się zawołać. Ale jednak jest w tym sens. Intro kończy się monologiem Józefiaka. Ironicznym i ckliwym jednocześnie. Może trochę zbyt ckliwym. Aktor czyni wyrzut kapitalistycznemu światu, w którym sztuka podlega logice sprzedaży. W takiej rzeczywistości na scenie jest miejsce tylko dla najsprawniejszych. Pogubione rytmy się nie sprzedają – mówi performer. Mainstream nie jest nimi (nami) zainteresowany. Ale nie tylko mainstream. Wy wszyscy nie jesteście – zdaje się mówić performer. Premiera Intra trafia w sam środek awantury o projekt ustawy zapewniającej artystom zabezpieczenie socjalne.
I jest w tej debacie ważnym głosem, bo udowadnia, że sztuka i excel to kiepskie połączenie. „Lubię śmietniki” – mówi Józefiak. Widać w nich, że wyrzucamy rzeczy niedoskonałe, które wciąż działają. Takim właśnie śmietnikiem jest scena w Intro. Stąd ta folia, te porozrzucane ubrania, w które można się przebrać i przywołać po raz kolejny noszące je wcześniej postaci. Echa dawnych filmów, powidoki popkulturowych i modowych klisz. Wszystko składa się na podlegający niejasnej logice montaż nostalgii i atrakcji. Gdzieś na początku słyszymy znaczące Life on Mars? Davida Bowiego. Patrzcie – zdają się mówić artyści Klucza – to wszystko nic niewarte śmieci. Po co wam ten wielki second hand? Gdzieś obok są rzeczy piękne, nowe i na dodatek w promocji. Ale czy na pewno chcecie to wszystko spakować w worki i wyrzucić? Zanim artyści zdejmą kostiumy i rozwiną jeszcze jedną foliową płachtę, która przykryje scenę jak pogrzebowy całun, udowadniają, że powtarzanie rzeczy ważnych jest równie istotne jak odkrywanie nowych.
To chyba najpiękniejszy moment spektaklu. Piotr Roszak wchodzi na scenę w krótkich spodniach moro, wojskowej czapce i żółtych kaloszach. Wygląda jak wędkarz-dyktator. Zapętlonymi gestami wściekłego wodza przepędza pozostałych. Do pieklącego się mężczyzny podchodzi Magdalena Szalbierz i delikatnym ruchem zrzuca mu z głowy czapkę. Miłosna scena, którą teraz odgrywają, to kilka zapętlonych gestów – dotknięć. „Ręce docierają do szyi” – usłyszałem na początku spektaklu podczas jednej z solowych etiud, zanim siedzący obok mnie mężczyzna przyciszył zestaw do audiodeskrypcji. Teraz widzę, jak ręce performerki docierają do szyi performera (i odwrotnie), następnie opadają do brzucha i niżej aż do kolan. Na scenie pojawiają się pozostali aktorzy i aktorki. Ubrani w rozmaite kolorowe uniformy, ni to mechaników, ni śmieciarzy, tańczą dookoła zakochanych. Każdy po swojemu – tak jak lubi. Muzyka robi się coraz bardziej emocjonalna i intensywna. „Ekstaza!” – mówi ktoś za moimi plecami. Otóż to.
Podoba mi się ten lapidarny sposób krytyki. Tym bardziej, że w monologu Józefiaka oberwało się także „mądrym”, którzy siedzą, patrzą, a potem piszą, dywagują, czy to teatr, czy może terapia? Słuszna uwaga. Można to wszystko ująć prościej. Na przykład tak: nie spać! jechać do Poznania!