Niespełnienie
Klaudia Hartung-Wójciak rzuca wyzwanie dominującej w polskim teatrze tradycji dramatycznej. Ale choć robi to konsekwentnie i skutecznie, wciąż pozostaje w cieniu. Niesłusznie.
Tematem najnowszego przedstawienia reżyserki i przy okazji jednego z najciekawszych spektakli minionego sezonu jest niespełnienie. Wichrowe wzgórza. Love to Die z Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy opowiadają oczywiście o niespełnieniu w miłości. Ale to pojęcie pasuje do całej kariery artystki, a przy okazji do losów tej formacji polskiego teatru, która kilka lat temu próbowała wywołać zwrot performatywny. Bez powodzenia. Na rodzimych scenach dominują dziś wielkie inscenizacje oparte na klasycznych tekstach, ewentualnie teatr opowieści. Performatywne strategie są nadal obecne, ale obszar ich występowania zdaje się mniejszy niż przed pandemią. Tego rodzaju sztukę wciąż i regularnie można oglądać w Komunie Warszawa, niekiedy w Teatrze Studio (w którego dziale literackim Hartung-Wójciak pracowała przez ostatni rok), okazjonalnie na innych scenach dramatycznych w całym kraju. Do niedawna swoistym centrum był Nowy Teatr w Warszawie, ale to już nieaktualne. W tej roli zdaje się zastępować go rosnący w siłę Wrocławski Teatr Pantomimy.
Wszystko, wszędzie, ale po kolei
Dolny Śląsk jest w tej opowieści istotny. Nie tylko dlatego, że Hartung-Wójciak w Pantomimie pracowała wraz z Cezarym Tomaszewskim nad bardzo udaną Symfonią alpejską (2023) – spektakularną fantazją na temat alpinistki Wandy Rutkiewicz. Artystka, urodzona w 1990 roku w Brodnicy w kujawsko-pomorskim, reżyserię (ze specjalnością dramaturg) kończyła co prawda w Krakowie, ale wcześniej studiowała właśnie we Wrocławiu – filologię polską. Do miasta przyciągnął ją festiwal Nowe Horyzonty, na którym bywała wolontariuszką. „Intelektualnie najpierw zaangażowałam się w film, dopiero później w teatr” – mówi mi w rozmowie. Teatr okazał się ostatecznie bardziej kuszący między innymi przez „większą wolność – jak się okazało, niekiedy pozorną, ale też większe możliwości w zakresie myślenia poza narracją, czy może precyzyjniej – poza klasyczną fabułą”. Ale i w nim zrobiło się duszno, artystka próbuje więc poszerzyć pole i pracuje w tak zwanym offie. „Teatry – jak mówi – niezmiennie skupiają się na tytułach i nazwiskach”. Dyrektorzy zamawiają zawsze ten sam zestaw: klasykę ze znaną osobą (reżyserską lub aktorską).
Wichrowe wzgórza… spełniały warunek tytułu, i to podwójnie. Premiera przedstawienia zbiegła się z kolejną ekranizacją słynnej powieści Emily Jane Brontë. W spektaklu spotkały się też filmowe i naukowe zainteresowania reżyserki. „Wichrowe wzgórza… wyrastają z mojej osobistej historii, ale też z pracy doktorskiej, w której zajmuję się konceptualizowaniem momentów śmierci. Interesuje mnie to, co pomiędzy teorią a doświadczeniem osobistym. Sam tekst teoretyczny nie pozwala mi jednak powiedzieć wszystkiego. Dlatego wciąż potrzebuję teatru i performansu. Paradoksalnie, odkąd wróciłam na uczelnię, czuję większą swobodę w budowaniu własnego języka artystycznego”. Przedstawienie w Bydgoszczy jest dla Hartung-Wójciak symptomatyczne. Komunikowana za pomocą napisów pierwszoosobowa narracja artystki prowadzi nas przez kilka historii z pogranicza faktu i fikcji: fabułę powieści, prywatną relację romantyczną z grającym w przedstawieniu aktorem (Michałem Surówką), opowieść o odchodzeniu własnej babci i transplantacji jej serca, a do tego szereg historii miłosnych pozostałych osób z obsady.

Ale wróćmy do początku. Kariera Hartung-Wójciak zaczęła się szczęśliwie. Studia wieńczył tryumf na Forum Młodej Reżyserii, czyli nagroda „Debiut TR” za Tkaczy – historię jak z życia wziętą, a przez to bardzo smutną (2016). Dramat Gerharta Hauptmanna, który stanowił podstawę przedstawienia, opowiadał historię dolnośląską – o XIX-wiecznym powstaniu rzemieślników z Gór Sowich, niedaleko Wałbrzycha. A to właśnie w tym mieście Hartung-Wójciak zaczęła zawodową pracę w teatrze. Od tego czasu mija właśnie dekada.
Cynkowi chłopcy Swietłany Aleksijewicz byli debiutem zarówno jej, jak i reżysera – Jakuba Skrzywanka. Jako dramaturżka/adaptatorka/autorka scenariuszy pracowała później także z innymi twórcami teatru dramatycznego: Remigiuszem Brzykiem, Maciejem Podstawnym, Wojciechem Farugą, Aleksandrą Jakubczak, ale także z choreografem i tancerzem Wojciechem Grudzińskim oraz Cezarym Tomaszewskim, o którym za chwilę.
Daleko jej do teatru zarówno Katarzyny Minkowskiej, jak i Jakuba Skrzywanka. Bliżej do wczesnej, wyraźnie muzycznej twórczości Magdy Szpecht oraz do prac Gosi Wdowik, która też flirtuje z performansem i ucieka od tekstocentrycznej dramaturgii.
Jak dotąd Hartung-Wójciak wyreżyserowała kilkanaście spektakli – w instytucjach i offie. Kilkanaście kolejnych współtworzyła jako osoba pisząca i dramaturżąca. Jest jedną z niewielu artystek swojego pokolenia, która wypracowała bardzo charakterystyczny język sceniczny. Daleko jej do teatru zarówno Katarzyny Minkowskiej, jak i Jakuba Skrzywanka. Bliżej do wczesnej, wyraźnie muzycznej twórczości Magdy Szpecht oraz do prac Gosi Wdowik, która też flirtuje z performansem, ucieka od tekstocentrycznej dramaturgii i rozumie, że widz w teatrze lubi się zachwycić. Nie przypadkiem wszystkie trzy artystki pozostają dziś obok głównego nurtu. Można to zrozumieć, analizując trendy i tendencje, ale jednak żal. Jednocześnie Hartung-Wójciak, mimo współpracy z Grudzińskim i zainteresowania choreografią, nie eksploruje jej w swoich przedstawieniach zbyt intensywnie. To wciąż teatr z tekstem.
Potknięcie na trampolinie
Jednym z najważniejszych obszarów jej działalności jest współpraca ze wspomnianym Cezarym Tomaszewskim. Poczynając od Gdyby Pina nie paliła, to by żyła (2017) zrealizowali wspólnie osiem przedstawień, w tym najsłynniejszy tytuł w karierze reżysera, czyli Cezary idzie na wojnę (Komuna Warszawa, 2017). „Nauczyłam się tam dramaturżyć nie tylko na poziomie tekstu, ale również tego, co jest wytwarzane na scenie. Zrozumiałam, co to znaczy dramaturgia muzyczna, ruchu, tekstowa, i jak to na siebie pracuje” – mówiła o współpracy z Tomaszewskim w wywiadzie dla Teatralnego.pl. To rozpoznanie jest przy okazji znakomitym streszczeniem metody jej pracy. Wszystkie obecne na scenie znaki znaczą równie mocno. Tekst nie jest istotniejszy od światła, a scenografia od muzyki. Choreografia nie dopełnia treści, tylko ją generuje. I tak dalej. Nie jest jednak Hartung-Wójciak epigonką Tomaszewskiego, nie jest też junior partnerką w artystycznym tandemie. Po pierwsze, nie stworzyli duetu na podobieństwo Piaskowskiego i Sulimy czy Strzępki i Demirskiego, a po drugie, w momencie rozpoczęcia wspólnej pracy Hartung-Wójciak miała już na koncie nagrodę „Debiut TR” – było więc jasne, że poza dramaturgią będzie reżyserować na własny rachunek.

À propos, zrealizowana w TR-ze i dialogująca z Jeanem-Lukiem Godardem Chinka (2018), była bez wątpienia istotna dla myślenia reżyserki, choćby poprzez filmowe referencje. Nie była za to sukcesem. „Potykam się zazwyczaj w instytucjach, w których nie należy tego robić – mówi mi z uśmiechem. – Dotyczy to przykładowo TR-u i krakowskiego Starego. Wymazywanie było jednym z najwcześniej zdjętych spektakli w historii”. Artystka podkreśla przy tym, że o potknięciu możemy mówić tylko wtedy, gdy przyjmie się konkretne kryteria, takie jak eksploatacja spektaklu, długość jego życia scenicznego i recepcja krytyczna. Z innej perspektywy: artystycznych poszukiwań, spotkania i współpracy nie sposób mówić o porażce.
Pozytywnych skutków było zresztą więcej. „Nie weszłam w tryb trzech, czterech produkcji rocznie, który uprawia bardzo wiele młodych osób artystycznych i który jest mi obcy, a wręcz z dzisiejszej perspektywy niemożliwy. Nie potrafię tak szybko produkować. Być może te potknięcia uchroniły mnie przed wyeksploatowaniem, a poza tym skłoniły do pisania projektów, które rzeczywiście chciałam zrealizować”. To właśnie okołograntowe realizacje w Instytucie Teatralnym i Komunie Warszawa artystka wspomina jako jedne z najważniejszych w karierze, podobnie jak rezydencje w Berlinie i Santarcangelo. Zwłaszcza praca z Instytutu dowodzi eksperymentalnego zacięcia. Święto wiosny na aturi i mimozy wstydliwe (2020) to instalacja, w której grały przede wszystkim tytułowe rośliny.
W karierze instytucjonalnej niewiele zmienił fakt, że ledwie trzy miesiące po Chince Hartung-Wójciak wystawiła znakomitego Dzikiego w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Spektakl adresowany do młodszych widzów oglądałem na sali gimnastycznej jednej z lokalnych szkół. Dziki był brawurową, rozpisaną na wiele języków i odniesień, rozmową z młodzieżą o śmierci bliskiej osoby, inspirowaną między innymi Symfonią wiosenną Benjamina Brittena. Rozmową dość hermetyczną, owszem, ale jednocześnie emocjonalnie komunikatywną. Pamiętam odważne wokalizy, wyrazistą choreografię i rodzinę robaków, która zjadała trupa ojca głównego bohatera. A także głośny śmiech nastoletnich widzów. Łączenie wysokiego z niskim oraz ironiczny uśmiech przy poruszaniu najważniejszych tematów – to cechy charakterystyczne wszystkich przedstawień artystki. Dodajmy do tego estetyczną konsekwencję, operowy posmak, zacieranie granicy między fikcją a prawdą i otrzymamy przepis na bardzo wyrazisty teatr. Jego spójność wynika również z grona stałych współpracowników.
Łączenie wysokiego z niskim oraz ironiczny uśmiech przy poruszaniu najważniejszych tematów – to cechy charakterystyczne wszystkich przedstawień artystki.
Reżyserka była na pewnym etapie współtwórczynią kolektywu Nostalgic Boys, zrzeszającego performerów i performerki z rozmaitych teatrów. W jego składzie znaleźli się choćby powracający w jej spektaklach aktorzy i aktorki, na przykład Filip Perkowski, Małgorzata Biela i Natasza Aleksandrowitch. Do grupy nie przynależał za to Jędrzej Jęcikowski, którego praca ze światłem stanowi jeden z wyróżników przedstawień artystki. Podobnie Hanka Podraza, której kostiumy także współtworzą charakterystyczny kod wizualny jej twórczości. Nostalgic Boys wciąż istnieją, choć w uśpieniu. „Stwierdziliśmy, że na razie wyciszamy działalność ze względu na różne zapotrzebowania członków i członkiń zespołu, ale nie wykluczamy dalszej współpracy”.
A co z samą ideą kolektywu? Awantura w Teatrze Dramatycznym skompromitowała koncept wspólnego zarządzania, ale Hartung-Wójciak przekonuje, że nie należy z niego całkowicie rezygnować, choć to trudna droga i łatwiej na niej o frustrację niż o sukces. „Problemy każdego kolektywu różnią się w zależności od składu. Czym innym będzie kolektyw reżyserek i dramaturżek, czym innym osób realizatorskich lub prowadzących teatry. Trzeba na nowo pomyśleć, co znaczy równość w kolektywie. Jak mogą wspierać się różne kompetencje, jak przebiega dynamika podziału zadań i odpowiedzialności”.
Charaktery i pisma
Hartung-Wójciak pisze, ale nie jest dramatopisarką. We współczesnym polskim teatrze nie jest to sytuacja najbardziej komfortowa. „Nie potrafię zacząć, jeżeli nie mam scenicznego kontekstu. Na jakiś czas straciłam też przyjemność pisania, która wróciła przy tworzeniu monologu narratorki Symfonii alpejskiej i monologów odautorskich w Wichrowych wzgórzach…”. Sympatia do monologu nie powinna dziwić. Wszystko opiera się tu przecież na napięciu między tym, co intymne, a tym, co zmyślone, „między performansem a dokumentem, między dokumentem a mockumentem”. Istotny dla jej metody pracy jest też kontakt z innymi ludźmi, ich umiejętnościami i opowieściami, które można potraktować jako gotowe elementy. „Zazwyczaj spotykamy się na kilka miesięcy przed rozpoczęciem prób i improwizujemy. Kiedyś te improwizacje były bardziej ustrukturyzowane, dziś to raczej swobodne rozmowy”. Jak to działa? „To jest taki moment, że nagle na coś natrafiamy. Wówczas kilka słów uruchamia bardzo konkretną rzeczywistość”.
Wyjątkowość zarówno wrażliwości, jak i metody dobrze widać w zrealizowanym w poznańskim CK Zamek projekcie all my dead sweethearts (2024), którego tematem przewodnim był lament. „To opowieść wychodząca od historii mojej praciotki – mówi artystka. – W Berlinie, Poznaniu i Santarcangelo przeprowadzałam wywiady z przypadkowymi osobami, które poznawałam w kawiarniach, barach czy na ulicy. Pytałam o tęsknotę, ostatnie łzy i zachęcałam do narzekania. Odpowiedzi stały się bazą do stworzenia scenariusza – katalogu lamentacyjnego”. To jeszcze jeden przykład gry między faktem a fabułą. Taka strategia jest kusząca i owocna, ale ma też swoje konsekwencje.
KLAUDIA HARTUNG-WÓJCIAK: Wielokrotnie pytano mnie: okej, ale czy to fakt, czy zmyślenie? Bo chcielibyśmy jednak wiedzieć.
„Wielokrotnie pytano mnie: okej, ale czy to fakt, czy zmyślenie? Bo chcielibyśmy jednak wiedzieć”. Jako przykład trudnego odbioru artystka podaje przedstawienie „Żyd” z Wesela. Wycieczka krajoznawcza wg Romana Brandstaettera i Stanisława Wyspiańskiego z Teatru Bagatela w Krakowie (2019). „Napięcie między faktem a zmyśleniem było tam bardzo intensywne. Trudność odbiorcza wynikała z tego, że ja w coś grałam, ale nie dawałam narzędzi do tej gry widzom. Dlatego w Wichrowych wzgórzach… bardzo pracowałam nad komunikatywnością – mój monolog jest tam komentarzem, który prowadzi przez obrazy sceniczne oraz nazywa i stwarza napięcie między faktem a fantazją, przy równoczesnym zachowaniu płynności tej granicy. W domyśle, fantazji czy niezrealizowanej możliwości jest poza tym dla mnie coś, co przekracza porządek faktów, a jednocześnie pozwala odzyskiwać, budować i zmieniać historię”.
Przepastne historyjki
Wracając do miłości. Artystka podejmowała ten temat wielokrotnie, choćby w Manacie. Romansie podwodnym zrealizowanym w Komunie Warszawa (2019). W tym bardzo zabawnym przedstawieniu odbijała się od harlequinów, opowiadając przy okazji o najntisach i transformacji. Podobny klucz, tym razem filmowy, zastosowała w czytaniu performatywnym pod tytułem Titanic albo gdzie jest Leo? (2020), w którym słynny film Jamesa Camerona traktowała jako matrycę romantycznych wyobrażeń z przełomu wieków. Wyobrażeń, które rodziły się ze zderzenia hollywoodzkiego wzorca z realiami ówczesnej Polski.
Transformacja wracała również w opartym na archiwach VHS/Visual Homemade Stories (Teatr Nowy Proxima w Krakowie, 2020). Przedstawienie przeszło niezauważone, a było jednym z ciekawszych głosów w teatralnej debacie o przełomie ustrojowym. Prywatne archiwum filmowe i fokus na prowincję nadawały całości reportażowy rys. Inaczej niż chociażby w Podwójnym z frytkami (2023)w reżyserii Piotra Pacześniaka, który jako soczewkę potraktował otwarcie pierwszego McDonalda w Warszawie – ze słynnym przemówieniem Jacka Kuronia.
Hartung-Wójciak z przeszłością obchodzi się delikatniej, bo tylko tak można uruchamiać – wracające jak refren – napięcie między tym, co intymne, a tym, co publiczne. Dowodem spektakl Ach, jeżeli przyjdę dać, tak okrutne, moje ostatnie pożegnanie (2021). Inspirowane Antygoną i zrealizowane w Teatrze Polskim w Bydgoszczy przedstawienie za temat miało tęsknotę i odbywało się w formie spaceru między bydgoskimi pomnikami. Przeszłość jest tu więc kluczowa, ale artystka nie tworzy reportaży historycznych, nie celuje również w realizm. Powoływane przez nią światy są mocno zakorzenione w rzeczywistości i jednocześnie baśniowo odrealnione. Kategorie polityczne nieustannie nakładają się na te prywatne, i odwrotnie. Jest w tym coś z archeologii społecznej, ale i archeologii emocji.

Wielkie procesy historyczne odbijają się nie tylko w prywatnej pamięci, także w zjawiskach popkultury. Zaczytane w harlequinach, pracujące w Warszawie bohaterki Manata… pokazują, względność pojęcia „peryferia”. Brodnica to w porównaniu ze stolicą małe miasto. Ale i Warszawa niespecjalnie przypomina Nowy Jork. Cokolwiek paniczna próba zniwelowania tego dystansu i dołączenia do peletonu (tak ekonomicznego, jak i estetycznego), którą podejmowali transformujący Polacy, jest w tych spektaklach tyleż śmieszna, co przejmująca.
O miłości (i archiwach) było też przedstawienie w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy – jestem lekka jak rzęsa wiatru. pienię się. jestem piana. (2021). To przegląd kobiecych bohaterek (i reżyserek), które pojawiały się na lubelskiej scenie, zaczynając od Heleny Modrzejewskiej w 1891 roku. Nie jest jednak Hartung-Wójciak historyczką teatru. Herstoria interesuje ją jako pożywka dla fantazji. Za próbkę stylu niech wystarczą imiona bohaterek z lubelskiego spektaklu: Łabędzica Tonąca w Oceanie Smutku Saudade, Nie-rozważna i Romantyczna Nie Stroniąca od Plotki i Gardząca Caritas, albo Naiwna i Czuła, Która Dotyka Wszystkie Różne Puchate Zwierzęta.
O jak och, jaka wielka literatura
Koncentracja na tym, co prywatne i intymne, nie oznacza rezygnacji z literatury. Nawet jeśli jej używanie wynika bardziej z dyrektorskich życzeń niż wewnętrznych potrzeb artystki, to trudno pominąć efekty. Rok po lubelskim przedstawieniu Hartung-Wójciak podjęła kolejną rozmowę z teatralną tradycją – realizując w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie wspomniane Wymazywanie Thomasa Bernharda(2022), jedenaście lat po słynnej inscenizacji Krystiana Lupy. „Chcę i mam możliwość rozpychania się z moją, opartą na głębokiej współpracy z realizatorami i aktorami propozycją teatru, więc to robię” – mówiła przy tej okazji, trochę na wyrost.
Swoją drogą w pokoleniu reżyserki wraca potrzeba rozmowy z Lupą i rewizji jego pozycji. Personę. Ciało Bożeny zrealizowali niedługo potem w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima (2024). Ze znacznie większym rozgłosem. To ciekawe, bo przecież dałoby się znaleźć kilka punktów wspólnych między pracami tego duetu a propozycjami artystki. Choćby czułą ironię i kampowe przegięcie. A jednak z jakiegoś powodu to oni skuteczniej weszli w obieg polskiego teatru instytucjonalnego. Być może dlatego, że Piaskowski i Sulima nie unikają wyrazistych tematów politycznych ani gestów w rodzaju fantazji o pojednaniu Tuska z Kaczyńskim. Tymczasem Hartung-Wójciak próbuje nas raczej zaczarować, niż sprowokować.
Wracając do książek. Literacki trop przywiódł artystkę również do twórczości Stanisława Lema. Solaris. Wspomnienie z przyszłości (2020) z jednej strony było adaptacją filozoficznej powieści SF, a z drugiej okazją do pobawienia się na scenie robotycznymi zabawkami z przeszłości. Wielką literaturę artystka pożytkowała również jako rezerwuar historii miłosnych, choćby w szekspirowskiej kompilacji Chcę przespać ten jałowy czas, kiedy nie ma jej przy mnie (2023) przygotowanej na Festiwal Szekspirowski i eksplorującej (podobnie jak Manat…) konwencję opery mydlanej.

Serio?
Teatr Hartung-Wójciak jest jednocześnie zabawny i dotkliwy. Czasami ten pierwszy aspekt jest wyraźniejszy, co prowokuje pytanie – czy takie Wichrowe wzgórza… nie są po prostu wielopiętrowym dowcipem? Czy za tymi metateatralnymi nawiasami kryją się rzeczywiste emocje? Czy jest tu w ogóle jakaś stawka, którą można by rozegrać z widzami? A może mamy do czynienia wyłącznie z ironiczną paradą scenicznych atrakcji? Trudno przecież uwierzyć finałowej scenie, w której reżyserka (za pomocą wyświetlanych w tle napisów) próbuje nas przekonać, że tu i teraz ważą się losy jej związku z Michałem Surówką.
Ostentacyjne obnażanie sztuczności teatralnej sytuacji, choćby poprzez bezpardonowe wciągnięcie na scenę ogromnej teatralnej dmuchawy w Wichrowych wzgórzach, wskazuje z jednej strony na wysoką świadomość medium, którym posługuje się artystka, a z drugiej uruchamia to, co w teatrze najcenniejsze i najtrudniejsze, czyli prawdziwe emocje.
Ten dysonans to sedno. To bardzo dziwne uczucie – patrzeć na mechaniczny model serca, które zasilane w niewiadomy sposób pulsuje na podłodze bydgoskiej sceny obojętne na widzów wychodzących z sali. Przyglądam mu się przez chwilę – zaciekawiony realistycznym charakterem obiektu, ale jednocześnie pamiętam scenę operacji, w której się pojawiło – wyjęte z kielicha kwiatu. Cały teatr Hartung-Wójciak zbudowany jest na tego rodzaju kontrastach. To, co naturalistyczne, jest tu elementem poetyckiej metafory, i odwrotnie. Ironia opowiada o prawdziwych uczuciach, i tak dalej. Zabawa, ale serio.
Niektórzy krytycy widzą w teatrze Hartung-Wójciak nie szczerość, lecz pretensjonalność. Inni wzruszają ramionami i mówią, że to wszystko zbyt naiwne. Artystka jest tego świadoma. „Wcześniej stosowałam intelektualne i ironiczne zabezpieczenia, budowałam dystans i podkreślałam świadomość podejmowanych decyzji. Teraz interesuje mnie ta płynność, ten fascynujący proces budowania żenujących, naiwnych, pięknych i krępujących zarazem sytuacji. Moment zażenowania jest dla mnie bardzo ciekawy cieleśnie, dlatego teraz chyba eksploruję go też życiowo. Nie boję się odsłaniania, wręcz odsłaniam coś, zanim ktokolwiek o to poprosi – czyli zabezpieczam się, ale podejmując większe ryzyko i nie rezygnując z afektu”. Zamieszanie wokół Wichrowych wzgórz… podpowiada, że to właściwa droga. Kolejnym na niej przystankiem będzie Pani Zemsta w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Sądząc po tytule, znów będzie o miłości.