No mercy
Skrzywanek ma dużo pomysłów, ale gubi to, co sprawia, że w książkowej i kinowej wersji Requiem dla snu jesteśmy tak blisko bohaterów, czujemy ich tętno.
Zarówno powieść Huberta Selby’ego Jr. Requiem dla snu (1978, w Polsce wydana dopiero w 2010), jak i jej filmowa realizacja, dzieło Darrena Aronofsky’ego (2000), starają się oddać świat osoby uzależnionej. Kluczowe, że także formą. Narracja w książce prowadzona jest w trzeciej osobie, przechodzi w dialogi bez jakiegokolwiek wyróżnienia. Zdania ciągną się równą kolumną tekstu, czasem przerywaną akapitami, częściej światłem jednego wiersza, najrzadziej od nowej strony i inicjału, czyli czegoś w rodzaju rozdziału. Również w składni, pisowni i interpunkcji dzieją się rzeczy nieprzewidywalne. Wchodzimy w ciąg myśli, rytm emocji osób poddających się nałogowi. Mechanizm jest podobny, choć używki różne.
Sara Goldfarb, starzejąca się wdowa, wypełnia pustkę swego życia oglądaniem telewizji i jedzeniem. Celebruje przyjemności stąd czerpane, budując w ten sposób świat, w którym czuje się bezpiecznie. W przekazie płynącym z ekranu wszystko się udaje, można nawet wziąć udział w teleturnieju, złapać pięć minut uwagi świata. Gdy więc Sara dostaje telefon zapraszający ją do udziału w programie telewizyjnym, podchodzi do tego zupełnie bezkrytycznie, jak i do zaleceń lekarza, który zapisuje jej tabletki na odchudzanie. Nie ma żadnych wątpliwości, że to bezpieczna droga do spełnienia snu o pojawieniu się na ekranie w czerwonej sukience, złotych pantoflach i ufarbowanych na rudo włosach, w roli osoby odbierającej nagrodę. Wystarczy tylko zbić trochę kilogramów, by wcisnąć się w strój, w którym zadała szyku przed laty.
Harry, jej syn, odwiedził ją ostatnio tylko po to, by wynieść do lombardu jedyną rzecz, która ma w jej domu jakąkolwiek wartość – stary telewizor – i zdobyć tym samym kilka dolarów na narkotyki. Nie, nie uważa się za ćpuna błąkającego się po mieście w jednym celu. Ma plan spełnić swój sen o zarobieniu raz a dobrze i zainwestowaniu w interes, który sam będzie się kręcił, a Harry zacznie żyć w poczuciu pełni – co oznacza także bezpieczny dostęp do używek. Taką możliwość w jego świecie stwarza tylko dealerka. W tym planie towarzyszą mu jego przyjaciel Tyrone C. Love i dziewczyna Marion – również śniący o przyszłym wspaniałym życiu.
Aronofsky narrację Selby’ego przełożył na imponujący montaż, w którym obrazy z nowojorskich rewirów mieszają się z kadrami z badziewiastych programów telewizyjnych. Wnętrza mieszkań bohaterów wypełniają omamy, co i raz kamera przeskakuje do żyły, wypełniającej się „herą”; do źrenicy rozszerzającej się „szczęściem”. Ekran dzieli się na segmenty, obraz składa się i rozsypuje. Tym konwulsjom towarzyszy muzyka Clinta Mansella, dramatyczny motyw Lux Aeterna tyleż nawracający, co zapętlający się i rozładowujący w gwałtownym cięciu. Podniosły ton (inspiracją kompozytora była muzyka Wolfganga Amadeusza Mozarta), szlachetność smyczków Kronos Quartet wydobywały z tych nędznych egzystencji patos mszy żałobnej.
Selby i Aronofsky są dalecy od potępienia swych bohaterów, co nie znaczy, że są dla nich wyrozumiali – bezwzględnie pokazują mechanizmy samooszukiwania, wyparcia, manipulacji innymi, proces psychicznej i fizycznej destrukcji. Człowiek z deficytami nie ma szans na wygranie z nałogiem, ale także na przetrwanie w świecie nastawionym na bezwzględny zysk. Chwila nieuwagi i staje się paliwem napędzającym biznes mediów, zdrowia czy beauty – aż do wyczerpania. Aparat państwa, jeśli dostrzega jednostkę w potrzebie, ma jedną metodę wsparcia – najtańszą eliminację. American dream poddany jest przenikliwej wielopoziomowej rewizji.
Teatry Studio i Stary uznały, że warto wrócić do Requiem dla snu. Reżyser Jakub Skrzywanek i dramaturg Jan Czapliński poszli w inną stronę niż Selby i Aronofsky. Nie tworzą narracji, która ma oddać stan umysłu osoby w ciągu, nie ścigają się z nimi na tempo montażu scen. To zaciekawiająca decyzja. Teatralizują tę historię, wprowadzają poziom meta. Jakie są rezultaty?
Na scenę z widowni wchodzi muzyk, siada do organów ustawionych z boku na proscenium. Przez cały spektakl będzie siedział plecami do publiczności. Uczestniczy w akcji muzyką (Marcina Maseckiego) graną na żywo – jako akompaniator, taper widowiska. Scenografia Grzegorza Layera podpowiada: to telewizyjny show „Requiem dla snu” z atrakcjami typu blue box, z którego kamera transmituje obraz na kilku ekranach w zbliżeniu. Kostiumy gospodarzy programu (Marta Zięba i Krzysztof Zawadzki) przypominają epokę Mozarta i jednocześnie zdradzają estradowe przegięcie. Obrotówka odsłania dodatkowe trzy miejsca akcji. Plany nakładają się na siebie, tworząc konstrukcję, w której można dostrzec piszczałki organów. W pewnych momentach przestrzeń ta jest jeszcze wyraźniej sakralizowana, piszczałki układają się w promienie wokół ołtarza, a obraz główny w ołtarzu wypełniają projekcje bynajmniej nie malarstwa religijnego – demonstrują współczesne formy adoracji ciała ludzkiego.
Czemu ma służyć to przeniesienie? Rozumiem, że pokazaniu przebóstwienia, jakiemu ciało podlega w naszym świecie. Oglądamy wszak historie o dostarczaniu ciału różnorakich przyjemności, co jest ratunkiem na samotność i duchową pustkę.
Sara (Anna Radwan) i jej sąsiadka Ada (Ewelina Żak) rozkładają krzesełka przed kamienicą, wygodnie się rozsiadają, wystawiając twarze do słońca. Opalanie wspomagają odblaskowymi ekranami trzymanymi pod brodą. W książce i w filmie to satyryczny obrazek z Brooklynu. U Skrzywanka to scena niemal podniosła, zaaranżowana tuż po organowej introdukcji. Reżyserka światła Jacqueline Sobiszewski kieruje z góry dwa punktowe reflektory na Sarę i Adę. Przyjaciółki szukają promieni, które dodadzą im urody, marząc o znalezieniu się w blasku jupiterów i gwiazd, oczekują, że spłynie na nie łaska czyjejkolwiek uwagi i nada sens ich marnej egzystencji.

W historii Harry’ego (Rob Wasiewicz), Tyrone’a (Daniel Dobosz) i Marion (Magda Grąziowska) obserwujemy częściej ciała zaspokajane seksem niż narkotykami (na pewnym etapie uzależnienia jest to seks za pieniądze na towar). Czy dlatego, że to scenicznie łatwiejsze, atrakcyjniejsze? Autor książki nie rozwodzi się nad tym, kiedy i jak rozpadła się więź między Sarą i Harrym, więcej dowiadujemy się o przyczynach samotności Tyrone’a czy Marion. Aronofsky też tego nie dopowiadał. Skrzywanek wplata w narrację film o Wojtusiu, który w wieku ośmiu lat zaczyna trip z używkami. Ułożony chłopiec z tak zwanego dobrego domu jako piętnastolatek ma już w pełni zmienioną przez nałóg osobowość. To materiał edukacyjny, wręcz interwencyjny, wskazujący jako winnych rodziców. Czy reżyser chciał w ten sposób dopowiedzieć historię Goldfarbów? Innymi decyzjami scenariuszowymi zdradza przecież, że chce ją przedstawić jako wersję przypowieści o synu marnotrawnym. Dodanie tego filmu to chwyt „teatru, który się wtrąca”, podobnie jak scena demonstrująca, jak łatwo dziś jest zamówić w Polsce narkotyki przez telefon czy jak bardzo zdeprawowana jest branża wsparcia osób w kryzysie (wszystkie wcielenia gra Adam Nawojczyk).
W telewizorze scenicznej Sary leci kreskówka o Kopciuszku, migają reklamy produktów gwarantujących wieczne zdrowie i urodę oraz reklamy metod dostarczania sobie przyjemności jedzeniem – jeden biznes nakręca drugi, target jest ten sam. U Skrzywanka to nie Sarę, ale Adę obserwujemy w bulimicznym ataku obżarstwa. Czy w ten sposób chciał rozbudować rolę Ady? Raczej chodziło o efekt – Ewelina Żak na naszych oczach (oczywiście jest też zbliżenie na ekranie) pochłania owoce z bitą śmietaną, tort z bitą śmietaną, spaghetti z bitą śmietaną… Do tej sceny oglądaliśmy ją jako wcielenie wymyślnej mody, podobnie jak gospodarze programu nosiła strój z epoki Mozarta – krynolinę, gorset trzymający w ryzach ciało. Teraz z dezynwolturą je rękoma, rozmazuje jedzeniem makijaż, wyciera ręce w tiule?
Skrzywanek ma dużo pomysłów, ale gubi to, co sprawia, że w książce i w filmie jesteśmy tak blisko bohaterów, czujemy ich tętno. Teatralna rama, którą reżyser buduje dla apokaliptycznej wizji społeczeństwa wypranego z relacji rodzinnych i bezinteresownych więzi międzyludzkich, dla świata zwieńczonego pustym niebem, ma pewnie stworzyć przestrzeń dla krytycznego myślenia. Jednocześnie ten cudzysłów sprawia, że bardzo ważna rozmowa matki z synem przypomina telenowelę. Sara Anny Radwan traci swą nieprzewidywalność, a Harry Roba Wasiewicza wychodzi na empatycznego poczciwca, tyle że bezradnego. Podobnie wybrzmiewa szczególna więź Harry’ego z przyjacielem i dziewczyną. Nie pomoże kamera transmitująca w czasie rzeczywistym wykadrowane i powiększone ujęcia twarzy bohaterów, mikroporty wyolbrzymiające jęki i mlaski, a zagłuszające słowa, czy migające atrakcjami ekrany. Ani dowcipy (także środowiskowe suchary), którymi konferansjerzy-narratorzy zagadują publikę.
W finale obrotówka staje i odsłania się „sakralna” część scenografii. U szczytu schodów, niczym na ołtarzu, pieta: Sara Goldfarb w wymarzonej kreacji, na kolanach trzyma ciało syna, ustrojone w nie mniej absurdalny, teatralny strój. U ich stóp grupa pozostałych bohaterów, których ciała zastygły w pozach adoracji czy błagania. Wszyscy martwi. No mercy. Wybrzmiewają ostatnie akordy mszy żałobnej. Ta przebrana współczesność, rodem z telewizyjnego show, nie przejmuje tak, jak rzeczywistość przedstawiona wprost u Selby’ego i Aronofsky’ego.