PJM to mój język, nie choreografia

PJM to mój język, nie choreografia
Wojna w niebie, reż. Dominika Feiglewicz-Penarska / fot. Maciek Bernaś / Cricoteka
Miałam 21 lat, kiedy pierwszy raz migałam na scenie. Wtedy zrozumiałam, co naprawdę chcę robić w życiu – mówi Dominika Kozłowska, pierwsza w polskim teatrze niesłysząca aktorka na etacie.

JUSTYNA SZCZEPANIAK: Nie przedstawię na to twardych danych, ale wydaje się, że obok dyrektora Krzysztofa Głuchowskiego jesteś aktualnie najczęściej udzielającą wywiadów osobą w zespole Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. 

DOMINIKA KOZŁOWSKA: Możesz mieć rację (śmiech). Dwa dni temu dostałam zaproszenie do programu Dzień Dobry TVN.

JS: W pełni rozumiem to zainteresowanie. Dołączając z początkiem sezonu do zespołu Teatru Słowackiego, zostałaś pierwszą niesłyszącą aktorką na etacie w historii polskich scen repertuarowych. Jak doszło do tego, że otrzymałaś stały angaż w Krakowie?

DK: Trzy lata temu wystąpiłam gościnnie w Teatrze Słowackiego w spektaklu Romeo i Julia. Moja rola się spodobała, a przedstawienie wciąż jest grane. Propozycja etatu padła w kwietniu zeszłego roku. Dyrektor Głuchowski zaprosił mnie na spotkanie i zapytał, czy nie chciałabym pracować w teatrze na stałe. Miałam spokojnie się zastanowić i podjąć decyzję do czerwca. Mieszkałam wtedy we Wrocławiu, więc zaczęłam szukać czegoś na wynajem w Krakowie.

JS: Miałaś już w tamtym momencie na koncie kilkanaście ról, występowałaś na zawodowych scenach.

DK: Etat w Krakowie dostałam właśnie dzięki temu doświadczeniu. Zdobywałam je przez kilka lat, pracując w różnych miejscach w Polsce na umowach o dzieło lub zleceniach. Z profesjonalnych teatrów jako pierwszy zatrudnił mnie Wrocławski Teatr Lalek. Bardzo to przeżywałam. Potem występowałam gościnnie w Teatrze Pinokio w Łodzi, tutaj w Teatrze Słowackiego i w szczecińskim Teatrze Współczesnym.

JS: We Wrocławiu zagrałaś główną rolę w spektaklu Opowieści z Wielkich Bloków w reżyserii Marty Streker. Wcieliłaś się w nim w jedenastoletnią niesłyszącą Weronikę, której mama – bojąc się o córkę – nie pozwalała jej wychodzić z domu podczas wakacji. Jak Twoi bliscy zareagowali na wiadomość, że chcesz zostać aktorką?

DK: Weronika uwielbiała grać w koszykówkę, ale nie mogła tego robić, bo jej mama martwiła się, że rzeczywistość wokół jest dla niej zbyt niebezpieczna. Chcąc ochronić córkę, skazywała ją na samotność. Gdy mama Weroniki była w pracy, moja bohaterka uciekała z mieszkania i trafiała do bajkowego świata potworów, w którym pokazywała swoją odwagę. Nasze historie są podobne. Rodzina tak naprawdę nie wierzyła, że uda mi się zostać aktorką. Wspierał mnie jednak mój słyszący brat. Mamy bliską relację, ufamy sobie i wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. Przyjeżdża na premiery spektakli, w których gram, i jest ze mnie bardzo dumny.

Opowieści z Wielkich Bloków, reż. Marta Streker / fot. Natalia Kabanow / Wrocławski Teatr Lalek

JS: Aktorstwo nie było Twoim marzeniem od zawsze, prawda?

DK: Jako mała dziewczynka w ogóle nie marzyłam o tym, żeby zostać aktorką. Myślałam o innym kierunku – administracyjnym. Swoje prawdziwe powołanie odkryłam w wieku 21 lat, występując w spektaklu Wojna w niebie w reżyserii Dominiki Feiglewicz-Penarskiej. Wtedy pierwszy raz migałam na scenie. Zrozumiałam, że mogę realizować się artystycznie w Polskim Języku Migowym.

JS: Jesteś dyplomowaną aktorką. Skończyłaś Studium Aktorskie we wrocławskiej Szkole Policealnej ROE. Jak wyglądało studiowanie? Szkoła była otwarta na Twoją obecność?

DK: Początkowo władze szkoły nie chciały mnie przyjąć, ale byłam zdeterminowana. Poprosiłam o kolejne spotkanie i wyjaśniłam, że osoby niesłyszące mogą się kształcić, wykorzystując różne sposoby komunikacji i technologie. Studiując, nie miałam stałego wparcia tłumacza PJM. Złożyłam wniosek do PFRON-u [Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych – przyp. JS], ale wynagrodzenie, które zaproponowano, było zbyt niskie, żeby ktoś się zdecydował. Stwierdziłam wtedy: no dobra, w takim razie poradzę sobie sama – maksymalnie skupię się na zajęciach, będę czytała z ruchu warg, wykorzystam aparat słuchowy i telefon. Uczuliłam też wykładowców, żeby pamiętali o mówieniu w moim kierunku i nie zasłaniali twarzy. Jeśli czegoś nie zrozumiałam – prosiłam o powtórzenie albo dopytywałam inne osoby z roku. Potem wybuchła pandemia. 

Kiedy przenieśliśmy się na online, przez większość zajęć nie wiedziałam, co się dzieje. Wyskakujące okienka były dla mnie koszmarem. Studiowanie w grupie straciło sens, więc zaczęłam spotykać się z wykładowcami indywidualnie. Pisaliśmy wtedy do siebie na komputerze albo odczytywałam słowa z ruchu warg. Razem z grupą przygotowałam jednak pracę dyplomową – spektakl Biuro matrymonialne. W czasie prób i na egzaminie nie miałam wsparcia tłumacza, więc musiałam bardzo uważać, żeby zacząć migać w odpowiednim momencie. Scenografia składała się głównie z krzeseł, dlatego szczegółowo dopytywałam wcześniej o rytm, choreografię i ustawienie na scenie. 

JS: Jak układały się relacje z koleżankami i kolegami z roku?

DK: Słyszący zazwyczaj boją się komunikacji z niesłyszącymi. Ludzie ze studiów byli po prostu mili. Dwie osoby z mojego roku, Marysia i Lesław, starały się ze mną rozmawiać, ale raczej nie mogłam liczyć na jakąś większą pomoc ze strony grupy. Po dyplomie nie udało nam się utrzymać kontaktu. 

JS: ROE to szkoła prywatna. Nie myślałaś o zdawaniu na którąś z państwowych uczelni? Zgodnie z obowiązującymi przepisami mają one obowiązek przeprowadzenia dostępnej rekrutacji oraz umożliwienia studiowania osobom g/Głuchym i słabosłyszącym.

DK: Oczywiście, że o tym myślałam, ale w praktyce jest to bardzo trudne. Szkoły artystyczne nie są przystosowane do potrzeb g/Głuchych, a świadomość społeczna wzrasta powoli. Większą dostępność mają na pewno uczelnie zagraniczne. Aktorstwo można studiować w Szwecji czy w Szkocji, gdzie przyjmują jedną osobę niesłyszącą raz na cztery lata. Wiem również, że komuś udało się niedawno przejść pierwszy etap egzaminów wstępnych w Czechach. W Polsce też wykonano już pierwszy krok – jakieś udogodnienia dla g/Głuchych są w szkole w Białymstoku. Nie orientuję się jednak, czy osoby niesłyszące próbowały dostać się na którąś z naszych uczelni teatralnych. Gdy ktoś pyta mnie o to, w jaki sposób otrzymałam etat w Krakowie i zostałam aktorką, opowiadam o mojej ścieżce edukacji i zachęcam do pokonywania swoich barier. Nie ukrywam jednak, że to naprawdę ogromny wysiłek – praca, praca i jeszcze raz praca. Trzeba nastawić się na ciągłą walkę. 

JS: Opowiedz trochę o funkcjonowaniu w Teatrze Słowackiego. Jak porozumiewasz się z zespołem? 

DK: Przyznam, że na początku nie była to łatwa sprawa – wszyscy nieco stresowali się kontaktem. Rozumiałam to, nic przecież nie dzieje się od razu. Zespół teatru bardzo się starał i z każdym dniem było lepiej. W codziennej komunikacji wspieram się najczęściej telefonem. Mam aplikację, która zamienia głos na tekst. Gdy ktoś do mnie mówi, jego słowa pojawiają się na ekranie. Zdarza się też, że do siebie piszemy.

Próby Antygony trwały cztery miesiące. Tłumacz był ze mną na stałe przez dwa pierwsze tygodnie. Potem radziłam sobie głównie sama, używając aplikacji w telefonie. W pewnym momencie bardzo bolały mnie już od tego nadgarstki.

JS: A podczas prób?

DK: W początkowej fazie przygotowań do spektaklu korzystam z pomocy tłumacza. Trzeba wtedy wyjaśnić wiele kluczowych rzeczy i odbywa się dużo rozmów. Na dalszych etapach jego wsparcie nie zawsze jest potrzebne. W przypadku Antygony próby trwały cztery miesiące. Tłumacz był ze mną na stałe przez dwa pierwsze tygodnie. Potem radziłam sobie głównie sama, używając aplikacji. W pewnym momencie bardzo bolały mnie już od tego nadgarstki (śmiech). Producentka spektaklu, Oliwia Kuc, kupiła mi przed premierą specjalny telefon z okablowaniem, żebym nie musiała wciąż trzymać go w ręce, tylko mogła nosić jak torebkę. Było to naprawdę superwygodne rozwiązanie.

JS: W jaki sposób radzisz sobie w czasie przedstawienia? Korzystasz z jakichś technologii asystujących?

DK: Polegam przede wszystkim na swoim wzroku. Obserwuję, co się dzieje wokół, i wiem, kiedy jest mój moment. Zazwyczaj radzę sobie sama. Inspicjent zawołał mnie do wyjścia na scenę chyba tylko raz. W Antygonie muzyka łączy się ze światłem. Jego zmiany są dla mnie ważną informacją. Śledzę też przebieg spektaklu na ekranie inspicjenckim.

JS: W Teatrze Słowackiego jest przynajmniej jedna osoba, z którą możesz porozmawiać swobodnie – aktorka i kierowniczka Działu Dostępności Dominika Feiglewicz-Penarska. Ktoś jeszcze zna Polski Język Migowy albo zaczął się go uczyć?

DK: Tak. Wojtek Dolatowski, z którym gram w Antygonie, zapisał się niedawno na kurs. Nie sugerowałam mu tego. O tym, że chodzi na zajęcia z PJM-u, dowiedziałam się po premierze od Dominiki. Wojtek jest też choreografem, więc nauka idzie mu bardzo szybko. Potrafi już naprawdę dużo.

Romeo i Julia, reż. Dominika Feiglewicz-Penarska, Zdenka Pszczołowska / fot. Bartek Barczyk / Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

JS: Polski Język Migowy to Twój pierwszy sposób komunikacji?

DK: Nie, PJM nie jest moim pierwszym językiem. Moi rodzice są co prawda osobami niesłyszącymi, ale nie umieją migać i nie znają kultury Głuchych. W szkole zmuszano ich do mówienia, więc ze mną też porozumiewali się fonicznie.

JS: Kiedy nauczyłaś się Polskiego Języka Migowego?

DK: Zaczęłam się go uczyć bardzo późno. Mogłam mieć wtedy około 19 lat. W szkole w rodzinnym Poznaniu korzystałam z systemu językowo-migowego, który nie jest tożsamy z PJM-em. Starałam się mówić, więc migałam niewiele.

JS: PJM, w odróżnieniu od wspomnianego przez Ciebie systemu, to naturalny środek komunikacji osób g/Głuchych. Jest on pełnoprawnym językiem przestrzenno-wizualnym z własnym słownictwem i niezależną od fonicznego polskiego gramatyką.

DK: Zgadza się. PJM odbierany jest automatycznie. Można się w nim bardzo szybko porozumiewać, śmiać. To też część kultury i tożsamości społeczności Głuchych. System jest natomiast tworem sztucznym, kalką z języka polskiego. Trudno się go rozumie.

JS: Podstawą większości spektakli, w których dotychczas zagrałaś, były teksty – na czym polega przekład scenariusza na PJM? Kto go wykonuje?

DK: We Wrocławiu i w Łodzi przygotowałam go sama. Opowieści z Wielkich Bloków i Wojnokraka są przedstawieniami dla dzieci, więc było to stosunkowo proste. W przypadku spektaklu Romeo i Julia reżyserki zdecydowały, że zatrudnią g/Głuchego dramaturga Jakuba Studzińskiego. W tekście Szekspira występuje wiele archaizmów, więc tłumaczenie na PJM jest bardzo skomplikowane. Zrobienie tego przez aktorów przy jednoczesnym tworzeniu roli byłoby niemożliwe. Adaptacja sztuki trwała trzy miesiące. Nasze kwestie wymagały długiego szlifowania i dostosowania słownictwa tak, by tekst mógł zostać prawidłowo odebrany przez osoby niesłyszące. W dramacie występuje na przykład słowo „luba”, które nie funkcjonuje w Polskim Języku Migowym. Zostało więc ono zastąpione imieniem Julia.

JS: W Antygonie, w której wcielasz się w Tejrezjasza – przedstawionego jako niesłysząca specjalistka od sztucznej inteligencji – przetłumaczenie tekstu na PJM wydaje się równie niełatwe. To rapowany musical.

DK: Rap jest bardzo szybki, w związku z czym interpretacja w PJM-ie musiała zostać nieco skrócona. Na wiele występujących w piosenkach słów nie ma odpowiadających im znaków, więc wymyślaliśmy nowe. Było też sporo literowania. Tekst Antygony okazał się bardzo trudny do przekładu. Potrzebowałam długiej analizy i wsparcia tłumaczki Marzeny Kasperskiej. Nauczenie się w krótkim czasie swoich kwestii kosztowało mnie naprawdę dużo stresu.

JS: PJM pojawia się na scenach coraz częściej, bywa jednak wykorzystywany jako element estetyczny, a nie nośnik treści.

DK: PJM-em zafascynowani są szczególnie choreografowie. Kilka znaków pojawiło się w ruchach postaci i w partiach chóru w Antygonie. Trzeba jednak pamiętać, że PJM nie jest tożsamy z tańcem. To nie choreografia, ale mój język, środek komunikacji.

Część tłumaczy źle wykonuje swoją pracę, pokazując błędne znaki, a nawet przypadkowe gesty. Wielu słyszących, widząc osobę migającą, zamiast zastanowić się, co chce przekazać i czy robi to poprawnie, skupia się na jej ekspresji.

JS: Tematu przedmiotowego traktowania i odbioru przez osoby słyszące Polskiego Języka Migowego dotyka przedstawienie, w którym zagrałaś w Teatrze Współczesnym w Szczecinie – wyreżyserowany przez Daniela Kotowskiego Znak z językiem

DK: Daniel to pierwszy Głuchy reżyser, z którym pracowałam. Możliwość bezpośredniej rozmowy była wspaniała, wręcz błoga! Tworząc spektakl, inspirowaliśmy się memami i filmikami powstającymi po wystąpieniach tłumaczy. Część z nich źle wykonuje swoją pracę, pokazując błędne znaki, a nawet przypadkowe gesty. Wielu słyszących, widząc osobę migającą, zamiast zastanowić się, co chce przekazać i czy robi to poprawnie, skupia się na jej ekspresji. W spektaklu przyglądamy się, jak PJM jest rozumiany i wykorzystywany w przestrzeni społecznej.

JS: Sięgasz czasem po typowo artystyczne formy „migania”, takie jak Visual Vernacular (VV) czy poezja migowa?

DK: Najpierw posługiwałam się mową, więc nie do końca utożsamiam się ze środkami wyrazu kultury Głuchych, którymi są miganie pantomimiczne VV czy poezja migowa. W pracy aktorskiej inspiruję się raczej technikami i narzędziami osób słyszących.

JS: Instytucje kultury zwracają coraz większą uwagę na dostępność. Co musi zostać zapewnione, żeby spektakl czy też – szerzej – sztuka były w pełni dostosowane do Twoich potrzeb?

DK: Najłatwiej odbieram twórczość w Polskim Języku Migowym. Bardzo ważne jest dla mnie jednak to, żeby migały osoby niesłyszące. Dwa lata temu wzięłam udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Zinterpretowałam Song o ciszy Kofty i Dziwny jest ten świat Niemena. Mój występ był manifestem. Chciałam pokazać, że choć nie komunikuję się fonicznie, to mam swój głos i mogę go użyć, mogę krzyczeć. Nawiązałam do kreskówki Wiluś E. Kojot i Struś Pędziwiatr. To bajka bez lektora, jest w niej tylko tzw. „komentarz” na tabliczkach. W moim przypadku były nim hasła na transparentach, na przykład: „Głuchy nie równa się głupi”. W tej samej edycji konkursu języka migowego używały jeszcze dwie inne osoby, obie słyszące. Jedna z nich otrzymała wyróżnienie, choć w jej występie pojawiło się wiele błędów. Druga, tak jak ja, zaprezentowała piosenkę Niemena. Niektórzy uważali, że to ona powinna znaleźć się w finale. Oskarżano mnie nawet o to, że kopiuję jej interpretację. Nie do końca podoba mi się tego typu wykorzystanie PJM przez osoby słyszące.

Znaki z językiem, reż. Daniel Kotowski / fot. Piotr Nykowski / Teatr Współczesny w Szczecinie

JS: Nie ma wtedy mowy ani o dostępności, ani o reprezentacji.

DK: No właśnie. W filmie i serialu w rolach osób niesłyszących obsadzani są głównie aktorzy słyszący. Zazwyczaj nie znają oni języka migowego i popełniają błędy, więc ich przekaz jest dla mnie niezrozumiały. Również zgłaszam się na castingi, ale rzadko zostaję wybrana. Producenci i reżyserzy boją się trudności w komunikacji z g/Głuchymi i nie są pewni, czy będą potrafili dobrze wcielić się w rolę. 

Marlee Matlin za rolę w Dzieciach gorszego Boga otrzymała Oscara. Byłam zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że jest g/Głucha. Nie przyszło mi to do głowy. Kiedy byłam młodsza i na ekranie pojawiała się jakaś migająca postać, to się z nią nie utożsamiałam. Nie sądziłam, że osoba, która ją gra, może nie słyszeć. Używałam też wtedy języka mówionego, więc jej nie rozumiałam.

JS: Twoja obecność w zespole Teatru Słowackiego sprawiła, że na przedstawienia zaczęło przychodzić więcej osób g/Głuchych i słabosłyszących?

DK: Trudno powiedzieć. Teatr Słowackiego jest bardzo otwarty na publiczność z różnymi potrzebami. Organizuje dostępne spektakle, ale wciąż nie każdy o tym wie, nie zawsze też wszystkim pasuje termin pokazu z tłumaczeniem czy z napisami rozszerzonymi. Wiem, że osoby słabosłyszące przychodzą na spektakle. O samych g/Głuchych nie mam dokładnych informacji. Wielu z nich woli teatr robiony tylko przez g/Głuchych.

JS: Przedstawiasz się jako aktorka i działaczka społeczno-artystyczna. Wypowiadasz się poprzez sztukę, prowadzisz warsztaty, bierzesz udział w kampaniach, edukujesz w mediach społecznościowych. Na jakim poziomie jest dziś świadomość słyszących na temat osób niesłyszących?

DK: Wśród słyszących nie ma pełnej wiedzy o świecie osób g/Głuchych. I na odwrót – g/Głusi nie znają dobrze rzeczywistości słyszących. Pierwsi obawiają się komunikacji, drudzy mają w sobie dużo żalu, bo czują, że nie są traktowani na równi. Myślę, że obu stronom nadal potrzebna jest porządna edukacja. Rozwijam ostatnio mój aktywizm w internecie. Choć wcześniej za tym nie przepadałam, to zaczęłam niedawno nagrywać vlogi w PJM-ie. Nie wszyscy niesłyszący posługują się dobrze językiem polskim, więc taka forma przekazu jest o wiele łatwiejsza w odbiorze.

Wśród słyszących nie ma pełnej wiedzy o świecie osób g/Głuchych. I na odwrót – g/Głusi nie znają dobrze rzeczywistości słyszących. Pierwsi obawiają się komunikacji, drudzy mają w sobie dużo żalu, bo czują, że nie są traktowani na równi.

JS: Powtarzasz często, że chciałabyś, by Twoja historia stała się inspiracją dla innych. Kto w takim razie inspiruje Ciebie?

DK: Podziwiam głównie zagraniczne aktorki – Emmę Stone, Margot Robbie i Meryl Streep. Bardzo spodobała mi się postawa Meryl. To, że nie przejmowała się krytyką, tylko robiła swoje, kiedy wmawiano jej, że nie będzie wykonywała zawodu, o którym marzy, bo nie ma do tego odpowiedniej urody, nie jest klasycznie piękna. Ja też nie myślę o barierach, tylko działam. Powolutku, krok po kroku, realizuję swój plan.

JS: Zdradzisz, co znajduje się na Twojej zawodowej liście marzeń?

DK: Teatralnej? Chciałabym zagrać Lady Makbet.

JS: Występujesz nie tylko na scenie, lecz także przed kamerą. Zadebiutujesz w tym roku w pełnometrażowej fabule rolą w filmie Macieja Sobieszczańskiego Przez ścianę.

DK: Film opowiada historię opartą na faktach. Zagram Jankę Biernacką – młodą, biedną kobietę w ciąży, która urodzi swoje dziecko w więzieniu. Rola początkowo przeznaczona była dla osoby słyszącej, ale reżyser widząc na castingu, jak interpretuję bohaterkę, uznał, że dobrze ją rozumiem. Na planie nie miałam wsparcia tłumacza, komunikowałam się z ekipą przy pomocy telefonu. Pojawiały się różne trudności, mimo to współpraca układała się dobrze. 

JS: Wiem, że niedługo spełnisz też jedno ze swoich największych filmowych marzeń – zagrasz w horrorze.

DK: Zgadza się. Zdjęcia rozpoczną się w okresie letnim. Nie mogę zdradzić Ci tytułu produkcji ani w żaden sposób opowiedzieć o jej fabule, ale jestem bardzo podekscytowana. Wcielę się w główną rolę. 

* Dominika Kozłowska identyfikuje się jako osoba niesłysząca. Uwzględniając różnorodność sposobów komunikacji oraz tożsamości kulturowej osób ze szczególnymi potrzebami w obszarze słyszenia, w niektórych miejscach w tekście użyliśmy również form g/Głuchy(a) oraz słabosłyszący(a).

Rozmowę tłumaczyła Marzena Kasperska.

Dominika Kozłowska – niesłysząca aktorka teatralna i filmowa, od września 2025 w zespole Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Justyna Szczepaniak

Absolwentka Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, słuchaczka studiów podyplomowych Koordynator i audytor dostępności w Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie. Teatrolożka, koordynatorka dostępności, do niedawna także księgarka. Pracuje w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego.