Po co ta chaja?
Jeśli Hamlet grany po śląsku mówi coś o współczesności Katowic, to czyni to paradoksalnie i wbrew intencjom twórców. Zbudowany z nieprzystających do siebie kawałków spektakl Roberta Talarczyka obnaża niespójność dzisiejszej śląskości, a także rozpaczliwe i zarazem bezradne pragnienie, by przesłonić ją mitem węglowej martyrologii.
Kolejny Hamlet w okolicach niemal rodzinnych. Po Sosnowcu – Katowice, Teatr Śląski, pierwszy „mój” teatr, pierwsza scena, na której premiery jeździłem regularnie i z własnego wyboru. I choć pewnie przedstawienia Szewców, Daczy czy Filomeny Marturano z lat osiemdziesiątych nie zapisały się jakoś szczególnie w historii polskiego teatru, to w moich prywatnych dziejach sceny rodzimej zajmują miejsce ważne i niepodważalne. Tak jak Katowice – metropolia młodości, najbliższe duże miasto, do którego jechało się z nadzieją na (nie)spodziewaną przygodę. Zarazem miasto, o którym wiadomo było, że jest stolicą krainy kopalń, hut i ludzi mówiących zupełnie innym językiem. Choć jestem znikąd, to ze śląską godką byłem zaznajomiony od dziecka – ojciec pracował w Katowicach, a ja jeździłem z chłopakami stamtąd na kolonie. Gdy po trzech tygodniach wracałem, przez jakiś czas mówiłem z charakterystycznym akcentem, a czasem nawet próbowałem używać poznanych obcych słów jako tajemnego szyfru.
Od tego czas mnóstwo się zmieniło. Górny Śląsk to zupełnie inne miejsce niż to, które znałem z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych. Zwłaszcza Katowice przeszły w krótkim czasie metamorfozę niemal nieprawdopodobną: z miasta śmierdzącej Rawy i depresyjnego, chrapliwego bluesa – w europejską stolicę muzyki, hipsterskich festiwali, nieustających imprez na Mariackiej i rosnących jak grzyby po deszczu biurowców korporacji i apartamentowców dla ludzi w tych korporacjach pracujących. To nowe miasto samo siebie nazywa Kato, chyba nie słysząc, jak ten lajtowy skrót pobrzmiewa wcale nielekkimi skojarzeniami z torturami i dekapitacją.
W takiej właśnie (post)hanyskiej stolicy Robert Talarczyk konsekwentnie i od lat czyniący z kierowanego przez siebie Teatru Śląskiego centrum regionalnej tożsamości wystawił Hamleta Williama Shakespeare’a w śląskim przekładzie Mirosława Syniawy. Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku pokazana po raz pierwszy 15 maja została opatrzona wyzywającym tytułem „światowa prapremiera w języku śląskim”. Wiadomo – gest wystawienia najsłynniejszego dramatu świata w języku, któremu właśnie po raz kolejny prezydent Polski odmówił prawa do odrębności, ma oczywistą wymowę polityczną: stanowi akt niezgody, deklarację niezależności i pokaz własnej siły.
Miałem szczęście czytać przekład Mirosława Syniawy przed premierą i było to doświadczenie doprawdy niezwykłe. Swoim wrażeniom dałem wyraz w tekście do programu spektaklu, gdzie pisałem, że lektura Hamleta w języku innym, ale przecież nieobcym przywraca temu zbyt dobrze pamiętanemu dramatowi świeżość i osobliwość, pozwala go usłyszeć na nowo. Właściwie nic jeszcze nie wiedząc o powstającym przedstawieniu, przywoływałem też i trawestowałem Wyspiańskiego, ciekaw niezmiernie, „co jest na Śląsku – do myślenia i co dla Ślązaków okaże się zagadką Hamleta”.
W piątkowy wieczór katowicki Rynek staje się prawdziwym wirem działań i zachowań. Idąc ku teatrowi, po prawicy mam głośny, choć nieliczny protest przeciwko zbrodniom Izraela w Gazie, po lewicy – podochoconą kolejkę czekających na jakąś imprezę. Błyskawicznie przychodzi mi do głowy pytanie: kim jest dziś Hamlet w Kato? Gdzie jest, po której stronie? A może w ogóle tu nie zagląda, bo Rynek stał się dla niego miejscem obcym, zbyt turystycznym? Czy jest stąd i jego ojciec chodził na gruba? A może przyjechał z głębi Polski albo z zupełnie innego kraju i robi karierę w miejscowym korpo? Czym dla niego jest Śląsk i śląski język? Tradycją obcą i anachroniczną czy może jednak przyswajaną, atrakcyjną, wyróżniającą?

Odbieram z kasy zaproszenie, ale do przedstawienia jeszcze sporo czasu, więc idę ku sąsiednim ulicom. W księgarni, która wyprzedaje towar, bo za chwilę zostanie zamknięta, słyszę głośną rozmowę w czystym śląskim, z pięknym akcentem. Odwracam się: dwaj młodzi, wystylizowani modnie mężczyźni rozmawiają nieco głośniej, niż by wynikało z ich własnych potrzeb – wyraźnie chcą, by wszyscy dokoła usłyszeli: tak, jesteśmy jak najbardziej współcześni i właśnie dlatego mówimy po śląsku. Błysk rozpoznania: Hamlet i Horacjo zajrzeli w drodze z Wittenbergi po przecenione książki.
Zanim wejdę do Teatru Śląskiego, głowę i oczy mam pełne takich skojarzeń i obrazów. Ofelie śpiewające lekko już wstawionym chórem, że napiją się wódki i wina, przechodzą przez Rynek. Patrzą na nie oczy zgorszonych Poloniuszy, którzy chyba jednak też trochę im zazdroszczą. Marcellus i Bernardo siedzą w radiowozie – nie reagują, bo w końcu co tam – dziewczyny tylko śpiewają, normalka. W drodze na Mariacką i z Mariackiej bez przerwy ktoś coś śpiewa. Noc wciąż bardzo młoda…
Ten fascynujący teatr niesamowitych dzisiejszych (śląskich? postśląskich?) Katowic układał mi się w podglebie dla Hamleta stawiającego miejscowej publiczności niewygodne diagnozy i trudne pytania. Niestety, nie okazało się ono specjalnie interesujące dla Roberta Talarczyka i jego ekipy. Owszem, w scenografii widnieje charakterystyczne koło szybu, dwór Klaudiusza nosi żółto-niebieskie barwy Górnego Śląska, a Hamlet (Paweł Kempa) ubrany jest w modną kurtkę stylizowaną na górniczy strój (scenografia i kostiumy: Marcel Sławiński, Katarzyna Sobańska). Ale jest to tylko ciąg powierzchownych sygnałów, rodzaj mrugnięć do publiczności, niemal inside jokes, takich jak obsadzenie w rolach Kopidołów znanych katowickich akademików Ryszarda Koziołka i Tadeusza Sławka (sala domyślnie śmieje się, gdy Hamlet pyta ich, czy czaszka wydobyta z grobu nie należy aby do jakiego profesora). To, że dwór uzurpatora Klaudiusza (Marcin Gaweł) jest na pokaz śląski, a on sam usiłuje rozegrać finałowy pojedynek jako symulakrum barbórkowej zabawy, nie wydaje się mieć jakiegoś szczególnego znaczenia dla buntu Hamleta, któremu duch ojca pojawia się jako dumny i wyniosły dyrektor Talarczyk we własnej osobie i wojskowym szynelu. Żadna diagnoza nie wynika też z tego, że dwór przedstawia się nam, tańcząc niezdarnie (i o wiele za długo) klubowe techno, Poloniusza gra aktorka słynąca ze śląskich ról (Grażyna Bułka), a zamiast Zabójstwa Gonzagi chór pobielonych kobiet wykonuje gwałtowną choreografię do blackmetalowej muzyki. Podobnym jaskrawym konceptem o krótkim oddechu jest niemal absurdalne rozgrywanie seksualnych podtekstów powiązanych z Ofelią (Ewelina Adamska-Porczyk), którą obłapia nie tylko Hamlet, ale także król, brat, a nawet własna ojco-matka. Kolejne sceny znanego dramatu ustawiane są w taki sposób, jakby reżyser każdą wymyślał od zera, nie bardzo umiejąc odpowiedzieć na pytanie, o czym jest ten jego Hamlet i jakie ma znaczenie, poza tym, że po raz pierwszy w dziejach gra się go po śląsku.
Motywacje postaci albo nie istnieją, albo zarysowywane ciekawie (Poloniusz jako śląska matka) rozpadają się, zanim zdążą ujawnić swój potencjał. Naprawdę nie wiem, czemu ten zażywny i sympatyczny śląski panoczek Klaudiusz zabił brata. Nie bardzo też potrafię powiedzieć, co właściwie robi i w co gra Hamlet, bo choć inni mówią sporo o jego obłędzie, to nie da się go dostrzec w tym młodym człowieku, który długo trzyma nerwy na wodzy i nie dzieli się z nami żadną myślą także wtedy, gdy niespodziewanie wygłasza jakiś kawałek monologu. Nawet „Być abo niy być – to ci je pytanie” wypowiadane w tej wersji tuż przed finałowym pojedynkiem nie ma żadnego szczególnego wyrazu. Poza tym jednym – że jest znaną teatralną arią mówioną po śląsku.
I tu właśnie tkwi chyba główny problem tego przedstawienia: zachłysnąwszy się samym faktem, że najbardziej klasyczny klasyk teatralnego repertuaru grany jest w języku, któremu odmawia się istnienia, reżyser i jego ekipa nie wykonali dostatecznej pracy analitycznej, która nadałaby ich Hamletowi sensy i wyrazistość niezależne od języka. Owszem – dodali kilka smaczków odnoszących się do kolorytu lokalnego, kilka aluzji środowiskowo-towarzyskich, ale ani o całościową interpretację tekstu, ani o użycie go do jakiejś głębszej diagnozy wielce złożonej sytuacji współczesnego Górnego Śląska się nie pokusili. Sam wybór śląskiego tłumaczenia wydaje się stanowić dla nich rodzaj wszechusprawiedliwienia zwalniającego z pytania, co właściwie i po co gramy. Paradoksalnie okazało się to zabójcze dla śląskości tekstu, bo Tragedyjo Hamleta czytana miała moc i rozmach, a ze sceny brzmiała jak jakiś Grzeszny żywot Franciszka Buły – kolejna historia o charakternych „lokalsach”, jeszcze jeden wariant hanyskiej mitologii, która coraz mniej ma wspólnego z rzeczywistością.
Taki mityczny charakter ma też finał przedstawienia – mocny i jednoznaczny, ale też nie bardzo wiążący się z tym, co wcześniej, brzmiący jak doklejana na siłę puenta, która ma przesłonić i jakoś skleić rozrywające sens przedstawienia sprzeczności. Gdy Hamlet z Laertesem (Piotr Bułka) się pozabijają, Gerturda (Barbara Lubos-Rokita) wypije (świadomie) zatrute wino, a podskakującego „na ludowo” Klaudiusza spotka zasłużona kara, do Dynymarku wchodzi w towarzystwie snajperów i ochroniarzy elegancko ubrany Fortynbras. Gra go Krzysztof Głuchowski (kolejny środowiskowy żarcik „między nami dyrektorami”), który jako jedyny w całym przedstawieniu mówi po polsku. Jego siepacze dobijają wszystkich, a on sam spokojnie i bez wahań przejmuje władzę. Znakiem tej zmiany jest wsadzenie do szklanej klatki jedynego ocalałego, Horacja (Dariusz Chojnacki), który okazuje się tajnym agentem Fortynbrasa (oczywiście!). W akcie wykpienia goryle nowego władcy nasadzają mu na głowę przekrzywioną czapkę górniczą. Fortynbras rozkazuje, by zabrzmiały „fanfary”, i rozlega się wokaliza na melodię… Roty. Oto, jak kończą się śląskie konflikty i waśnie rodzinne: przychodzi zaborczy Polak i zabiera hajmat, przerabiając go na folklorystyczno-patriotyczny skansen, w którym Ślązacy zostają obsadzeni w roli Niemca, co to nie będzie pluł nam w twarz. Nad sceną zawisa wielkie pęknięte serce z węgla.

Naprawdę? Tak sami Ślązacy widzą swoją sytuację? Ich najważniejszy problem polega na tym, że zostali przejęci i wykorzystani przez wrażych Poloków? Są biednymi ofiarami własnych konfliktów? Rola bezbronnej ofiary wciąż jest bardzo pożądana, a Ślązacy mają wiele powodów, by ją sobie przypisywać. Rozumiem też, że wyrwanie jej Polakom, obsadzanym tu wbrew własnym przyzwyczajeniom w rolach sprytnych i bezwzględnych uzurpatorów, dawać może pewną satysfakcję, ale czy to wszystko istotnie ma coś wspólnego z realnością dzisiejszego Śląska, dzisiejszych Katowic? Nie jest aby życzeniową inscenizacją dla podniesienia ducha słabnącej wspólnoty? Nostalgicznym powrotem do roli honornych męczenników?
Nie mnie sądzić, czy ta finałowa inscenizacja oddaje śląskie samopoczucie w roku 2026. Jeśli tak (a potwierdzają to pierwsze miejscowe reakcje na przedstawienie), to odważyłbym się powiedzieć, że samoświadomość liderów tej wspólnoty jest cokolwiek fałszywa. Właśnie dlatego, że nie jestem stąd, ale często tu bywam i co chwila coś niezwykłego rzuca mi się w oczy i uszy, ta finałowa diagnoza wydaje mi się zbyt prosta, zbyt patetyczna i bardzo daleka od realności Kato. Rozumiem, że wspólnota (nie tylko śląska) potrzebuje takich pocieszających mitów ofiarniczych, ale wierzę i powtarzam od lat, że zadaniem sztuki, zwłaszcza sztuki teatru, nie jest ich podtrzymywanie wbrew wszystkiemu, co widać wokół. Znów Wyspiański (w końcu patron katowickiego teatru): najważniejszym darem teatru, którego wzorcem i klasykiem Hamlet, jest to, że trzeba myśleć – jeśli kto ma przyzwyczajenie myśleć. To nie ceremonialne powoływanie pocieszających mitów, lecz czynne, dramatyczne myślenie stanowi głęboki sens, wręcz rację bycia teatru w dzisiejszym świecie rządzonym przez Fortynbrasów intonujących anachroniczne, a bojowe pieśni. Czyżby Robert Talarczyk chciał do ich szeregów dołączyć i też zaśpiewać coś podniośle, a fałszywie, tyle że po śląsku?
Jeśli Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku mówi coś o współczesności miejsca, w którym powstała, to czyni to paradoksalnie i wbrew intencjom twórców. Zbudowana z nieprzystających do siebie kawałków obnaża niespójność dzisiejszej śląskości, a także rozpaczliwe i zarazem bezradne pragnienie, by ją przesłonić mitem węglowej martyrologii. Tym, co jest zagadką śląskiego Hamleta i co jest w Hamlecie po śląsku do myślenia, okazuje się dokładnie to, co sprawia, że przedstawienie Roberta Talarczyka męczy i rozczarowuje. Niezborność, hybrydyczność, może wręcz pokraczność tego, co chce się czcić i cenić jako własne. Hajmat gwałtem skrzyżowany z obcym i globalnym, które wbrew woli stało się bliskie i swoje, może nawet bardziej niż tamta, historyczna tożsamość. Żmut i szarpanina nieprowadząca do niczego poza powtórną inscenizacją ukochanej do bólu krzywdy.
Kilka lat temu Robert Talarczyk zapowiadał, że wystawi w swoim teatrze Wesele. Do premiery w końcu nie doszło. Po Tragedyi Hamleta nabrałem przekonania, że w pomyśle na Wesele w Kato było coś bardzo trafnego i trzeba do niego wrócić. Pod jednym wszakże warunkiem – że będzie grane po śląsku.