Przychodzi burmistrz do wydawcy
Małgorzata Bogajewska przenosi dramat Henrika Ibsena do czasów transformacji. Telewizyjny Wróg ludu w jej adaptacji i reżyserii to opowieść o zblatowaniu władzy samorządowej z lokalną prasą, która działa odważnie dopóty, dopóki nie grożą jej nieprzyjemności.
Mężczyzna pochyla się nad stołem, na którym leży kilkanaście niedużych kamieni. Opisuje je – zawija w skrawki papieru i nadaje każdemu numer. Działa w skupieniu, bez pośpiechu. Gdyby nie widoczne w tle wybite okna, można by pomyśleć, że właśnie prowadzi w domowym zaciszu jakieś badania. Kłopot w tym, że to właśnie pasja badacza sprawiła, że będzie musiał się wynieść – kamieniami rzucali sąsiedzi. Już go tutaj nie chcą. Został uznany za wroga.
Tomas Stockmann (Piotr Franasowicz) to porządny internista, do którego w obskurnej przychodni ustawia się długa kolejka. Wraz z żoną (Justyna Wasilewska) wychowuje dwóch synów. Żyją skromnie, nie narzekają. „Katrine mówi, że zarabiam już niemal tyle, ile potrzebujemy” – rzuca z uśmiechem do brata Petera (Łukasz Lewandowski). Oczkiem w głowie obu Stockmannów jest miejscowe uzdrowisko – razem pracowali na rzecz jego powstania. Dziś są jednak w różnych miejscach. Młodszego interesuje wyłącznie jakość leczenia, dla starszego to bezcenny kapitał polityczny, który wyniósł go na stanowisko burmistrza, oraz żyła złota związana z potencjalnymi inwestycjami. To właśnie kwestia uzdrowiska sprawi, że staną po przeciwnych stronach politycznej barykady. Kiedy zlecone przez Tomasa badania potwierdzają jego przypuszczenia, że zdrojowa woda jest skażona, następuje najlepsza scena spektaklu. Burmistrz przychodzi z wynikami ekspertyzy do gabinetu doktora. Peter staje nad siedzącym przy biurku bratem i bez skrupułów, oschłym tonem żąda niemożliwego: „Miasto może liczyć na lepszą przyszłość tylko dzięki uzdrowisku. […] Najważniejsze, żeby zachować twoje sprawozdanie w tajemnicy”. Na taką nikczemność, jak nazywa propozycję Tomas, lekarz nie zamierza pozwolić. Jest społecznikiem-idealistą, który wierzy, że wystarczy opublikować jego ustalenia w lokalnej gazecie, by mieszkańcy zrozumieli, że ośrodek trzeba na pewien czas zamknąć, a koszty koniecznych modyfikacji będą musieli ponieść solidarnie wszyscy. Burmistrz nie chce ryzykować – jest gotowy zniszczyć wizerunek brata.
Małgorzata Bogajewska przenosi dramat Henrika Ibsena do czasów transformacji. Wróg ludu w jej adaptacji i reżyserii to opowieść o zblatowaniu władzy samorządowej z lokalną prasą, która działa odważnie dopóty, dopóki nie grożą jej nieprzyjemności. Początkowo bojowo nastawiona redakcja „Gońca Ludowego” szybko zmienia front wobec uzdrowiskowej afery. Odpowiedzialny jest za to przede wszystkim Aslaksen, wydawca gazety (Adam Ferency). Tu dochodzi do znaczącej zmiany wobec dramatu. U Ibsena Aslaksen zajmuje miejsce na najniższym poziomie struktury „Gońca” – to drukarz, pracownik techniczny. Wyniesienie go na szczyt hierarchii sprawia, że zamiast być wykonawcą poleceń redaktora Hovstada (Grzegorz Małecki) i dziennikarza Billinga (Sambor Czarnota), staje się ich przełożonym. Przez to inaczej wybrzmiewa również fakt, że Aslaksen jest jednocześnie przewodniczącym miejscowego związku właścicieli nieruchomości, a więc nie tyle konformistą cieszącym się posłuchem mniej majętnych mieszkańców, ile kimś niesłychanie istotnym w lokalnych układach. To przesunięcie tworzy dramaturgiczną komplikację – w wersji Bogajewskiej sprawę publikacji artykułu Tomasa burmistrz negocjuje nie z Hovstadem i Billingiem, tylko bezpośrednio z wydawcą. Kiedy przypomni się klasyczne filmy o dziennikarskich śledztwach, to zwykle naczelny jest tą postacią, którą próbuje się złamać. Tak jest zresztą też u Ibsena – osobą decyzyjną, na którą naciska nie tylko burmistrz, ale także żona doktora i jego najstarsza córka Petra (reżyserka „odmłodziła” małżeństwo Stockmannów, więc musiała zrezygnować z tej postaci), jest redaktor Hovstad. Wydawca z reguły nie uczestniczy w takich sytuacjach, więc uczynienie z gabinetu Aslaksena centrum redakcyjnych wydarzeń wypada dziwnie.

Położenie akcentu na zakulisowe rozgrywki spycha na dalszy plan wątek rodzinny, co najwyraźniej widać na przykładzie postaci Katrine. U Ibsena żona Tomasa najpierw zdaje się myśleć podobnie jak drukarz – stara się ograniczyć zapędy doktora, przypominając mu, że poza wielkimi ideami ma też obowiązki wobec najbliższych, a jego nieustępliwość prawdopodobnie skończy się wyrzuceniem go z pracy. Kiedy jednak mężczyzna jest coraz bardziej osaczony, postanawia trwać przy nim, nie zważając na okoliczności. Mimo że nie ma w roli Katrine takich kwestii jak tyrady rozgoryczonego Tomasa w rodzaju „Większość nigdy nie ma racji po swojej stronie”, samo przejście ze zdroworozsądkowej ostrożności do niezachwianej wierności – choć przez niektórych mogłoby być dziś widziane jako staroświeckie – pozostaje ciekawym materiałem dla aktorki. Justyna Wasilewska nie ma jednak okazji tego sprawdzić – to konsekwencja skrótów. Szkoda, bo jeden drobiazg – rozmowa Katrine z burmistrzem na temat potencjalnych konsekwencji działań Tomasa – świadczy, że aktorka i reżyserka znalazłyby wiarygodne uzasadnienie dla postawy kobiety.
Decyzjom Bogajewskiej przyświeca jednak bardzo konkretny cel – skupienie się na sposobie działania lokalnego układu sprawia, że spektakl trzyma w napięciu. Ibsenowskie dialogi, nawet tak skondensowane, to rzecz jasna nie hollywoodzki scenariusz, ale ujęcia w bliskich planach (zdjęcia Łukasza Gutta) i muzyka Bartłomieja Woźniaka budują nastrój. Kiedy na zebraniu mieszkańców Tomas nie ma już złudzeń, że stoi na przegranej pozycji, Piotr Franasowicz do wizerunku kogoś zaniepokojonego może dorzucić autentyczną pasję. Jednak na znaczeniu najwięcej zyskuje rola burmistrza, co Łukasz Lewandowski umiejętnie wykorzystuje. Tworzy postać pozornie skromnego urzędnika w szarym trenczu, który ma w zanadrzu różne metody perswazji. Potrafi być troskliwym szwagrem, zaniepokojonym o dobro wspólne politykiem i bezwzględnym graczem, który nie cofnie się przed cenzurą, manipulacją faktami czy zniesławieniem.
Tylko czy portret takiej postaci – nawet tak udany – ma aktualnie szansę skłonić do refleksji? Polityczni gracze dużo większego formatu na co dzień posuwają się przecież dużo dalej. Rozwodnicy stają w obronie rodziny. Oszuści pouczają na temat sprawiedliwości. Kłamcy odwołują się do obywatelskich sumień. W takim kontekście do rangi symbolu urasta niewielki epizod Krzysztofa Globisza – jego sprzeciw jako byłego burmistrza (zagrał przed laty Petera Stockmanna w innym telewizyjnym spektaklu), wypowiedziany z trudem, ginie w kakofonii tłumu. Większość nie zamierza słuchać.