Puste noce
Marcin Wierzchowski przyzwyczaił trójmiejską publiczność do teatru najwyższej klasy. Sprawa Davida Frankfurtera to wciąż ten sam rodzaj teatralnej opowieści – gęstej, intensywnej, dopracowanej formalnie. Tym razem jednak domagającej się dyskusji nad zasadnością niektórych rozwiązań narracyjnych.
W jednym z najbardziej efektownych fragmentów przedstawienia Marcina Wierzchowskiego sceniczną przestrzeń zalewa nagle czerwone światło. Towarzyszą temu agresywny, wyjący dźwięk i sypiące się z sufitu skrawki czarnego papieru. W centrum gwałtownej zawieruchy stoi Tulla Pokriefke (Marzena Nieczuja-Urbańska), jedna z głównych bohaterek przedstawienia, postać splatająca dwie tragedie: katastrofę statku MS „Wilhelm Gustloff” z 1945 roku i zbrodnię popełnioną przez młodego chłopaka pół wieku później. Zawodzącą, obsypaną czarnymi skrawkami Tullę otacza w tej scenie trudna do precyzyjnego uchwycenia podwójność. Dopiero później ujawnia się sens tej dwoistości – łączącej apokaliptyczne doświadczenie wojennej przemocy z bezwiednym, niemal niezauważalnym gestem (re)produkowania zła.
Marcin Wierzchowski przyzwyczaił trójmiejską publiczność do teatru najwyższej klasy. Najpierw było wybitne Sekretne życie Friedmanów zrealizowane w 2016 roku w Teatrze Ludowym w Krakowie, w Teatrze Wybrzeże pokazane rok później w ramach dziewiątej edycji Festiwalu „Wybrzeże Sztuki”. W 2023 roku Wierzchowski wyreżyserował w Wybrzeżu przedstawienie Piękna Zośka – wielokrotnie nagradzane i cenione przez widownię, w 2024 przeniesione na scenę Teatru Telewizji. Sprawa Davida Frankfurtera to wciąż ten sam rodzaj teatralnej opowieści – gęstej, intensywnej, dopracowanej formalnie. Tym razem jednak domagającej się dyskusji nad zasadnością niektórych rozwiązań narracyjnych.
Fundamentem przedstawienia jest nowela Güntera Grassa Idąc rakiem, którą Wierzchowski adaptuje w procesie pracy zespołowej – aktorskich improwizacji wspieranych dramaturgicznie przez Macieja Bogdańskiego i Piotra Pacześniaka. Zachowany zostaje zasadniczy szkielet opowieści: historia rodziny Pokriefke, rozpięta między końcem II wojny światowej a schyłkiem lat 90. XX wieku. Jednocześnie narracja zostaje znacząco poszerzona – rozrasta się w opowieść o skomplikowanych zależnościach emocjonalnych, zarówno tych widocznych, jak i ukrytych, działających na poziomie międzypokoleniowych powiązań. Dzięki tej pracy bohaterowie i bohaterki przedstawienia to postaci z noweli Grassa, ale w wersjach znacząco pogłębionych. Czasem ta ewolucja rozjaśnia pewne obszary, ale nierzadko jest zupełnie odwrotnie – piętrzą się pytania, niejasności. Reżyser daje czas, by te wątpliwości wybrzmiały. Gdańskie przedstawienie to cztery godziny (z jedną półgodzinną przerwą) wypełnione skrupulatnym, uważnym badaniem rodzinnych doświadczeń, zwłaszcza tych tragicznie niedopowiedzianych i przemilczanych.
Przedstawienie oglądamy na Scenie Malarnia, której głębię wyraźnie skraca scenografia Joanny Załęskiej. Zabudowuje ona całą przestrzeń ścianą imitującą skromne wnętrze: z boazerią, dwiema parami drzwi i niemieckim godłem. Bliżej lewej kulisy ta scenograficzna płaszczyzna zostaje zniekształcona – przechodzi w chropowatą stal kadłuba statku, ciemną i pokrytą nieregularnym osadem. Ten prosty, ale mocny wizualnie i semantycznie efekt zaznacza podstawową właściwość całej opowieści – jej fundamentalną wielowarstwowość, przetasowującą teraźniejszość z przeszłością. Nie mamy wątpliwości, że sczerniała blacha to wspomnienie po zatopionym „Gustloffie” i jego pasażerach, uciekających przed Armią Czerwoną dziewięciu tysiącach kobiet, dzieci i ludzi w podeszłym wieku. Z katastrofy ocalało zaledwie sześćset osób, wśród nich byli Tulla Pokriefke i jej nowo narodzony syn, Paul. Dziś, pół wieku po tragedii, dorosły Paul (Marek Tynda) to dziennikarz śledczy, były mąż Gabi (Anna Kociarz) i ojciec młodego Konrada (Kuba Dyniewicz), dla którego Tulla jest nadzwyczaj troskliwą babcią. Tragedia „Gustloffa”, choć zamazana przez upływający czas i wyparta ze zbiorowej europejskiej pamięci, wdziera się w codzienność rodziny z najmniej spodziewanej strony.
Gdańskie przedstawienie podzielone jest na dwie odrębne – zdaje się, że dużo bardziej, niż zakładały to reżyserskie intencje – części. Punktem wyjścia pierwszej jest nagranie z ulicznego monitoringu. Wierzchowski odtwarza je w krótkiej, niemal filmowej scenie spotkania Konrada i Wolfganga (Błażej Szymański): na stojące nonszalancko z boku sceny, uśmiechające się postaci nałożone jest światło imitujące śnieżący obraz z analogowej kamery. Ich usta poruszają się bezgłośnie, a tę niesłyszalną rozmowę komentują głosy spoza kadru. Od nich dowiadujemy się, że niewinne z pozoru spotkanie dwójki chłopaków zakończyło się absurdalną zbrodnią. Chwilę później poznajemy rodziny, których losy owa zbrodnia boleśnie skrzyżowała: to bliscy Konrada – jego ojciec Paul, matka Gabi i babka Tulla – oraz rodzina Stremplin – Jakob (Maciej Konopiński) i Ewa (Monika Chomicka-Szymaniak), rodzice Wolfganga. Ojcowie chłopaków próbują zrekonstruować okoliczności tragedii, a ich śledztwo kreśli charakter relacji łączącej chłopaków, którzy poznali się przez internetowe forum. Istotnym kontekstem tego niejasnego związku staje się historia fanatycznego nazisty Wilhelma Gustloffa i jego zabójcy, żydowskiego studenta Davida Frankfurtera.

Konwencja śledztwa, tak znakomicie sprawdzająca się we wcześniejszych spektaklach Wierzchowskiego, działa świetnie i tutaj. Wielość tropów, uwikłań, potencjalnych przyczyn spotkania chłopaków i jego wstrząsającego finału zarysowana zostaje już w pierwszych fragmentach przedstawienia, kiedy obie rodziny spotykają się w sądowym budynku. Sceny pulsujące napięciem, precyzyjnie zagrane i utrzymane w konsekwentnej stylistyce wypłowiałej fotografii (świetna reżyseria świateł Szymona Kluza i znakomite kostiumy Pauli Grocholskiej) opowiadają zagmatwaną historię zabójstwa, ale przede wszystkim kreślą opowieść o rodzinach chorujących na komunikacyjną atrofię, unikających stawania w prawdzie własnych przewinień, lęków i strat.
Najmocniejszym efektem przyjętej metody pracy – opartej na improwizacji i rozwijaniu niedopowiedzianych wątków – jest psychologiczna wiarygodność postaci. Przejmująca jest historia małżeństwa Paula i Gabi, stopniowo rozpadającego się pod ciężarem rozczarowań. Równie mocno wybrzmiewa relacja Wolfganga z ojcem, oparta na niemożności porozumienia i jednoczesnej potrzebie bliskości. Na innym poziomie działa więź Tulli i Konrada – pełna miłości, ale zarazem skażona przekazywaniem destrukcyjnych idei. Wierzchowski wyraźnie daje nam tu do zrozumienia, że choć kwestia samej zbrodni i jej rozwiązania uruchamia opowieść, to nie jest ona jednak jej finalnym momentem. Tym bardziej że akt skrajnej, absurdalnej przemocy rozrasta się tu na szereg drobnych mikrohistorii. Dopiero wspólnie rozczytane oddają one w pełni obraz przedstawianego świata – intymnego i jednocześnie z rozmachem pokazującym proces ciągłego przenikania się czasów i porządków.
Marcin Wierzchowski zarządza tymi wszystkimi narracjami naprawdę niebywale sprawnie, jego przedstawienie nie gubi tempa, nie ma momentów niepotrzebnych, porozumiewa się żywym, nośnym językiem. Ogromną pracę wykonał zespół aktorski, znakomicie czujący opowieść. Trudno tu kogokolwiek specjalnie wyróżnić, wszyscy, łącznie z gościnnymi rolami Dyniewicza i Szymańskiego, wypadają naprawdę świetnie.
Spektakl buduje swoją siłę na rozgałęzianiu narracji i mnożeniu perspektyw, ale nie przez cały czas utrzymuje tę strategię. Wciąż nie znajduję uzasadnienia dla drugiej części przedstawienia, na którą reżyser zaprasza nas po półgodzinnej przerwie służącej zmianie scenografii. „O, teraz będziemy na wojnie” – usłyszałam, kiedy wracaliśmy na widownię. Będziemy, pytanie tylko: po co? W tej części przedstawienia scena wyraźnie ciemnieje, ciepłe barwy boazerii zastępuje wszechobecna czerń nadpalonej blachy. Z mroku wyłaniają się postaci, których powidoki uobecniały się wcześniej w historiach Konrada, Wolfganga i ich rodzin.
Ciężarna Tulla (Karolina Kowalska) i jej babka Greta (Marzena Nieczuja-Urbańska) próbują „załatwić” bilety na wypływającego wkrótce z gdyńskiego portu „Gustloffa”. Przedsiębiorcze, hardością rozbrajające skażony wojną świat kobiety („nie sraj żarem, tato”) muszą zadbać o siebie, ale i o wyraźnie słabszych, zagubionych mężczyzn: zdziecinniałego, wiecznie skonfundowanego Augusta (Marek Tynda), ojca Tulli i osłabionego głodem, sponiewieranego niewolą Moritza (Kuba Dyniewicz). Obaj, ojciec Tulli i jej ukrywany w gdańskich piwnicach kochanek, nie potrafią odnaleźć się w realiach wojennych. Ich napędzane strachem, desperackie gesty raczej przysparzają problemów, niż niosą realną pomoc. Żeby było jasne – tę część przedstawienia ogląda się równie dobrze, a chwilami nawet lepiej (znakomity duet Nieczuja-Urbańska/Kowalska) niż pierwszą. Problem polega na tym, że niewiele ona wnosi. Pokazywane tu wydarzenia i postaci były obecne już wcześniej, w formie wspomnień i śladów – przede wszystkim w opowieściach Konrada i w napięciach budowanych wokół jego relacji z Tullą. Teraz zostają jedynie dopowiedziane wprost, a to, co wcześniej pracowało jako napięcie i dwuznaczność, traci swoją siłę.
Nie unieważnia to osiągnięć pierwszej części, ale też ich nie wzmacnia. Jeśli jednak szukać momentu, który coś dopowiada, będą nim słowa Tulli: „Ja zawsze wracam”. To one najlepiej oddają sens całej opowieści – nieustannego powrotu przeszłości, niemożliwej do zamknięcia i ostatecznego przepracowania. Przesiąka je głęboko ta trudna, niemożliwa właściwie do opisania dwoistość, która znaczy całą teatralną opowieść Marcina Wierzchowskiego. Podwójność łącząca głęboką nadzieję z grozą nieuchronnej powtarzalności ludzkich losów. To o niej są „puste noce”, o których babka Greta opowiada młodej Tulli – ceremonie odprowadzania zmarłych, ale przede wszystkim gesty uznania samych siebie w osamotnieniu, rozpaczy, ale też w czysto ludzkiej radości z trwania.