Teatr Starego Doktora
Janusz Korczak nie był człowiekiem teatru. Ale chyba marzył o teatralnej karierze.
Dziś pamiętamy go w pierwszej kolejności jako autora popularnych powieści dla dzieci. I w tej roli najczęściej pojawia się w teatrze: jako autor adaptowanej prozy, np. Bankructwa małego Dżeka (ostatnia realizacja: Narodowy Stary Teatr w Krakowie, reż. Maciej Podstawny, premiera 11 października 2025) czy Króla Maciusia Pierwszego (przed momentem głośna realizacja w Teatrze Telewizji, reż. Tadeusz Kabicz, premiera 7 września 2026). Ale przecież Janusz Korczak napisał także dramat i niekiedy miewał z teatrem bliższe relacje.
Wraz ze swoimi podopiecznymi przygotowywał amatorskie przedstawienia. O teatralnych pracach wychowanków Domu Sierot wiemy stosunkowo mało, najwięcej o ostatniej, Poczcie Rabindranatha Tagore’a, wystawionej w warszawskim getcie na kilka tygodni przed śmiercią i dzieci, i Korczaka. Artysta pisał dla tego domowego teatru niewielkie sztuki (część z nich trafiła na łamy „Małego Przeglądu”) i swoim zwyczajem uważnie obserwował reakcje podopiecznych. Skromnie, lekko kpiąc z samego siebie, przyznawał, że publiczność często zachowywała się odwrotnie, niż planował. Śmiała się w miejscach smutnych, płakała w teoretycznie wesołych. – Rezultaty były fatalne – kwitował. A mimo to propagował teatr wśród dzieci, wierząc, że daje im moc sprawczą, oswaja z trudnymi sytuacjami i pozwala wyżyć się artystycznie.
O teatralnych pracach wychowanków Domu Sierot wiemy mało, najwięcej o ostatniej, Poczcie Rabindranatha Tagore’a, wystawionej w warszawskim getcie na kilka tygodni przed śmiercią i dzieci, i Korczaka.
To akurat nie był odosobniony pogląd – teatr amatorski, szczególnie szkolny, był potężnym zjawiskiem w dwudziestoleciu międzywojennym i doświadczali go w zasadzie wszyscy uczniowie szkół podstawowych, a do nich zaliczały się dzieci z Domu (musiały go opuszczać po ukończeniu czternastego roku życia). Być może próby pod okiem Korczaka nie osiągnęły tego poziomu, co te prowadzone na przykład przez Lucjusza Komarnickiego, który wierzył w samodzielnie pisane (na podstawie codzienności) teksty oraz pracę laboratoryjną, ale świadczyły o traktowaniu dziecięcego teatru bardzo serio – jako narzędzia pracy pedagogicznej.
Tymczasem Korczaka dramatopisarza interesowała również dorosła widownia. To z myślą o niej napisał jedyny wystawiony za jego życia dramat, czyli Senat szaleńców, wyreżyserowany przez Stanisławę Perzanowską w Teatrze Ateneum w 1931 roku. Dramatopisarska przygoda Korczaka zaczęła się jednak znacznie wcześniej – zanim został Korczakiem i zajął się dziećmi.
Janasz
W powieści Dziecko salonu znajdziemy taki obrazek: młody bohater wygrywa konkurs dramaturgiczny, za czym idzie wystawienie sztuki, podziw i pochwały ze strony bliskich. Czy o tym marzył autor w młodości? A może ważniejsze były kwestie pragmatyczne? Pula nagród w rzeczywistym konkursie, który ogłosił Ignacy Paderewski, a w którym wystartował Henryk Goldszmit, wynosiła dwa tysiące rubli. Niebagatelna suma dla kogoś, kto nieustannie szukał sposobu, by dorobić – udzielał korepetycji, pisał do gazet. Józef, ojciec Henryka, zbił majątek, potem go przepuścił, a następnie zachorował i zmarł. Rodzina musiała znaleźć sposób, by przetrwać.
Obie sztuki na konkurs nasz bohater napisał między styczniem a lipcem 1898 roku. „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” ogłosiło wyniki wiosną 1899 roku, a dodatkowo opublikowało obszerne sprawozdanie z prac komisji. Przyznano cztery nagrody: pierwszą o wartości tysiąca rubli, drugą o wartości pięciuset, trzecią trzystu oraz czwartą dwustu. Wyróżnienia i odznaczenia nie były gratyfikowane. O jakich pieniądzach mówimy? Pod koniec XIX wieku kilogram mięsa kosztował około piętnastu kopiejek, kilo masła około rubla, a litr wódki prawie półtora rubla. Pensja niższej urzędniczki w ministerstwie komunikacji wynosiła około dwudziestu pięciu rubli miesięcznie. Tysiąc rubli? Prawdziwy majątek.
Pierwsza nagroda mogła przypaść tylko autorowi utworu o wysokich walorach artystycznych, a kolejne miejsca i wyróżnienia miały być świadectwem talentu – z tolerancją dla pewnych artystycznych niedomagań. Znaczenie miał także wiek osoby piszącej. Przez sto trzydzieści lat niewiele się zmieniło w tej materii i kres konkursowej młodości kładzie trzydziesty piąty rok życia. Henryk uczył się w klasie maturalnej, liczył dziewiętnaście lub dwadzieścia lat (rok urodzenia nigdy nie został potwierdzony), a w momencie rozstrzygnięcia konkursu był już poważnym studentem medycyny.

W jury zasiadło czternastu mężczyzn – teoretyków literatury, dziennikarzy, pisarzy, kilku krytyków, jeden przyszły poseł oraz spadkobierca firmy księgarsko-wydawniczej. Największą gwiazdą w tym zestawieniu był Henryk Sienkiewicz. Komisja miała nosa, nagrodzone Zaczarowane koło Lucjana Rydla zrobiło karierę na polskich scenach, po prapremierze w 1899 roku grano je przez cały wiek XX i później.
U młodego Goldszmita dostrzeżono talent. Dramat Zwykłe dzieje przepadł, ale drugi – Którędy? – został wyróżniony i doczekał się omówienia na jedną kolumnę, co dla nas cenne, bo sama sztuka się nie zachowała. To właśnie te dwa teksty mogą stanowić klucz do pseudonimu, który przyjął Henryk, a który zaczerpnął z Historii o Janaszu Korczaku i pięknej miecznikównie Józefa Ignacego Kraszewskiego. Pod pierwszym dramatem podpisał się „Janusz”, pod drugim „Janasz Korczak”. Przy ogłoszeniu werdyktu jego pseudonim był jednym z nielicznych, przy których nie podano rozszyfrowanych personaliów, wyróżnienie otrzymał więc Janasz Korczak.
Feminista?
Którędy? zakwalifikowano do kategorii dramatów społeczno-obyczajowych. Komisja skrytykowała tekst za brak wyrazistej akcji. Nie bez powodu autorowi zarzucono silną inspirację dramaturgią skandynawską. Młodopolski Korczak poświęcił swój utwór seksualności i cielesności, debatując nad następstwami niemoralnego życia ojca rodziny, w czym słychać autobiograficzne echa.
Swego rodzaju narratorem był profesor psychologii, który przedstawiał losy pogrążającego się w chorobie psychicznej ojca. Być może stanowiło to jakąś formę psychoanalizy, która rozpoczęła już podbój europejskich gabinetów lekarskich i mogła zainteresować młodego Goldszmita. W centrum dramatu była trójka dzieci – wszystkie predestynowane do klęski. Najstarszy syn, owoc pozamałżeńskiego romansu, za popełnione zbrodnie odsiadywał wyrok na Syberii. Drugi syn, ślubny, był wybitnym pisarzem umierającym na gruźlicę. Córka wydawała się ulepiona z innej gliny, nad wiek dojrzała, racjonalna do tego stopnia, że wykluczała podszepty emocji: skoro jej ukochany nie był w stanie dochować wierności, to czas go pożegnać, rezygnując tym samym ze ślubu. Oceniający byli zbulwersowani, podkreślali nieprawdopodobieństwo postaci kobiecej, z którą mężczyźni rozmawiają jak z równą, podnoszą tematy związane z erotyką, a ona się nie rumieni! Aż takich kontrowersji nie wzbudziło ukazanie pracownicy seksualnej, choć to także zostało autorowi wytknięte.
Którędy? uznano za dramat werystyczny, co nie było komplementem. Przyjęto jednak, że w młodym autorze drzemie potencjał. Wróżono mu teatralną karierę.
Niewiele więcej wiadomo o przebiegu akcji ponad fakt, że w finale dramatu ojciec popadał w obłęd. Przy ocenie zwrócono także uwagę na język, który był potoczny, ale pasował do kreowanego obrazu. Którędy? uznano za dramat werystyczny, co nie było komplementem. Przyjęto jednak, że w młodym autorze drzemie potencjał. Wróżono mu teatralną karierę.
Solska i Jaracz
Mimo obiecującego początku kolejna próba teatralna Korczaka przypada dopiero na drugą połowę jego życia. Wiosną 1931 roku miał pięćdziesiąt trzy lub cztery lata i ogromny bagaż trudnych doświadczeń związanych z pracą i obecnością w Domu Sierot.
Po raz pierwszy od powstania placówki wziął urlop od swoich obowiązków pedagogicznych i zajął się jedynie literaturą. Nie pisał jednak powieści, które zapowiadał, ale dramat. Praca nad nim nastręczała mu trudności ze względu na afabularną konstrukcję i wielość tematów. Najprawdopodobniej jedną z wersji Senatu szaleńców ukończył na początku 1931 roku. Wtedy przeczytała ją Irena Solska. Korczak w jednym z wywiadów wspomniał, że komunikował się z nią w innych sprawach (być może chodziło o jakieś działania na rzecz Domu, Solska miała duszę filantropki) i przy okazji pokazał jej dramat, który uznawał za wciąż niedoskonały. Liczył, że popracuje nad nim jeszcze ze dwa lata, co przy okazji odsłania jego warsztat twórczy, oparty na przepisywaniu i poprawianiu, aż do uzyskania zadowalającego efektu. Solska jednak zachwyciła się tekstem i namawiała do jego wystawienia.
Senat… spodobał się Solskiej, bo trafiał w jej zawodowe zainteresowania. Przygotowując się do ról, odwiedzała szpitale psychiatryczne i obserwowała chorujące osoby, szukając w nich inspiracji. Opinia wybitnej aktorki miała swoją wagę. Kilka miesięcy później artystka stanęła na czele aktorskiego strajku w Teatrze Narodowym. W następnym roku otworzyła na Żoliborzu Teatr im. Stefana Żeromskiego, którego filarami mieli być aktor i autor. Myślę, że gdyby nie ubiegł jej Stefan Jaracz, Solska wystawiłaby dramat Korczaka u siebie, dając mu tak potrzebne kilkanaście miesięcy na pracę. Dowodem na to może być premiera w jej teatrze w 1932 roku dramatu Haliny Marii Dąbrowolskiej Przystań zbłąkanych, którego akcja toczy się właśnie w szpitalu psychiatrycznym.
Jednak w 1931 roku nie było jeszcze mowy o teatrze na Żoliborzu, a swoją szansę Korczak otrzymał od innego aktora – Stefana Jaracza, który wówczas był od kilku miesięcy dyrektorem Teatru Ateneum na warszawskim Powiślu. Scena istniała od trzech lat – początkowo jako dom kultury, później prowadzona przez Janinę Górską i Mieczysława Szpakiewicza, a następnie przez Marię Strońską. W budynku wzniesionym wspólnie przez Związek Zawodowy Kolejarzy oraz Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego miała gościć sztuka dla robotników. Problemem był jednak brak dofinansowania – dyrektorzy prowadzili teatr na własny koszt, mieli do wypełnienia widownię liczącą osiemset miejsc, a przy tym mierzyli się z wysokimi oczekiwaniami, jeśli chodzi o artystyczną jakość oraz docieranie do robotniczego widza.
Karykatury z epoki przedstawiają Stanisławę Perzanowską w roli matki, która prowadzi za rękę Jaracza-dziecko. To dzięki niej aktor zainteresował się objęciem tej sceny – była w zespole aktorskim za dyrekcji Strońskiej i namówiła go do przejęcia teatru. On zaś dał jej szansę reżyserowania i realizacji artystycznych ambicji.
Jaracz, którego zachwyciła obecna w Senacie szaleńców bajka, powierzył reżyserię właśnie Perzanowskiej. Sztuka Korczaka miała otwierać nowy sezon – próby rozpoczęto jeszcze w czerwcu 1931 roku. Autor miał okazję dołączyć do zespołu, słuchać, jak brzmi czytany tekst, i podążać za sugestiami Jaracza i Perzanowskiej w kwestii koniecznych zmian. Z wymarzonych dwóch lat pracy zrobiło się kilka tygodni, a sam dramat został znacznie przycięty.
Bez sukcesu
Senat szaleńców jest historią pozbawioną akcji, opartą na dialogach opowieścią o pomysłach naprawy świata, włożoną w usta szaleńców. Obserwujemy wizytę Profesora w zakładzie, gdzie Lekarz udziela schronienia i pomocy psychicznie chorym. Ci zaś radzą nad naprawą świata, wygłaszając poglądy od skrajnie prawicowych po bardziej umiarkowane i lewicowe. Świata nie naprawią, ale doskonale widać, gdzie przemawiają poglądami Korczaka, a gdzie wbrew nim. To realizacja przekonania o tym, że ludzie chorzy psychicznie mogą mieć zdrowsze i trzeźwiejsze spojrzenie na rzeczywistość, bo ich odczucia wykraczają daleko poza nią. Echa podlanej romantyzmem młodopolszczyzny? Historycy literatury zaliczają ten tekst do przykładów ekspresjonizmu.
Senat szaleńców nie był najłatwiejszy do wystawienia. Utrudniały to wymyślna forma, brak akcji oraz wielopiętrowe monologi.
Prapremiera Senatu szaleńców nie została zapamiętana jako sukces, przede wszystkim dlatego, że nie powtórzyła wyniku frekwencyjnego premier z poprzedniego sezonu. Utrzymywano ją w repertuarze przez miesiąc – co było wynikiem zaledwie przeciętnym. Problemem był także odbiór krytyki teatralnej, która uderzała przede wszystkim w autora dramatu i jego dzieło – uznając je ze właściwie niesceniczne. Dramat bez wątpienia nie był najłatwiejszy do wystawienia. Utrudniały to wymyślna forma, brak akcji oraz wielopiętrowe monologi wymuszające na widzu koncentrację, którą łatwo było stracić w zgiełku i krzykach towarzyszących codziennemu życiu szpitala. Recenzenci byli jednak zgodni, że Perzanowska zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby widowisko uczynić interesującym oraz teatralnie sprawnym. Problemem były przesunięcia, których dokonano w tekście dramatu – choćby bajka o Bogu, którą wygłaszał Starzec, w realizacji Ateneum padała z ust granego przez Jaracza Smutnego Brata, co zdaniem Boya zadawało kłam tej postaci. Z drugiej strony konkludowano, że dramat lepiej wypadłby na papierze, bo w zaciszu domowego fotela łatwiej byłoby zrozumieć pojawiające się w tekście idee.
Co ciekawe, tym razem Korczakowi zarzucono brak wyczucia kobiecych postaci, a wręcz mizoginię. W dramacie występują sami mężczyźni, jedyna kobieta pojawia się na chwilę w ostatnich scenach w roli bohaterki ratującej swojego niedoszłego oprawcę. Rolę zastępczą próbuje grać mężczyzna noszący suknię i wygłaszający opinie na temat ludzkiej seksualności.
Scenografia odpowiadała tej z didaskaliów – Eugeniusz Poreda, mierząc się z niedogodnościami bardzo płytkiej sceny, zaprojektował wnętrze szpitalnej świetlicy. Aby nadać wrażenie głębi, dobudowano podest-stopień, który pozwalał na różnicowanie planów gry. Scenograf upodobnił pomieszczenie do szkolnej klasy – były w nim ławy, globus (zgodnie z wolą autora), zegar i tablica wisząca na wprost widowni. Jednocześnie wnętrze wizualnie kojarzyło się z okrągłym gmachem sejmu na Wiejskiej – tylna ściana była zakrzywiona, a umieszczone na niej okna tworzyły półokrąg. Oprawa wizualna była więc spójna z literą dramatu, wspierała interpretację o mądrych i wrażliwych szaleńcach radzących światem. Z kolei muzykę Romana Palestra uznawano za zbędną, a wręcz zakłócającą odbiór i tak trudnego tekstu.
Największą rolę miał w tym spektaklu Jaracz – i to mógł być kolejny powód, dla którego chciał wystawić sztukę. Jego Smutny Brat był kluczową postacią, aktor nie schodził ze sceny i dźwigał całą realizację na swoich barkach – co doceniano w recenzjach, podkreślając jego kunszt odcinający się na tle zespołu. Mówiąc krótko: dla Jaracza warto było pójść do Ateneum. Niewiele jednak wiadomo o grze pozostałych artystów, pominiętych przez krytykę. Recepcja dramatu nie odcisnęła się negatywnie ani na Jaraczu, ani na Ateneum. Korczak jednak źle zniósł porażkę. Kolejne sztuki, jeśli jakieś powstały, nie zachowały się do naszych czasów.