…to taka straszna trwoga
Twórcy Samotnego mężczyzny przenieśli fabułę powieści w rzeczywistość współczesnej Polski, która trafnie rymuje się z Ameryką sprzed pół wieku. Poczucie zagrożenia i eskalowanie lęku – przed wojną, imigrantami, mniejszościami seksualnymi – nie wydaje się ani abstrakcyjne, ani odległe.
Akcja powieści Christophera Isherwooda Single Man z 1964 roku toczyła się w czasie kryzysu kubańskiego i obrazowała zimnowojenne lęki Ameryki. Jeden dzień z życia George’a, brytyjskiego ekspata, homoseksualnego profesora literatury na uniwersytecie w Los Angeles, rozgrywał się w atmosferze niepokoju – wycelowanych w Stany radzieckich rakiet, wewnętrznych konfliktów klasowych i rasowych oraz tylko pozornej tolerancji sytej klasy średniej z zadbanych przedmieść. Tom Ford w ekranizacji z 2009 roku zminimalizował kontekst społeczny, pokazując w nostalgicznych, wysmakowanych kadrach dojrzałą męskość i utraconą miłość. W niespiesznych ujęciach i zbliżeniach portretował dekadenckie piękno Ameryki, kolory kalifornijskiego wybrzeża i każde drgnięcie twarzy Colina Firtha.
Twórcy Samotnego mężczyzny w Teatrze Ludowym – Wojtek Rodak (reżyseria) i Tomasz Śpiewak (adaptacja i dramaturgia) – przenieśli fabułę powieści w rzeczywistość współczesnej Polski, która trafnie rymuje się z Ameryką sprzed pół wieku. Są bliżsi autorowi w portretowaniu dyskretnej homofobii wścibskich sąsiadek, niezależności pracujących kobiet, przepaści między pokoleniem dwudziestolatków a pokoleniem George’a. Poczucie zagrożenia (z przerabianiem piwnic na schrony) i eskalowanie lęku – przed wojną, imigrantami, mniejszościami seksualnymi – nie wydaje się ani abstrakcyjne, ani odległe. Dla twórców ta historia nie jest o „kiedyś tam”, ale o „tu i teraz”.
Tytułowy samotny mężczyzna (grany przez Piotra Pilitowskiego) dobiega sześćdziesiątki, jest dobrze sytuowany, niezależny, z wąskim kręgiem znajomych. Jak sam mówi, nie lubi wychodzić z domu. Samotność może być wyborem, siłą, niezależnością, samodzielnością, ale w tym przypadku – nie jest jego decyzją. Oglądamy studium osamotnienia i żałoby po stracie partnera, o czym zaraz na początku spektaklu informuje widzów rozmowa telefoniczna dochodząca z offu. Mężczyzna z rodziny Jima dzwoni z informacją o śmiertelnym wypadku i niemal natychmiast – wcale niesubtelnie – informuje, że ceremonia pogrzebowa jest przeznaczona tylko dla najbliższych i George nie jest mile widziany. Rodak poruszał problem zakłamania, podwójnego życia i braku akceptacji ze strony rodziny już wcześniej, w Tomie na wsi (TR Warszawa, 2022).
Stan George’a idealnie oddaje jego kawalerka – sterylna, schludna, minimalistyczna, funkcjonalna (scenografia Katarzyny Pawelec). Sypialnia, jadalnia, pokój do pracy to jedno pomieszczenie – dzięki wnękom w ścianach i schowkom niemal puste, bezosobowe, bez jakiegokolwiek indywidualnego rysu. Mieszkanie utrzymane jest w jasnych, neutralnych barwach jak pokój hotelowy, ale jest klaustrofobiczne i duszne (czemu sprzyja ograniczona przestrzeń małej Sceny pod Ratuszem). Trudno je nazwać domem – w przypadku bohatera to raczej klatka. George (inaczej niż w powieści i filmie) nie opuszcza tej przestrzeni, to do niego przychodzą kolejni goście: Pani Strunk (Małgorzata Kochan) z sąsiedzką petycją, przyjaciółka Charley (Katarzyna Tlałka) i student Kenny (Marcin Mazurek). W centrum tego świata jest George Pilitowskiego, którego niemal podglądamy w intymności codziennych rytuałów. Nie jest to klasyczny monodram, jednak cała uwaga skupia się na aktorze, który prawie nie opuszcza sceny.
Bohater Pilitowskiego jest schludny, zdystansowany i chłodny emocjonalnie, przeważnie milczący (to tylko w teatrze ludzie gadają do siebie na głos). Twórcy nie ułatwiają aktorowi zadania monologami czy narracją z offu, a widz ma ograniczony wgląd w jego myśli i emocje. Pilitowski tworzy tę postać głównie poprzez ciało, gesty, poruszanie się stałą trajektorią po zamkniętej przestrzeni i fizyczne napięcie – gra na bezdechu i przy zaciśniętych zębach, jakby ciągle zmagał się z rzeczywistością i walczył, by przebrnąć przez ten jeden ciągnący się dzień. Reżyser każe widzom odczuć ciężar czasu, codziennego żmudnego trwania. Powolne wstawanie, mycie zębów, toaleta, ubieranie się, sprzątanie łóżka, detaliczne śniadanie – wszystko trwa tu tyle, ile musi. Dzień, który ku niczemu nie zmierza, wypełniają powtarzalne, nudne i monotonne czynności, a towarzyskie spotkania czy kolacja przy drinku także stają się niechcianą rutyną. Osamotnienie jako diagnoza dzisiejszych czasów i stan umysłu.

Każdy z odwiedzających bohatera gości zmaga się z jakąś formą samotności: sąsiadka opiekuje się obłożnie chorym mężem i wypełnia dni wścibstwem, energicznym działaniem międzysąsiedzkim, krzątaniną. Zostawiona przez męża Charley zapełnia czas pracą, sukcesami, poczuciem materialnego komfortu, Kenny szuka bliskości na portalach randkowych. Każde z nich zawieszone jest w jakiejś próżni, pustce, ale usiłują „radzić sobie z życiem” – trwać. Rodak dodaje jednak momenty tąpnięcia – kiedy rzeczywistość i udawanie stają się nieznośne i bohaterów dopada świadomość, że dłużej tak się nie da. To ataki paniki – brak tchu, przyklejenie się do ściany, skulenie na podłodze, wybuch płaczu – które są chwilowym załamaniem tego czystego i sprawnie funkcjonującego świata. Jak błąd w systemie, kiedy nagle muzyka zmienia się w nieznośny fałsz, mrugają światła, zakrzywia się czasoprzestrzeń. Nie ma krzyku – jest poprawienie sukienki, wypicie szklanki wody, ponowne nałożenie zbroi, taksówka. Nie ma miejsca na słabość – nawet wśród znajomych. A każde z nich chciałoby wrzeszczeć.
Spektakl daje odczuć ten ciężar, bezwyjściowość, cichą rozpacz trwania, które jest już tylko przetrwaniem. W tym świetle finał można odczytać jako wybawienie – nareszcie koniec.
Ważne są tu przesunięcia między fabułą książki a scenariuszem spektaklu – kiedy George umawia się przez aplikację randkową z nieznajomym mężczyzną, nie wie, że przyjdzie do niego jego student, Kenny. Niekomfortowa sytuacja przeradza się w konfrontację i zderzenie doświadczeń dwóch pokoleń. Spięcie i niepokój George’a zostają zestawione ze swobodą i odwagą chłopaka, który może żyć, jak chce, i być, kim chce. Kenny Marcina Mazurka imponuje George’owi nie tylko siłą, młodością i pięknym ciałem, ale też tym, że obcy jest mu strach związany z ukrywaniem własnej orientacji. Twórcy przytaczają w programie raporty o sytuacji osób LGBTQ+ pokazujące, że samotność i alienacja łączą się w tej grupie z niepokojem, poczuciem braku akceptacji, ryzykiem, jakie niesie widzialność. Rozmowa profesora ze studentem wydobywa pokoleniowe różnice, odmienną sytuację obu i jest zapowiedzią zmian. „Jestem tchórzem – mówi do chłopca George. – Wy możecie żyć inaczej”. Wołanie o bliskość zakończy się fiaskiem, Kenny nie będzie kołem ratunkowym. Dumny student odchodzi, a George pozostaje zakleszczony w osamotnieniu, gdzie wracanie do przeszłości oznacza ból, teraźniejszość jest nieznośna, a przyszłość nie daje nadziei. W przyszłości czeka już tylko samotna śmierć.
Samotny mężczyzna Rodaka rozciąga czas, pochłania nużącą monotonią, każąc widzom to jałowe trwanie poczuć w ciele. Gdy nie ma już miejsca na ból i rozpacz, a pozostaje pragnienie nicości.