W kokonie
Adaptacja Larw odchodzi od opowiadania Agnieszki Szpili, a spektakl na tym zyskuje – przede wszystkim na poziomie budowania historii i postaci głównych bohaterek.
W ostatnich dwóch–trzech latach spektakli opowiadających o kobiecej emancypacji mogliśmy obejrzeć kilka czy nawet kilkanaście. Pozostając na krakowskim podwórku, można wymienić tytuły takie jak: Szczeliny istnienia, Kobieta i życie, Pani Bovary. Możliwa historia z Teatru im. Juliusza Słowackiego; Genialna przyjaciółka, Nieustraszona miłość Eve Adams i Dzieje grzechu z Narodowego Starego Teatru czy Ginczanka. Przepis na prostotę życia i Nazywam się Anna Walentynowicz w Teatrze Łaźnia Nowa. I choć każdy z nich opowiadał nam nieco inną historię, to wiele wątków było wspólnych – bez względu na to, czy mowa była o emancypacji seksualnej, intelektualnej, zawodowej, społecznej czy o wszystkich jednocześnie.
Najnowsza czerwcowa premiera w Łaźni Nowej pt. Larwy również podejmuje podobny temat, ale jej bohaterki pochodzą z zupełnie innego pola: grup marginalizowanych. I jest to bez wątpienia pierwsza dobra wiadomość dla osób, które obejrzały wszystkie powyższe spektakle albo część z nich. Przyglądanie się emancypacji i ruchom feministycznym w teatrze jest niezwykle istotne i często ciekawe, ale można odnieść wrażenie, że reżyserki i reżyserzy nie mają już nowych pomysłów na opowiedzenie współczesnych problemów i wyzwań, jakie stoją przed społeczeństwem, by stało się naprawdę egalitarne i równościowe.
Nie lubimy dziś mówić o klasie, choć temat „wszyscy jesteśmy z chłopów” święci triumfy na rynku literackim, co widać po bestsellerowych Chłopkach, ale także po pokrewnych tematycznie tytułach, takich jak: Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet, Ludowa historia kobiet, Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali, Życie w chłopskiej chacie – by wymienić te, które zostały wydane na fali książki Joanny Kuciel-Frydryszak.
Współczesna literatura uwzględniająca wątki klasowe jest jednak znacznie pojemniejsza. Reżyserka Pamela Leończyk na warsztat wzięła opowiadanie Larwy z tomu Octopussy. Opowiadania postporno autorstwa Agnieszki Szpili, który wydało w 2023 roku wydawnictwo W.A.B. Za adaptację i dramaturgię Larw odpowiada Daria Sobik i wiele jej decyzji okazało się trafnych. Warto wspomnieć, że odeszła ona (choć nie bardzo daleko) od opowiadania Szpili, co uważam za doskonałą decyzję, bo spektakl na tym zyskał. Przede wszystkim na poziomie historii. Szpila koncentruje się na surrealizowaniu wydarzeń i seksualizowaniu opowieści (jak zresztą uprzedza w tytule książki), co odciąga od tego, co, moim zdaniem, najciekawsze, ale i najważniejsze w tej historii – opowieści o młodych, samotnych matkach, które trafiają do katolickiego ośrodka w Milanówku.
W opowiadaniu Szpili nie ma miejsca na przyjrzenie się bohaterkom, ich historiom i obecnej sytuacji, bo pisarka fetyszyzuje formę opowiadania. Spektakl niestety także nie unika tej pułapki, ale mimo wszystko o wiele lepiej radzi sobie ze zbudowaniem postaci czterech głównych bohaterek, a właściwie pięciu, bo rygor na scenie uosobiony zostaje przez postać zakonnicy, która pilnuje „recydywistek”.
Sytuacja wyjściowa to dom samotnej matki „Kokon” w Milanówku. Trafiają tam kobiety, które straciły najczęściej nie tylko dach nad głową, ale i wsparcie bliskich. Przez społeczeństwo postrzegane są jako te, które pochodzą „z patologii”, potrzebują dyscypliny i restrykcji, bo tylko one mogą utrzymać je „w ryzach”. Kobieta ma być bowiem posłuszna, cicha, pruderyjna, ale jednocześnie zawsze gotowa spełnić męskie oczekiwania i potrzeby. Jej seksualność należy do mężczyzn i społeczeństwa. Mówi o tym wprost najpierw kandydat na burmistrza, a potem burmistrz miasteczka – konserwatywny polityk Norbert K., w którego wciela się na scenie Łukasz Wójcicki.
Wójcicki odgrywa zresztą wszystkie męskie postaci spektaklu, co wychodzi mu naprawdę nieźle, zważywszy, że musi szybko przechodzić od momentów dramatycznych, przez ironiczne, do komediowych. Jednak to role kobiece (odgrywają je: Karolina Adamczyk, Sylwia Boroń, Bogumiła buzia gręda, Agata Jędrzejczak i Matylda Sielska) wymagają tutaj największego wysiłku i przekonania osób oglądających, że wszystkie sceny związane z nagością i seksualnością są na deskach sceny niezbędne. Mam bowiem poczucie, że po zwrotach, skandalach i przekroczeniach w teatrze naprawdę trudno jest dziś grać nagim ciałem, a Larwy momentami tego wymagają. Zresztą do realizacji spektaklu zatrudniono koordynatorkę scen intymnych – Igę Dzięgielewską. Ten wątek podkreślała na konferencjach prasowych sama reżyserka: „Najbardziej interesuje nas moment, w którym ciało przestaje być wyłącznie polem walki, a zaczyna być przestrzenią świadomości i sprawczości. Nie chcemy się zatrzymywać na wątkach dotyczących konfliktu i przemocy. Zależy nam przede wszystkim na tym, żeby mówić o konsencie – praktykowaniu zgody i niezgody, świadomej seksualności, także tej obecnej na scenie”.

Między innymi właśnie o świadomej seksualności jest ten spektakl. Bohaterki mówią o sobie: „dziwki”, „zdziry”, „szmaty”, „larwy”, bo tak nazywa je społeczeństwo, na marginesie którego się znalazły, co jest im codziennie przypominane. W opowiadaniu Szpili duży nacisk położony był na pracę przy zbieraniu jedwabników, przez co ciała bohaterek zyskują specyficzną woń, która przyciąga mężczyzn. W samym spektaklu ten temat nie jest poruszany; wiemy o ich pracy raczej z opisu, z którym możemy zapoznać się na stronie teatru. Kobiety wypowiadają kwestie, które dotyczą niezwykłych feromonów, jakie wydzielają, ale nie wiemy, z jakiego powodu się to dzieje. Nie jest to zresztą, moim zdaniem, wątek najistotniejszy.
Ten najważniejszy pojawia się niestety za rzadko. Mamy bowiem zaledwie dwie dłuższe sceny, które są monologami bohaterek (czy raczej wyobrażonymi dialogami) skierowanymi do swoich córek. Jaki los je czeka? Kobiety liczą po cichu, że zupełnie inny niż ich własny, że będą na tyle odważne, by mówić „nie”, kiedy coś im się nie spodoba lub kiedy nie będą chciały cudzego dotyku. Że nie spotka ich gwałt, wykorzystanie, przekroczenie. W drugiej scenie jedna z kobiet zastanawia się, co o niej pomyśli córka, gdy już dorośnie, czy znajdą wspólny język, czy nie będzie miała do niej żalu za dzieciństwo, czy będzie umiała jej wybaczyć.
Te dwie sceny, które niestety są jakby trochę obok spektaklu, mają największą siłę. Bo właśnie o tym, u samych podstaw, są przecież Larwy: o kobietach, które są nieustannie oceniane – jako córki, siostry, matki, członkinie społeczeństwa. O tym, co powinny, a czego nie. Co wypada, a co jest oznaką tego, że należą do „patologii”, jak same o sobie mówią. W przedstawieniu brakuje mocniejszego skupienia właśnie na tym aspekcie, choć z pewnością spektakl robi to lepiej niż opowiadanie Szpili.
Wynika to prawdopodobnie z tego, że w teatralnej adaptacji bardzo dużą wagę położono na jej wizualną część. Zresztą sama Sobik podkreślała, że „dużym wyzwaniem było przełożenie radykalnego, a zarazem czułego języka Agnieszki Szpili na formę dramatyczną oraz umuzycznienie wybranych fragmentów tekstu i stworzenie piosenek utrzymanych w tej konwencji”. Ta decyzja sprawiła, że na scenie dużo się dzieje, może właśnie aż za dużo, przez co tracimy główną oś opowieści. Widzowie z pewnością nie mogą narzekać na efekty specjalne, ale w moim odczuciu odciągają one uwagę, a nawet nieco ją rozpraszają. Choć pewnie ten lekki chaos i nagromadzenie efektów dźwiękowych i wizualnych miały oddać to, co dzieje się na osi fabularnej opowiadania Szpili – tam światem bohaterek w pewnym momencie zaczyna rządzić szaleństwo. Na początku mówią one, że rozum i rozsądek je zawiodły, więc odtąd będą kierować się intuicją i ciałem – co będzie widoczne wraz ze zbliżającym się końcem spektaklu. Ale w ich szaleństwie jest metoda: zemsta na tych, którzy mówią im, jak mają żyć, czuć i pożądać.
Larwy w krakowskiej Łaźni Nowej proponują nam więc temat nieco podobny do tego, który znamy z innych spektakli, ale jednak świeży, jeśli chodzi o grupę portretowanych kobiet. Jego realizacja jest też całkiem inna od tego, co już widziałyśmy i widzieliśmy. A jednak nie jest to spektakl tak dobry, jak mógłby być, gdyby zrezygnował z nadmiaru wizualnych fajerwerków. Mimo wszystko warto wybrać się na październikowe pokazy do Krakowa.