Więcej
Maciej Jaszczyński wyreżyserował swój dyplomowy spektakl na podstawie jednego z zapomnianych filmów Dereka Jarmana. Bez znajomości filmowego Jubileuszu spektakl może być nieczytelny.
Jarman stworzył film o punku, czerpiący z jego estetyki i ideowych założeń, jednak w istocie niepunkowy. Sama Vivienne Westwood odpowiedziała reżyserowi, tworząc Open T-shirt to Derek Jarman – otwarty list nadrukowany na T-shircie w towarzystwie flagi Wielkiej Brytanii i podobizny Elżbiety II – w którym nazywa Jubileusz najnudniejszym i najokropniejszym filmem, jaki widziała. Zarzuca reżyserowi postrzeganie przeszłości jako stanu łaski, a punku jako zagrożenia. Film oscyluje między dwoma planami: XVI-wieczną Anglią oraz apokaliptyczną wizją Londynu lat 70. Elżbieta I patrzy w lustro, które przenosi ją do owładniętego punkiem świata po bliżej niesprecyzowanej katastrofie. Widać w nim problemy, z jakimi borykała się ojczyzna reżysera. Powszechna bieda, inflacja, bezrobocie, brak zaufania wobec rządu oraz monarchii. Świat się sypał, ale przy wybuchach fajerwerków. Jubileusz jest nieustanną grą nawiązań, czerpie z Shakespeare’a (najbardziej brytyjskiego z autorów), oscyluje między prawdą a fikcją, a scenografią filmu czyni ruiny po niemieckich bombardowaniach. Aktorami są prawdziwie punkowi przyjaciele reżysera. To film chwilami obrzydliwy, niepokojący i przeraźliwie prawdziwy, a chwilami piękny, śmieszny oraz poruszający. Jego niepunkowość czyni z niego dzieło wciąż aktualne.
Jaszczyński wraz z dramaturżką Marią Gustowską podjęli się przepisania Jubileuszu na współczesność. Nadal jesteśmy w Londynie, ale tym razem walczymy z ideami szerzącymi się nie w Wielkiej Brytanii, ale w Unii Europejskiej. Spektakl ma być odpowiedzią na radykalizujące się ruchy prawicowe, wiszącą nad światem katastrofę klimatyczną oraz nieustannie toczone wojny. Niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, jednak spektakl nie do końca daje nam to odczuć.
Scenariusz podąża za strukturą dramaturgiczną filmu. Elżbieta I (Magdalena Czerwińska) także i tu przenosi się w czasie, a wraz z nią Ariel (Jan Sałasiński) i wierny John Dee (Karol Wróblewski). Ela (grana przez tę samą aktorkę) wciąż rządzi swoją bandą: Azotyną Poppers (Helena Urbańska), Furią (Lidia Pronobis) i Mendą (Martyna Kowalik), znanymi z pierwowzoru – w spektaklu zachowano ich cechy charakterystyczne i fizyczne. Azotyna marzy o byciu nauczycielką pisanej przez siebie historii świata. Menda łowi i uwodzi mężczyzn. Furia jest zafascynowaną przemocą i niszczeniem piromanką. Przynajmniej tak próbuje nam się je przedstawiać. Niestety nie dość mocno. Grupa staje się jednostajna, zblazowana i zwyczajnie nudna. Punkowa energia musiała wyczerpać się jeszcze przed premierą spektaklu.
Najlepszą sceną jest eurowizyjny występ Azotyny, również zaczerpnięty z pierwowzoru, w którym ubrana w lateksowe body i naszyjnik z gwiazd, przypominający flagę Unii Europejskiej, śpiewa o eurosach, piersiach i dzieleniu się miłością. Chociaż dostajemy ostrzeżenie, żeby nie czuć się zbyt wygodnie, to klaszczemy i dopingujemy ją. Doskonale wpisujemy się w rolę pokolenia, które zapomniało, jak żyć, i potrafi tylko oglądać. Niestety ten rodzaj gry z rolą publiczności nie przenosi się na pozostałe części spektaklu.

Adaptacja na cztery aktorki i dwóch aktorów wymaga znacznych skrótów. Kluczowe dla filmu sceny nie zostają zrekonstruowane, ale rozpisane na inne postaci. I tak Ela ostrzega młodego muzyka Kida (Jan Sałasiński) przed Borgią (Karol Wróblewski), ucieleśnionym złem i impresario muzycznym, chociaż chwilę wcześniej nie miała problemu, by tańczyć z nim do piosenki Azotyny. Konstrukcje poszczególnych bohaterów się rozpadają, a klocków jest za mało, żebyśmy mogli je złożyć. Znika też kluczowa w filmie Jarmana przestroga przed szukaniem alternatywnej społeczności. Skłot daje ucieczkę, ale stanowi też zagrożenie. W spektaklu skłoterki jako jedyne niosą sprawiedliwość. Mszczą zabójstwo Kida, który jako niesprzedający się artysta zostaje zastrzelony przez Borgię. Tylko przedwczesna śmierć muzyka może przywrócić mu wartość na rynku sensacji. Czy reżyser sugeruje, że nawet w świecie anarchii istnieje jeszcze moralność? W spektaklu brakuje materiału, który pozwoliłby uporządkować przekaz.
Nie pomaga w tym ascetyczność scenografii. Jedna czerwona ściana, jedna rozpadająca się pralka, jeden brudny materac, jedno krzesło, dwa globusy (jeden z nich namalowany na piłce gimnastycznej), cztery ekrany i jeden martwy ogród. Chociaż gubimy się w znaczeniach, jakie mają nieść ze sobą poszczególne sceny, to potrafimy odnaleźć się w przestrzeniach i czasach tej skomplikowanej podróży. Nie tylko za sprawą wyświetlanych na scenografii napisów precyzujących czas i miejsce akcji (ile jeszcze cierpliwości wobec tychże mamy w sobie?), ale także dzięki ustawieniu świateł. Helena Rakovich, reżyserka światła, w iście brytyjskim duchu operowała głównie czerwienią, bielą i głębokim niebieskim kolorem, a przeskoki w czasie zaznaczała cieplejszym lub chłodniejszym światłem. Szkoda, że mocniej nie wykorzystano potencjału światła, biorąc pod uwagę liczbę statycznych, skupionych na rozmowie scen.
Nawet koniec spektaklu, w którym Furia z Azotyną w akcie zemsty za śmierć Kida podpalają skłot, specjalnie nie zaskakuje. Po odliczeniu do zera punktowe światło pada na suknię Elżbiety I z widocznym od początku spektaklu nadrukowanym na nim grzybem atomowym. Ta katastrofa nie przytłacza. Element kostiumu towarzyszył nam od pierwszej sceny. Skupienie uwagi widowni tylko na nim nie rozwiązuje fabuły. Nie czujemy spełnienia. Ani strachu.
Wybór Jubileuszu na materiał wyjściowy wydawał się sprytną grą. Kontrowersje, jakie wzbudziła jego premiera, skomplikowanie formalne oraz nieoczywistość fabuły mogły zaoferować Jaszczyńskiemu pewnego rodzaju luz w czerpaniu z Jarmana i ustaleniu swojego własnego spojrzenia. Niestety skończyło się na przepisywaniu, które nie ma prawa działać w tak prostej i krótkiej formie. Spektakl prosi się o więcej: uwagi, szaleństwa, światła.