Wpływowi, wpływowe. 1-10

Wpływowi, wpływowe. 1-10
Katarzyna Minkowska / fot. Leszek Zych / Polityka
Redakcja „Teatru” wskazuje 20 osób o największym wpływie na realia rodzimej sceny.

Osoby artystyczne. Osoby dyrektorskie. Osoby komentujące. Kto jest najbardziej wpływowy w polskim teatrze? Kto określa, co uchodzi w nim za dobre lub przynajmniej właściwe, a co za niedopuszczalne? Kto ustała skalę wartości? Kto kontroluje środki produkcji? Pierwsza dziesiątka naszego rankingu poniżej. Miejsca 11-20 przedstawiliśmy przed tygodniem.

10. MACIEJ NOWAK
Maciej Nowak / fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl

Maciejowi Nowakowi od lat przypisuje się niezwykłą umiejętność wyławiania talentów – młodych, wybitnych osób, które później kształtują obraz polskiego teatru. Nic dziwnego, skoro odkrył lub wypromował Pawła Demirskiego, Jana Klatę, Martę Górnicką, Rafała Urbackiego, Jakuba Skrzywanka, Mikitę Iłynczyka, Katarzynę Minkowską, a ostatnio także Kamila Białaszka. Rzadziej wspomina się jednak, że jego talent do rozpoznawania potencjału sięga znacznie dalej niż środowisko artystyczne. Dotyczy ludzi kultury w ogóle.

Wiele osób współtworzących pierwszy zespół Instytutu Teatralnego, którego Nowak był współtwórcą i dyrektorem, było tuż po studiach. Dziś, po latach, podkreślają odpowiedzialność powierzanych im zadań, ogromne zaufanie, jakim ich obdarzał szef, oraz jego charyzmę, dzięki której wspólna praca była inspirująca i dawała poczucie sensu. Dla młodszych uczestników życia teatralnego zaskoczeniem może być fakt, że Paweł Dobrowolski, obecny dyrektor cenionego Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie, był osobą, która zakładała i przez pewien czas prowadziła w Instytucie Teatralnym księgarnię Prospero. W IT pod okiem Nowaka swoje pierwsze zawodowe kroki stawiali także inni późniejsi dyrektorzy instytucji kultury, między innymi Joanna Nawrocka i Paweł Sztarbowski. Radar na talenty – owszem, ale nie tylko te reżyserskie. [AW]

9. BARTOSZ SZYDŁOWSKI
Bartosz Szydłowski / fot. Klaudyna Schubert

Dwukrotnie bezskutecznie próbował zostać dyrektorem Narodowego Starego Teatru, był epizodycznym kuratorem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Po cóż mu to jednak, gdy od dwudziestu jeden lat kieruje Łaźnią Nową. Wspaniałym obiektem, wolnym od trosk związanych z zarządzaniem zespołem aktorskim, za to z dworem krytyków – selekcjonerów festiwalowych Boskiej Komedii. Festiwal wszedł ostatnio w świat prestiżowych międzynarodowych koprodukcji – dorzucając się choćby do premiery Florentiny Holzinger.

Bartosz Szydłowski to bezkonkurencyjny w teatralnym światku talent polityczny – niedawna bezpardonowa akcja wokół pozyskania rekordowej dotacji ministerialnej dla Boskiej Komedii tylko to potwierdza. Jednocześnie dyrektor Łaźni uporczywie nie rezygnuje z ambicji artystycznych – ostatnio jego spektakl Czerwone i czarne miał tournée w Chińskiej Republice Ludowej. W czasie rządów Szydłowskiego – to jako dyrektora naczelnego, to artystycznego – w mieście zmieniło się wszystko: jest już czwarty arcybiskup krakowski, piąty rektor UJ i piąty dyrektor Narodowego Starego Teatru. Zmienił się nawet urzędujący najdłużej w historii miasta prezydent, Jacek Majchrowski, który przez lata zabezpieczał interesy Szydłowskiego i odchodząc, zapewnił mu kontrakt dłuższy niż pełna kadencja prezydenckiego następcy. Następcy już nie ma, Szydłowski trwa. [WM]

8. GRZEGORZ LASZUK I ALINA GAŁĄZKA
Grzegorz Laszuk i Alina Gałązka / fot. Klara Kopcińska / ngo.pl

Współtworzą jedną z najważniejszych niezależnych instytucji teatralnych w Polsce, która w tym roku świętuje trzydziestolecie. W tym świętowaniu jest jednak sporo dziegciu. Poza Komuną Warszawa nie ma dziś w stolicy miejsca, które łączyłoby model domu pracy twórczej i sceny prezentacji. Centrum w Ruchu straciło siedzibę, a Pawilon tańca i innych sztuk performatywnych nie posiada zaplecza pozwalającego na produkcję spektakli.

Komuna Warszawa nie dysponuje ani adekwatną dotacją, ani dużą sceną, ale zdołała zaadaptować budynek dawnej szkoły podstawowej przy ul. Emilii Plater, dokąd w 2019 roku trafiła z kamienicy przy Lubelskiej 30/32, zagrożonej katastrofą budowlaną. Z czasem Komuna stała się jednym z najważniejszych producentów spektakli choreograficznych w kraju. Od miesięcy walczy jednak o utrzymanie obecnej siedziby. Przez chwilę wydawało się, że kampania społeczna na rzecz zachowania charakteru śródmiejskiego kwartału zakończyła się sukcesem: budynek wpisano do rejestru zabytków. Szybko przyszło jednak rozczarowanie, bo plan ogólny rozbudowy nie musi tego faktu uwzględniać.

Ale Komuna dalej robi swoje. Miniony sezon przyniósł szereg ciekawych premier, głównie okołotanecznych, m.in. The End Magdy Jędry i Kasi Kani, Nic dwa razy Cezarego Tomaszewskiego, Retrospekcję Jolanty Krukowskiej i Weroniki Szczawińskiej, Sublime Karoliny Kraczkowskiej oraz reaktywację legendarnego Zrób siebie Marty Ziółek, a także wystawy, rezydencje, inicjatywy społeczne. Tym bardziej gorzko wybrzmiała decyzja, by współorganizatorem Polskiej Platformy Tańca 2026 został Instytut Grotowskiego, nie Komuna. [KTS]

7. ANNA SMOLAR
Anna Smolar / fot. Karolina Jóźwiak

Od premiery Kobiety samotnej mija ponad rok. Kolejny sezon teatralny w Polsce kończymy bez nowego spektaklu Anny Smolar, za to z zapowiedzią nadchodzącej jesienią Sukcesji na motywach Życie jest snem Calderóna de la Barki w Teatrze Studio. By zobaczyć najnowsze realizacje reżyserki, trzeba jechać za granicę: w Opéra de Lille zrealizowała Pianę dni, swój operowy debiut, w Münchner Kammerspiele Eurydykę i Orfeusza. Polskie prace Smolar z ostatnich lat były więcej niż udane. Wystarczy wymienić te warszawskie: Melodramat (Teatr Powszechny, 2023), Antygonę z Molenbeek (Teatr Dramatyczny, 2024), Orfeusza (TR Warszawa, 2024), wreszcie Kobietę samotną (Teatr Powszechny, 2025), za którą dostała Nagrodę im. Konrada Swinarskiego. Wszystkie docenione zarówno przez krytyków, jak i publiczność. Jej teatr jest nie tylko wyrafinowany formalnie i piękny wizualnie, ale także komunikatywny. Trafia do szerokiej grupy odbiorców ze względu na dobór tematów – społecznie ważnych i emocjonalnie uniwersalnych. U Smolar talent idzie w parze z bezpieczeństwem procesu i komfortem pracy – co podkreślają pracujący z nią aktorzy i aktorki. Artystka ma zaledwie czterdzieści pięć lat, tworzy od ponad dwóch dekad. W pewnym sensie już jest klasyczką, a wydaje się, że najciekawsze dopiero przed nią. [AW]

6. KRYSTYNA JANDA
Krystyna Janda w spektaklu Biała bluzka / fot. Waldemar Kompała / East News

Jeśli na gwiazdy, to do Polonii. Krystyna Janda prowadzi swój teatr od dwóch dekad (a Och-Teatr od lat szesnastu) z godną podziwu konsekwencją i sukcesami. Grają u niej nie tylko Jan Englert, Daniel Olbrychski i Maja Komorowska, ale też Marcin Hycnar czy Maria Seweryn. No i oczywiście gra sama Krystyna Janda, a każda jej kolejna premiera wyprzedaje się na pniu.

Sukcesy artystyczne to jedno, a dyrektorskie to drugie. Na kapryśnym rynku teatralnym płaci się różnie i różnie się eksploatuje przedstawienia. Polonia słynie z solidności, zarówno jeśli chodzi o wynagrodzenia, jak i repertuary. Najlepsze przedstawienia nie schodzą z afisza latami. Z punktu widzenia reżyserów i aktorów spektakl u Jandy nie jest trampoliną do środowiskowego sukcesu, to raczej okno na miasto. „Krystyna Janda wie, czego ludzie chcą, i im to daje. Na tym zasadza się misja jej teatru, w przeciwieństwie do wielu teatrów z ambicjami awangardowymi i krytycznymi, których zadanie polega na czymś dokładnie odwrotnym – na zmuszaniu widzów do konfrontacji z tym, czego oglądać nie chcą” – pisał na łamach „Teatru” Stanisław Godlewski i – jak słusznie konkludował – „oba rodzaje teatru są potrzebne”. [DG]

5. JAN KLATA
Jan Klata / fot. Natan Berkowicz / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Najpierw sukces z Krzyżakami w Olsztynie, potem dobry, obiecujący start nowej dyrekcji Teatru Narodowego. To byłby świetny czas dla Jana Klaty, gdyby na koniec sezonu nie wydarzyła się wizerunkowa katastrofa: po raz kolejny okazało się, że reżyser jest najgorszym wrogiem samego siebie i nie potrafi powstrzymać się przed inicjowaniem kompletnie bezproduktywnych konfliktów. Podjęta podczas Opolskich Konfrontacji Teatralnych próba osobistej wendety na krytyku, który kilka lat wcześniej napisał parę nieprzychylnych zdań o jednym z przedstawień artysty, przypomniała czarną legendę Klaty – nerwusa przeczulonego na własnym punkcie. Konsekwencje wydarzeń opolskich mogą być długofalowe. Trudno uwierzyć, by Klata mógł teraz wiarygodnie grać rolę, o której najbardziej marzy, czyli pełnoprawnego spadkobiercy Jerzego Grzegorzewskiego. Nie zmienia to faktu, że decyzje repertuarowe dyrektora Narodowego wciąż ważą bardzo dużo. Dowód? Nadal nie wiemy, czy w nowym sezonie w Sali Bogusławskiego pojawi się Krystian Lupa, a całe środowisko już o tym dyskutuje. [TP]

4. ROBERT TALARCZYK
Robert Talarczyk / fot. Przemysław Jendroska

Aktor, który został reżyserem. Reżyser, który został dyrektorem. Dyrektor, który został lokalnym liderem społecznym nieuznawanej przez państwo mniejszości językowej i etnicznej. Talarczyk z pewnością doczeka się w Katowicach ulicy czy placu swojego imienia. Od trzynastu lat kieruje Teatrem Śląskim w Katowicach – ze sceny niewyraźnej i peryferyjnej zrobił wyraziste centrum opowieści o śląskiej tożsamości, która w tym samym czasie zyskiwała nową dumę, nową samoświadomość i ogólnopolską widzialność, pod co Talarczyk położył fundament, między innymi współtworząc słynnego Cholonka – adaptację śląskiej prozy Janoscha, graną po śląsku w Teatrze Korez od 22 lat.

Obok opowieści o regionie i jego historii Śląski pokazuje równolegle od czasu do czasu głośne reżyserskie nazwiska, jak choćby Maję Kleczewską – która przy okazji Tkoczy zorganizowała nawet protest aktorów w sprawach płacowych. Jak tłumaczyła – przeciwko premierowi Tuskowi, a nie dyrektorowi Talarczykowi. W najbliższym sezonie Kleczewskiej w Katowicach nie zobaczymy. Umiejętnym tkaniem sieci współprodukcji Talarczyk buduje też widzialność swojej instytucji i własnej twórczości – czy to w Teatrze Studio w Warszawie, czy w Teatrze im. Juliusza Słowackiego i Łaźni Nowej w Krakowie. Jego dyrekcja wiąże się z zaletami, jak i z wadami silnych lokalnych więzi i silnych osobowości. Teatr Śląski to przede wszystkim teatr Roberta Talarczyka – a i w regionie zdecydowanie ma on najwięcej do powiedzenia w teatralnych sprawach. Są takie dni, kiedy jednego wieczoru można obejrzeć na scenach województwa śląskiego trzy, a nawet cztery spektakle w jego reżyserii (a niekiedy i według tekstu). [WM]

3. MICHAŁ KOTAŃSKI
Michał Kotański / fot. Grzegorz Gołębiowski / Teatr im. S. Żeromskiego w Kielcach

Dyrektor Teatru Telewizji mógłby właściwie spokojnie odbierać kolejne nagrody – po Nagrodzie Specjalnej miesięcznika „Teatr” otrzymał Nagrodę im. Zygmunta Hübnera – i spocząć na laurach. Przekonał do siebie TVP, przekonał artystów, przekonał publiczność. Na koniec sezonu telewizja chwaliła się rosnącymi wynikami oglądalności. W sytuacji, gdy sama TVP pozostaje w stanie instytucjonalnej zapaści, Teatr Telewizji odbudowuje widownię i coraz wyraźniej staje się jednym z jej flagowych projektów.

Tyle że wraz z sukcesem rosną oczekiwania – i coraz głośniej słychać także głosy krytyczne. Jest więcej produkcji własnych, ale i narzekania, że ilość zaczyna być ważniejsza niż jakość. Są politycznie kontrowersyjne tematy (Prałat), ale też kontrowersyjne, jak się okazuje, formaty teatralne (Wszystko na sprzedaż, Matka Joanna od Aniołów). Jest konkurs dramaturgiczny, ale czy są dobre teksty? Jest reaktywacja sceny młodego widza, ale od początku nie było jasne, czy uda się przekonać dzieci do oglądania teatru w telewizji. Kotański odpowiada na to po swojemu: jeśli nie wiadomo, czy przekonamy dzieci, przekonajmy najpierw dorosłych.

Jego klasa menedżerska polega właśnie na umiejętności wzmacniania wcześniej podjętych decyzji repertuarowych. Takim rozwiązaniem jest otwarcie nowego sezonu spektaklem dla dzieci pomyślanym jako największy hit jesieni: Królem Maciusiem Pierwszym w gwiazdorskiej obsadzie, z Markiem Kondratem namówionym do powrotu przed kamerę. Do tego emisja w prestiżowym poniedziałkowym paśmie o 20.30. Kreatywność i sprawczość – level hard. [KTS]

2. PAWEŁ DOBROWOLSKI
Paweł Dobrowolski / fot. Łukasz Pepol

Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie miał swój najlepszy sezon od wielu lat, pewnie jeden z najlepszych w historii. Krzyżacy Jana Klaty, Wszyscy jesteśmy Belén Katarzyny Minkowskiej, Erotyczne immunitety, sex i transformacja Wiktora Rubina – wszystkie te przedstawienia wzbudziły entuzjazm krytyki (która zaczęła regularnie zaglądać na Warmię), wywołały dyskusje i ruszyły na festiwale, przywożąc do Olsztyna kilka prestiżowych nagród. To wielki sukces zespołu, ale przede wszystkim dyrektora Pawła Dobrowolskiego, który tchnął w warmińską scenę nową energię. Jego kadencja rozpoczęła się w 2023 roku i z każdym kolejnym nabiera rozpędu.

Olsztyn gra dziś rolę Tego Ciekawego Teatru na Prowincji, która wcześniej przypadała scenom w Legnicy czy Wałbrzychu. W przeciwieństwie do tamtych teatrów siłą Olsztyna nie są ani młodzi zdolni, dopiero co odkryci, ani eksploatacja lokalnej tożsamości (choć ten wątek istnieje, czego dowodem przedstawienia o objawieniach w Gietrzwałdzie i deathmetalowym zespole Vader). Sukcesy przynoszą przede wszystkim uznane nazwiska, właściwie reżyserskie gwiazdy, bo taki status mają i Klata, i Minkowska.

Można by powiedzieć, że to bezpieczna strategia, ale i tu zdarzają się kontrowersje. Protesty środowisk prawicowych wywołał niewinny plakat do Wszyscy jesteśmy Belén. To zabawne, bo ten sam teatr chwilę wcześniej oferował widzom dość śmiałe performerskie przekroczenia w spektaklu Susan Sontag Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana. Jednocześnie produkując klasykę – interpretowaną z rozmachem, ale bez skandalu, czego dowodem przedstawienia Sławomira Narlocha. Zręczne balansowanie między eksperymentem, obowiązkiem i hitem dowodzi dyrektorskiego zmysłu Pawła Dobrowolskiego. [DG]

1. KATARZYNA MINKOWSKA
Katarzyna Minkowska / fot. Magda Hueckel

Polskim teatrem rządzą dyrektorzy. Ale Katarzyna Minkowska ma nad nimi przewagę. Bo chyba nie ma u nas dyrektora, który nie chciałby mieć w repertuarze spektaklu Minkowskiej.

Ma 34 lata i posiada już nie tylko wielbicieli, ale też naśladowców (zwłaszcza wśród osób studiujących i młodego pokolenia reżyserów/reżyserek). Jej spektakle dały początek nurtowi, który szybko został rozpoznany i nazwany polskim teatrem terapii. Dzięki nim teatr psychologiczny zyskał nowoczesny, rozbudowany inscenizacyjnie język i po latach marginalizacji znów wszedł do głównego nurtu.

Teraz jednak Minkowska sama zaczyna testować inne strategie – i to wydaje się momentem szczególnie ciekawym. Wszyscy jesteśmy Belén, spektakl dotyczący praw reprodukcyjnych kobiet, pokazuje tę zmianę: przesunięcie akcentów ku tematom społecznym i politycznym, bez rezygnacji z charakterystycznej dla Minkowskiej intensywności. W przyszłym sezonie reżyserka chce też popróbować nowych miejsc – ma pracować w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi (Łaknąć Sarah Kane), w warszawskim Teatrze Komedia (Nie jesteśmy tu dla przyjemności Niny Lykke), a wiosną w Mecklenburgisches Staatstheater w Schwerin (Burza Williama Shakespeare’a).

Początek 2026 roku przyniósł jej Paszport „Polityki”, a potem serię wywiadów, w których wracał temat tempa pracy. W rozpędzonym momencie kariery Minkowska wyhamowała i zrezygnowała z części projektów. W ostatnim sezonie wyreżyserowała jeden spektakl. Czy ryzykowała, że zniknie z pola widzenia? Zagrożenie było chyba niewielkie. Pauza nie osłabiła jej pozycji – przeciwnie, potwierdziła, jak mocne miejsce zajmuje dziś w polskim teatrze. [KTS]