Za długi spektakl o matce i córce

Za długi spektakl o matce i córce
Krótki spektakl o matce i córce, reż. Helena Urbańska / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie
Zaczyna się od orgazmu, a potem robimy się senni. Przez połowę godzinnego przedstawienia można odnieść wrażenie, że nie jest to Krótki spektakl o matce i córce, tylko Dłużący się spektakl o starszej aktorce i młodszej aktorce.

Mała scena warszawskiego Dramatycznego jest prawie pusta. W centrum dwa wzorzyste fotele, po bokach kilka ledowych świateł, z lewej strony stanowisko muzyczne. Magdalena Sowul przygrywa na gitarze, flecie i syntezatorach oraz śpiewa. I są to najmilsze momenty przedstawienia. Między tym wszystkim krąży robot sprzątający z przyczepionym głośnikiem, z którego co jakiś czas dobiega głos Waldemara Barwińskiego. W fotelach siedzą i na fotelach jeżdżą dwie aktorki. Córkę gra autorka tekstu i reżyserka – Helena Urbańska. Matkę Anita Sokołowska. W spektaklowym intro dowiadujemy się, że tę drugą kojarzymy z ekranu i „Tańca z gwiazdami”, a tej pierwszej raczej nie kojarzymy. Choć to przecież jedna z najbardziej wyrazistych aktorek młodego pokolenia. I jedna z ambitniejszych, czego Krótki spektakl…, czyli jej reżyserski debiut, dowodem.   

Temat jest prosty: córka opowiada o relacji z matką. Tylko że nie bardzo jest o czym. Obydwie bohaterki są w sumie sympatyczne, obydwie mają wady. Dogadują się trochę, a trochę się nie dogadują. Córka ma potrzebę rozmowy, Matka wyćwiczyła się w niesłuchaniu. Coś tam skrywają z przeszłości, jakieś bolesne sprawy, dawne żale, ale żadnych spektakularnych traum. Matka stosowała kary fizyczne, chociaż się wypiera. Tymczasem Córka rzuca jej w twarz oskarżenia i mówi, że nie ma zgody na przemoc bez zgody. Jakie to były kary? Klapsy czy kabel od żelazka? Nie wiadomo, ale raczej to pierwsze. Polem sporu nie jest też homoseksualność Córki. Matka ją akceptuje i wspiera w poszukiwaniu miłości oraz zachęca do używania życia. W porównaniu z wystawianym na tej samej scenie Muszeniem Jagody Szelc o wychowaniu w alkoholowym domu mamy do czynienia z sielanką. A sielanką trudno się przejąć. Potencjalnie intrygujące mogło być pokazanie ciemnej strony relacji, w której Matka i Córka zdają się przyjaciółkami, ale tylko zdają, bo przecież hierarchia nie znika. Twórczynie idą w tę stronę i zatrzymują się w pół kroku.

Urbańska chyba te niedostatki dramatyzmu wyczuwa i szuka innych pól napięć. Jak wielu współczesnych twórców teatralnych ratuje się burzeniem czwartej ściany. W efekcie przez połowę tego godzinnego spektaklu można odnieść wrażenie, że nie jest to Krótki spektakl o matce i córce, tylko Dłużący się spektakl o starszej aktorce i młodszej aktorce. Dłuży się otwierająca scena o tym, jak wyreżyserować/zagrać kobiecą masturbację. Dłuży się pojedynek na płacz, czyli parodia aktorskich szarż. Choć Anita Sokołowska w innych scenach szarżuje bez strachu i bez potrzeby. Artystki wydają się być w dobrej komitywie, ale w ich grze ujawnia się dysonans. Urbańska jest powściągliwa, celuje w naturalność. Sokołowska robi gest za gestem, a jeden szerszy od drugiego. Jasne, jest w tym sporo humoru, kilka zabawnych dialogów i generalne poczucie wzajemnej życzliwości, do której można się widzowsko podłączyć. Kto w nastroju tkliwym, ten może się nawet wzruszy w finale.

Krótki spektakl o matce i córce, reż. Helena Urbańska / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie

Kłopot w tym, że nie bardzo wiadomo, jaka jest stawka tej opowieści. Ktoś powie: „A spektakl nie może być po prostu o życiu?”. Muszą być wielkie sprawy? Może. Nie muszą. Ale dobrze, gdyby taki teatr był na przykład estetycznie atrakcyjny, choreograficznie pomysłowy, gdyby było w nim więcej obrazów takich jak robot tańczący do przebojowej piosenki. Albo chociaż żeby był konsekwentny i myślowo spójny. Tymczasem Urbańska sprawia wrażenie, że nie panuje nad sensami, które uruchamia. Weźmy ironiczną scenę psychoterapii, w której Matka rozkłada fotel i leżąc niby pacjent na kozetce, przyjmuje rolę terapeutki. To okazja do wyśmiania co popularniejszych nurtów. Coś o Hellingerze, coś o Jungu, kilka żargonowych sformułowań. Nie mam pretensji. Dobrze, że teatr terapii zaczyna się z terapii śmiać, zamiast ją fetyszyzować, to kolejny etap rozwoju, a jednocześnie potwierdzenie, że myślenie terapeutyczne wciąż stanowi centralny punkt odniesienia. Krótki spektakl… znakomicie to potwierdza, bo mimo chwilowej ironii całość prowadzi do sekwencji jak z marzeń Freuda.

Siedzą obok siebie, Matka i Córka. Ta pierwsza przykłada do oczu lornetkę i opowiada, co widzi. A widzi Córkę, która wchodzi do mieszkania podglądanej wcześniej sąsiadki, „cycatej blondynki”, do której – za namową Matki – odważyła się zadzwonić i umówić na randkę. To podglądanie to oczywiście nawiązanie do Krótkiego filmu o miłości, jednej z części Dekalogu Krzysztofa Kieślowskiego. W teatrze Matka relacjonuje Córce, jak ta uprawia seks. Jeśli to nie jest ciekawy temat na kozetkę, to ja nie wiem, co nim jest. Zwłaszcza że sąsiadka dopuszcza się przekroczeń, które sprawiają, że Córka odnajduje bolesne wspomnienia z dzieciństwa o przemocowej rodzicielce. W emocjach życzy jej śmierci. Dobry finał, prawda? Orgazm na początku, śmierć na końcu. Takie, wiecie, koło życia.

Teatr Dramatyczny w Warszawie, Krótki spektakl o matce i córce, tekst i reżyseria Helena Urbańska, muzyka Magdalena Sowul, premiera 17 września 2026.

Dominik Gac

Krytyk teatralny i teatrolog. Redaktor „Teatru”, współpracownik portalu teatralny.pl, kwartalnika „nietak!t”, radiowej Dwójki i Instytutu Teatralnego. Przewodniczący Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współtwórca eksperymentalnych słuchowisk i projektów muzycznych.