Zabawa jako antidotum
Przedstawienie Power Play jest częścią programu kuratorskiego Marty Keil, któremu przyświeca hasło „Do kogo należy teatr?”. Keil stawia diagnozę: instytucje są wyeksploatowane, a pracownicy wycieńczeni. Proponuje rozszczelnienie systemu i włączenie tych, którzy nie mają sprawczości ani wpływu na debatę publiczną. W tym przypadku są to dzieci.
Power Play to najlepsze przedstawienie z udziałem dzieci, kierowane do nastoletniej publiczności, jakie dotychczas widziałam. Oferuje odejście od śmiertelnej powagi, zbyt często obecnej w spektaklach młodzieżowych, oraz wybór zupełnie innych strategii inscenizacyjnych. Oddaje hołd nieposkromionej dziecięcej wyobraźni, a w centrum stawia zabawę. Próbuje uchwycić wiele tematów jednocześnie i – paradoksalnie – jest to jego największa zaleta. To jednocześnie fantazja o oddaniu dzieciom władzy, zamianie ról między nimi a dorosłymi, ale też o wzajemnym, podmiotowym traktowaniu i stawianiu granic.
Przedstawienie jest częścią programu kuratorskiego Marty Keil, któremu przyświeca hasło „Do kogo należy teatr?”. Keil stawia diagnozę: instytucje są wyeksploatowane, a pracownicy wycieńczeni. Co można poradzić na coraz poważniejszy problem wypalenia zawodowego i wyczerpania na skutek konfliktów środowiskowych? Kuratorka proponuje rozszczelnienie systemu i włączenie tych, którzy nie mają sprawczości ani wpływu na debatę publiczną. Do TR Warszawa zaprosiła artystkę i reżyserkę Samarę Hersch, której domeną jest współpraca z różnymi społecznościami niemającymi doświadczenia w profesjonalnym aktorstwie.
Większość spektaklu oglądamy za pośrednictwem wideo, ale nie buduje to dystansu, a raczej wzmacnia komfort dziecięcych osób aktorskich. Przede wszystkim podkreśla jednak brak dostępu dorosłych do świata tego rodzaju zabawy i wyobraźni. Pierwsza część przedstawienia rozgrywa się w „bazie” – namiocie złożonym z wielobarwnych tkanin (przynajmniej ja tak nazywałam budowane z koców, prześcieradeł i pościeli konstrukcje, w których można było schować się przed światem rzeczywistym i w pełni oddać zabawie). To luźna adaptacja Króla Maciusia Pierwszego Janusza Korczaka (Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK DZISIAJ jest koproducentem). Maciuś (Dobromir Dymecki) po śmierci ojca (Vincent Kalita-Porcari) przejmuje władzę w królestwie. Zamiast prowadzić wojny woli kupować dziecięcym podwładnym mleczną czekoladę. Narratorem opowieści jest Tomek Tyndyk, który nie tylko kreśli tło społeczne, ale też wypowiada dialogi między bohaterami, modulując głos. Nikt poza nim nie wygłasza kwestii mówionych – wszyscy grają pantomimicznie, gestem i mimiką. Dzieci oraz aktorski zespół TR płynnie wymieniają się rolami, wzajemnie się napędzając i dopełniając.
Scenografię i kostiumy stworzyła Marta Szypulska z pomocą Natalii Dziarczykowskiej, Wiktora Droszcza, Oliwii Repczyńskiej, Hanny Rosińskiej i Julii Wasilewskiej. Kostiumy przypominają mi te, które Szypulska zaprojektowała do wrocławskiej Trąbki do słuchania w reżyserii Weroniki Szczawińskiej – wielowarstwowe, kolorowe, zabawne, świadczące o ogromnej wyobraźni artystki, wykonane z elementów codziennego użytku (korki do wina, sztućce, trzepaczki kuchenne). Szypulska doskonale oddała klimat domowych zabaw teatralnych.

Kiedy dramaturgia zaczyna się wyczerpywać, świetna Nina Rogacka bierze mikrofon do ręki i przejmuje inicjatywę. „Dlaczego to znowu chłopiec jest głównym bohaterem, a wszystko wygląda tak bardzo infantylnie?” – wtrąca i dissuje: „A ty co, Tomek, myślisz, że wyglądasz jak księżniczka? Bliżej ci do Pszczółki Mai”. Wszyscy zdejmują kostiumy, a przestrzeń zostaje ogołocona ze scenografii. Włącza się stoper: przez 15 minut dzieci mogą robić, co chcą. Wcielają się w reżyserki i dramaturgów, wydają polecenia profesjonalnym osobom aktorskim i budują sceny. Zostały obdarzone ogromnym zaufaniem – wszyscy improwizują, co potwierdzają dwie minuty, w trakcie których dzieciaki naradzają się w kącie przy wyciszonych mikroportach i z ożywieniem szepczą, a zniecierpliwieni aktorzy, przestraszeni wydłużającą się ciszą, zaczynają ich poganiać.
By przywołać tylko najśmieszniejsze fragmenty z wersji premierowej: na początku dzieci szukają chętnego do kupienia im czipsów i żelków w Żabce, który w zamian mógłby wymyślić jedno zadanie aktorskie. Tomasz Tyndyk ma grać babuleńkę, a Maria Maj krzyczeć do niego, że nie może udawać starej baby. Dobromir Dymecki ma wygłaszać pokrzepiający monolog przed lustrem przed rozmową kwalifikacyjną, a Monika Frajczyk udawać jego krzywe zwierciadło. Kiedy Dymecki krzyczy: „Jestem najlepszy, zasługuję na więcej”, Frajczyk odpowiada, że jest zbyt spocony, by wyjść dzisiaj z domu. Łzy lecą mi ze śmiechu, a wtedy wraca bohater z przekąskami i rozpoczyna się uczta. Każdy ma konsumować czipsy w inny sposób, adekwatnie do epoki, którą reprezentuje. Dymecki zapycha się jako współczesny nastolatek, pokrzykując „sigma, sigma”; Frajczyk, jako starszy, zmęczony życiem mężczyzna, odmawia jedzenia tego paskudztwa; Tyndyk, jako dystyngowany Francuz, rozkoszuje się pokarmem, używając popularnych francuskich idiomów; a Maj, jako Kleopatra, przygląda się temu wszystkiemu z pewną dozą obrzydzenia.
Kiedy kończy się czas, dziecięcy performerzy proszą o więcej: trzy minutki, dwie minutki. Dorośli zaczynają się buntować, nudzić, negocjować, stawiać warunki. Władza szybko przemienia się w udrękę, a rozkaz – w odmowę i kręcenie nosem. Jednocześnie powracamy do konwencjonalnej hierarchii między dorosłymi a dziećmi, ale też zaczyna budować się relacja oparta na poszanowaniu granic drugiego człowieka.
Trzecia część – najbardziej oniryczna i tajemnicza – opowiada o trosce, czułości i opiekuńczości. Dziecięce osoby aktorskie chodzą po sennej krainie, zbudowanej na kształt pustyni czy wydm (Szypulska wykorzystała PVC, które po nadmuchaniu zaczyna falować, jakby dotykał je podmuch wiatru), i odwiedzają dorosłych z ich problemami, lękami, marzeniami. Mimo że dawne schematy relacyjne powracają, rzeczywistość nie jest lukrowana, infantylizowana czy poddawana cenzurze. Dzieci traktuje się podmiotowo, nie zatajając żadnych informacji.
Power Play potwierdza tezę Keil – zabawa może rozszczelnić strukturę hierarchiczną i wprowadzić świeżą, nieokiełznaną energię. Najlepsze spektakle tego sezonu to te, które bawią się formą, tekstem, powtórzeniem czy performatywnością. Mam na myśli Very Ibsen z Teatru Współczesnego w Szczecinie czy Nic dwa razy z Komuny Warszawa. Dobre recenzje świadczą o tęsknocie za eksperymentem i potrzebie wspólnotowego śmiechu. Może to najlepsze remedium na okropne czasy?