„Zabiliście mnie”

„Zabiliście mnie”
45, chor. Jacek Przybyłowicz / materiały Polskiego Teatru Tańca / fot. Andrzej Grabowski
Co naprawdę wydarzyło się w Polskim Teatrze Tańca w Poznaniu?

Atmosfera w Polskim Teatrze Tańca w Poznaniu wciąż jest gęsta. Po otwartym konflikcie, do jakiego doszło pod koniec zeszłego roku między dyrektorką Iwoną Pasińską a częścią zespołu, w instytucji przeprowadzono audyt zarządzony przez organizatora, czyli Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego. Czy to doprowadzi do uspokojenia sytuacji? Trudno wyrokować, tym bardziej że wciąż nie jest jasne, co tak naprawdę w PTT się wydarzyło i dzieje teraz. By odpowiedzieć przynajmniej na najważniejsze pytania, zaglądamy za kulisy.

Na początku września 2025 roku TVP ujawniła nagrania, na których Iwona Pasińska wulgarnie krzyczy i zastrasza pracowników. Padają zdania: „Mam dosyć wszystkich”, „Nikogo, k***a, nie ma, zrobimy reorganizację. Kto nie pracuje, do widzenia” oraz „Nie pojedziecie nigdzie, k***a. Uważajcie, co powiecie, bo będziecie tego, k***a, żałować”. Nagrania uwiarygodniły formułowane wcześniej przez część pracowników oskarżenia o mobbing i manipulacje. Jednak mówi się nie tylko o przemocy psychicznej. Jeden z należących do związku zawodowego tancerzy, Daniel Michna, wysłał do radnych Sejmiku Województwa Wielkopolskiego oraz do Centralnego Biura Antykorupcyjnego maila dotyczącego nieprawidłowości finansowych, w tym remontów PTT i niejasnych form zatrudnienia partnera dyrektorki Andrzeja Grabowskiego (wedle moich ustaleń Grabowski w różnych okresach pracował w PTT jako fotograf, scenograf, realizator niefunkcjonującej kawiarni, współautor publikacji jubileuszowych, a w okresach bez umów miał dostęp do całego budynku, często uczestniczył w rozmowach dyrektorki z pracownikami). Efekt maila był taki, że to Michna został zwolniony z PTT, w wypowiedzeniu umowy stwierdzono, że dyrekcja utraciła do tancerza zaufanie.

Mimo protestów, apeli, próśb, skarg i doniesień marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak jeszcze w sezonie 2024/2025 podpisał dokument o przedłużeniu Pasińskiej kadencji w trybie bezkonkursowym. Zignorował opinie organów środowiskowych i rekomendację Ministerstwa Kultury, by ogłosić konkurs. Nie zareagował także na późniejszy apel o odwołanie dyrektorki, zbierający podpisy z całej Polski. Zarząd teatru konsekwentnie zaprzecza oskarżeniom, uznając je za pomówienia i próbę przejęcia władzy w instytucji. Wyników przeprowadzonego w grudniu 2025 roku audytu Urząd Marszałkowski nie chce ujawnić. Tak samo jak nie ujawnia wyników ankiet antymobbingowych, które przeprowadzono i w których wielu tancerzy (jak wynika z rozmów wewnętrznych) bardzo krytycznie wypowiedziało się o zarządzie. Skonfliktowany zespół został pozostawiony sam sobie; osoby, które zaufały, że ich głos może coś zmienić, teraz mierzą się z konsekwencjami. W teatrze zatrudniani są nowi pracownicy, a tancerze zaangażowani w konflikt nie wiedzą, czy nie stracą pracy.

Zły start

Iwona Pasińska jest dyrektorką Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu już trzecią kadencję, ale z instytucją związana jest dużo dłużej. W 1989 roku dostała angaż i pięła się wzwyż – od 1997 była już pierwszą solistką, a także faworytką ówczesnej dyrektorki Ewy Wycichowskiej. W 2005 roku doznała ciężkiej kontuzji kolana. W 2008 roku odeszła, założyła kolektyw Movements Factory; rozwijała karierę choreografki i dramaturżki ruchu. Pierwszą kadencję dyrektorską rozpoczęła w 2016 roku.

– Iwona przyszła do mnie po błogosławieństwo przed zgłoszeniem się do konkursu – opowiada Ewa Wycichowska. Wsparcie otrzymała. Ale mentorka szybko pożałowała tej decyzji. – Iwona zwolniła najlepszych tancerzy, najdłużej pracujących choreografów i innych pracowników. Pożegnała tych, którzy najlepiej znali jej wcześniejszą obecność w teatrze – mówi Wycichowska. Istotnie, Pasińska rozpoczęła pierwszą kadencję  restrukturyzacją, zwolnieniami, odcięciem się od dorobku poprzedniczki.

Iwona Pasińska / fot. TVP / Forum

– Pierwszy dzień nowej dyrekcji był po prostu straszny – wspomina Paulina Jaksim, tancerka, była przewodnicząca związków zawodowych. – Wszyscy w stresie, wiadomo, nowa dyrektorka. Pasińska wezwała nas do swojego gabinetu i powiedziała, że będzie robiła grupowe zwolnienia, bo teatr jest zadłużony. A my nigdy wcześniej o tym nie słyszeliśmy! Już i tak były cięcia jakichś etatów wcześniej. Potem chodziła i decydowała, kogo będzie zwalniać. Wybrała wszystkie najstarsze osoby, z którymi sama kiedyś pracowała jako tancerka.

– W tym okresie zaczynaliśmy dzień pracy wspólną rozgrzewką na sali – wspomina Kasia Kulmińska, tancerka, która na koniec zeszłego roku dostała wypowiedzenie po tym, jak ze względu na trudną atmosferę w pracy poszła na długotrwałe L4. – Nagle w trakcie ćwiczeń wchodziła sekretarka i wywoływała z imienia i nazwiska wybrane osoby. Te po kolei wracały z kartką papieru – zdenerwowane, zapłakane. Tak wyglądało zrywanie umów. Wszyscy siedzieliśmy jak na szpilkach, kto będzie następny. Mam wykształcenie baletowe i obserwowałam to już w szkole. To typowe dla nauczycieli baletu, którzy zdobywali wykształcenie w systemie rosyjskim. Oni mieli taką metodę, którą stosuje również Iwona – żeby zawsze mieć jakąś ofiarę w grupie. To ustawia resztę: każdy cieszy się, że nie jest ofiarą, ale z drugiej strony – pośrednio doświadcza tej przemocy. I tak właśnie było w przypadku tamtych zwolnień. Pokazały, do czego Pasińska jest zdolna.

Kasia Kulmińska: – To typowe dla nauczycieli baletu, którzy zdobywali wykształcenie w systemie rosyjskim. Oni mieli taką metodę, którą stosuje również Iwona – żeby zawsze mieć jakąś ofiarę w grupie. To ustawia resztę…

Wycichowska wyjaśnia, dlaczego nic wtedy nie zrobiono. – Przedstawiciele związków zawodowych wydali zgodę na zwolnienia grupowe swoich starszych kolegów, żeby dostać ich pensje. Oczywiście najlepsi najwięcej zarabiali. Potem reforma spowodowała, że wszyscy otrzymali jednakowe pensje, a hierarchia wynagrodzeń tancerzy została zlikwidowana.

– Na czele związku stał mój kolega, który miał może 23, może 24 lata, nie pamiętam, ale bardzo młody człowiek, który tak naprawdę się na tym nie znał i nie wiedział, po co są związki zawodowe, kogo powinny bronić. Jak się młodzież dowiedziała, że po zmniejszeniu liczebności zespołu będzie więcej zarabiać, to podpisała porozumienie stron między dyrekcją a związkami zawodowymi. To dlatego Pasińska miała otwartą drogę, by zrobić tak zwaną restrukturyzację i zwolnić 11 osób – opowiada Piotr (imię zmienione), który za Wycichowskiej był w PTT cenionym tancerzem. On również wystartował w konkursie na dyrektora. Po wygranej Pasińska zaproponowała mu pracę portiera. Odmówił. Nie dano mu skończyć mocno zaawansowanego spektaklu.

Pytam Piotra, dlaczego Pasińska wówczas wygrała. Jego zdaniem miała świetnie napisany „polski” program. Zapowiadała idiom „polski/wielko-polski” – to miała być „polska sztuka powstająca w Wielkopolsce, wielka, ponieważ komplementarnie polska”. Ówczesna koniunktura polityczna sprzyjała takiemu kierunkowi. Pasińska była też bardzo skuteczna w pozyskiwaniu dotacji. Do zarządzania zaprosiła dwie zdolne urzędniczki – Adrianę Mikołajczak uczyniła swoją zastępczynię, a Annę Koczorowską specjalistką od PR-u. One pomogły jej przeprowadzić ogromny projekt polegający na stworzeniu dla Polskiego Teatru Tańca nowej siedziby. Sukces tego przedsięwzięcia zjednał Pasińskiej przychylność organizatora.

Reżyser kontra choreograf

Pasińska nie oglądała się na przeszłość i miała własną wizję, którą chciała realizować. Stopniowo zdejmowała wszystkie spektakle, które powstały jeszcze za Wycichowskiej, skasowała cenione w środowisku festiwal premier Atelier oraz międzynarodowe warsztaty taneczne Dancing Poznań. Zaprojektowała nową stronę internetową z ogromną dbałością o detale i estetykę, za to zlikwidowała archiwa dotyczące wcześniejszego dorobku instytucji. Już w drugim sezonie po objęciu dyrekcji doprowadziła do zmiany nazwy z „Polski Teatr Tańca – Balet Poznański” na „Polski Teatr Tańca”. Zniosła baletowe hierarchie oraz – co najbardziej kontrowersyjne – zaprosiła do współpracy reżyserów.

Pasińska nie oglądała się na przeszłość i miała własną wizję, którą chciała realizować. Stopniowo zdejmowała wszystkie spektakle, które powstały jeszcze za Wycichowskiej, skasowała cenione w środowisku festiwal premier Atelier oraz międzynarodowe warsztaty taneczne Dancing Poznań.

„Od początku pracy na stanowisku dyrektora kierunek działań Pasińskiej wyznacza dążenie do odhermetyzowania teatru tańca, wyrażające się poprzez współpracę z reżyserami i dramaturgami” – można przeczytać na stronie PTT. Ta sama decyzja w publikacji Polski Teatr Tańca 1973–2023. Historia – ludzie – idee jest opisywana zupełnie inaczej. Autorzy Stefan Drajewski i Jagoda Ignaczak są wobec Pasińskiej jednoznacznie krytyczni. Ich zdaniem nowa dyrektorka zniszczyła to, co pozostało po Wycichowskiej, przede wszystkim dlatego że podporządkowała taniec teatrowi. „Autorem spektaklu staje się reżyser, to jego powołuje dyrektor Teatru do roli naczelnego, odpowiedzialnego twórcy, dodając jako współpracowników w kolejnych planach: choreografa, dramaturga […]. Choreograf, a za nim tancerze sprowadzeni są do roli ubogiego krewnego zbłąkanego gdzieś na rodzinnym balu”. Warto jednak pamiętać, że Ignaczak pracowała z Wycichowską, a pierwszy rok kadencji Pasińskiej spędziła na zwolnieniu lekarskim. Rozstały się w atmosferze konfliktu.

Chociaż argument o podporządkowaniu tańca teatrowi słyszę jeszcze niejednokrotnie, można go uznać za pewne uproszczenie. W repertuarze Polskiego Teatru Tańca znajdują się zarówno spektakle operujące tekstem i formą teatralną, jak i prace o charakterze czysto choreograficznym, takie jak Fabula Rasa Macieja Kuźmińskiego, 45 Jacka Przybyłowicza czy w dużej mierze Monolit z choreografią Rainera Behra. Ponadto corocznie jedna premiera ma formę filmu krótkometrażowego – co cieszy się uznaniem środowiska. O konsekwentnym poszerzaniu repertuaru świadczy też wprowadzenie oferty dla dzieci.

Coś niewłaściwego

Czy opisany przeze mnie konflikt z 2016 roku istotnie jest tak ważny w kontekście bieżących wydarzeń w PTT? Koleżanka i współpracowniczka Iwony Pasińskiej, która chce pozostać anonimowa, przedstawia mi racje dyrektorki, w tym presję finansową, jaką tamta czuła zwłaszcza na początku kadencji. Zdaniem mojej rozmówczyni ów zły start ciągnie się za Pasińską do dziś, a osoby, które poczuły się wówczas skrzywdzone, tym chętniej uczestniczą w budowaniu krytycznej opozycji.

Jednak zastępczyni Pasińskiej Adriana Mikołajczak, chociaż potwierdza trudną sytuację finansową instytucji w 2016 roku, na pytanie o powód zwolnień na początku pierwszej kadencji odpowiada, że „pani dyrektor chciała w określony sposób ukształtować zespół teatru zgodnie z zaakceptowaną przez Organizatora autorską koncepcją działania PTT”. Mikołajczak pierwszą kadencję Pasińskiej uważa za rozdział zamknięty. – To wszystko działo się 10 lat temu, wszystkie zainteresowane osoby mogły się zwrócić wówczas o wyjaśnienia – mówi.

Twierdzi, że początkiem kłopotów był konflikt z dyrektorką artystyczną Pauliną Jaksim. W koordynowanym przez nią projekcie Dancing Histor(y)ies zaczęli uczestniczyć członkowie rodzin tancerzy, co spowodowało trudności z wyegzekwowaniem zwrotu kosztów pobytu tych rodzin w atrakcyjnych miejscowościach na południu Europy. Gdy Jaksim zdała sobie sprawę, że jej umowa na pełnienie funkcji dyrektora artystycznego nie zostanie przedłużona, próbowała – zdaniem Mikołajczak – zablokować najbliższy zaplanowany w ramach projektu wyjazd. Jaksim była jednocześnie przewodniczącą związku zawodowego, który według wicedyrektorki doprowadził do wycofania udziału zespołu PTT w festiwalu w Drohobyczu. Działo się to w wakacje 2024.

Monolit, chor. Rainer Behr / materiały Polskiego Teatru Tańca / fot. Andrzej Grabowski

Po przerwie wakacyjnej związek zawodowy, mimo braku zastrzeżeń w latach poprzednich, zaczął zgłaszać liczne uwagi dotyczące niskiego komfortu i złej organizacji pracy, ograniczeń dotyczących picia wody w sali tanecznej, stwarzania sytuacji zagrażających zdrowiu pracowników oraz naruszania innych praw pracowniczych. Według słów Mikołajczak przewodnicząca związku słała do teatru pisma zawierające błędne podstawy prawne. Teatr złożył więc skargę do Komisji Krajowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. W odpowiedzi został poinformowany o kontroli PIP. Ta nie wykazała wykroczeń przeciwko prawom pracownika. Po zapowiedzi kontroli związki zamilkły.

– Dopiero kiedy pan marszałek podjął decyzję o powołaniu pani dyrektor, zaczęła się burza medialna, w tym oskarżenia o mobbing, mikroagresje – mówi Adriana Mikołajczak. – Cały dorobek pani dyrektor i innych ludzi został skrytykowany. Wypisywano bardzo obraźliwe treści. O oskarżeniach dowiadywaliśmy się z zewnątrz i z opublikowanych przez Zakładową Organizację Związkową petycji, listów otwartych. Także treść listów kierowanych do marszałka pozostawała poza naszą wiedzą. Nikt nas nie informował przed upublicznieniem, jakie są zarzuty, żaden z pracowników nie rozpoczął procedury antymobbingowej.

Zdaniem Mikołajczak tancerze mają świetne warunki pracy, zapewnia się im wiele wyjazdów i możliwości rozwoju. Wicedyrektorka zaprzecza, że Pasińska jest osobą nerwową czy porywczą: – Wypowiedź na nagraniu z telewizji nie była kierowana do pracowników, tylko do osoby, która była ówczesną zastępczynią zakładowej organizacji związkowej. Miało to miejsce w dużym studio, gdzie trzeba głośno mówić, by zostać usłyszanym. Działo się to w sierpniu 2025 roku, który był bardzo trudnym miesiącem ze względu na publicznie formułowane zmanipulowane, obraźliwe zarzuty. Pani dyrektor miała prawo czuć się zdenerwowana. Ale takie sytuacje mogę policzyć na palcach jednej ręki. Wygląda na to, że nagrywano ją przez dłuższy czas, a na potrzeby programu telewizyjnego oraz artykułów prasowych wyeksponowano niekorzystne dla niej fragmenty.

Wicedyrektorka Adriana Mikołajczak: – Gdyby ktoś naprawdę z troską chciał się przyjrzeć temu, jak funkcjonuje teatr, są na to procedury, są różne narzędzia prawne. Można to zrobić w sposób merytoryczny.

–  Działalność PTT, jak każdej instytucji kultury, jest na bieżąco nadzorowana, a także poddawana procedurom weryfikacji otrzymanych dotacji, zarówno finansowo, jak i merytorycznie – mówi Mikołajczak. – Co miesiąc składamy szczegółowe sprawozdania ze wszystkich wydarzeń, które się odbywają. Wszystko jest przejrzyste. Na każdą, jeśli jest to zgodne z przepisami, prośbę o dostęp do informacji publicznej odpowiadamy, udzielamy wyjaśnień każdemu, kto o coś pyta. Dlatego mam poczucie, że to było działanie celowe. Gdyby ktoś naprawdę z troską chciał się przyjrzeć temu, jak funkcjonuje teatr, są na to procedury, są różne narzędzia prawne. Można to zrobić w sposób merytoryczny. Tymczasem w sezonie artystycznym 2024/2025 cokolwiek pani dyrektor zrobiła, od razu było to interpretowane jako coś niewłaściwego. Kiedy we wrześniu 2024 roku pani dyrektor przekazała prowadzenie prób koordynatorce do spraw artystycznych – zarzucono jej, że unika tancerzy i ignoruje ich potrzeby. Kiedy się odzywała – że robi to w niewłaściwy sposób. Każde działanie było traktowane jako błąd – wymienia Mikołajczak i dodaje: –  A przecież dla niej to też było bardzo trudne, po ludzku. Z niektórymi osobami współpracowała przez lata – wyjeżdżali razem w delegacje, brali udział w próbach, znali się tyle czasu. I nagle ci sami ludzie potrafili wylać na tę osobę wiadro pomyj. To naprawdę bolesne. Mam wrażenie, że najważniejsze stało się po prostu to, żeby pani dyrektor przestała być dyrektorką, a dyrektorem został ktoś inny.

Iwona Pasińska nie chce się wypowiadać dla mediów, zasłaniając się ciężkim stanem zdrowia. Ten w pierwszym sezonie trzeciej kadencji uległ znaczącemu pogorszeniu.

Jak można się tak pastwić?

Zupełnie inaczej te same wydarzenia przedstawiają związkowcy. W czerwcu 2024 roku Pasińska chciała wysłać tancerzy do Drohobycza, by wykonali tam spektakl w jej choreografii. To 50 km za granicą polsko-ukraińską, co wywoływało duży niepokój zespołu. Potem ten temat był wielokrotnie przywoływany w mediach. – Marszałek mówił o naszej histerii. Ale nie zrobiono nic, żebyśmy tego strachu nie czuli. A dlaczego mielibyśmy dla jednego spektaklu, dla jakichś 500 zł, narażać swoje życie? – mówi Patryk Jarczok, przewodniczący związku zawodowego przy PTT.

Wysłano więc zapytanie o środki bezpieczeństwa do organizatora. Ministerstwo lakonicznie odpowiedziało, że wyjazd jest na własne ryzyko. – Dyrekcja dowiedziała się o wysłaniu tego pisma i to wywołało lawinę problemów. Powiedziano nam, że za chwilę odwołają wszystkie spektakle, że nie będziemy wyjeżdżać za granicę, że zostanie anulowany najbliższy tour. I że generalnie nasraliśmy do własnego gniazda i zadziałaliśmy na własną szkodę – dodaje Jarczok.

– W tym samym czasie przy projekcie Dancing Histor(y)ies wybuchła afera finansowa o kwotę bodajże 40 euro. Jedna z tancerek pojechała do hotelu ze swoim dzieckiem, a wystawiona przez hotel faktura źle uwzględniła ten koszt. Menedżerka, która zajmowała się rozliczeniem tego projektu, poszła więc do księgowej z prośbą o pomoc w naprawieniu tej sytuacji. Zazwyczaj w takich sytuacjach wprowadza się korektę i nie ma większego problemu – opowiada związkowiec. – Dyrekcja przesłuchiwała menedżerkę, oskarżała, nazwała złodziejką. Zespół to obserwował, pojawiły się pytania: „Jak można się tak pastwić?”, „Jak możemy pozwalać na takie traktowanie?”.

W maju 2025 ogłoszono decyzję, że kadencja Pasińskiej będzie przedłużona w trybie bezkonkursowym. Mimo że wszystkie opinie środowiskowe, w tym opinia ministry kultury, były negatywne. Zalecano konkurs.

W październiku 2024 przedstawiciele związku odbyli rozmowę z marszałkiem Markiem Woźniakiem. Ten wydawał się bardzo zaniepokojony i twierdził, że podejmie kroki naprawcze. Nic takiego się jednak nie stało. W lutym 2025 roku związkowcy spotkali się z dyrektorem Departamentu Kultury Włodzimierzem Mazurkiewiczem, który później w mediach powiedział, że jak się komuś nie podoba praca, to może ją zmienić. W międzyczasie do Pasińskiej wyciekły dane autora zawiadomienia do sejmiku o sytuacji w teatrze – Daniel Michna stracił pracę. W maju 2025 ogłoszono decyzję, że kadencja Pasińskiej będzie przedłużona w trybie bezkonkursowym. Mimo że wszystkie opinie środowiskowe, w tym opinia ministry kultury, były negatywne. Zalecano konkurs. – Ale organizator stwierdził, że co z tego, że opinie są złe? To on podejmuje decyzje, a opinie nie są wiążące. Zastanawiam się, po co one w ogóle są w ustawie, skoro znaczą tyle, co lajki na Facebooku? Tak naprawdę nikogo nie interesują – komentuje Jarczok.

Związki poszły więc do mediów. Był lipiec 2025. Zaczęła się burza. Urząd zlekceważył problem. 9 października zespół artystyczny stawił się pod siedzibą marszałka. Wręczył petycję i oświadczenie podpisane przez wszystkich członków zespołu z prośbą o zmianę dyrekcji, a także z żądaniem powołania komisji etyki, komisji antymobbingowej.

Prawdopodobnie w reakcji na to żądanie w grudniu 2025 roku został przeprowadzony audyt. Wykonała go Strefa Etyki – audytowały Anna Wojciechowską-Nowak i Elżbieta Szadura-Urbańska. Wyniki już są, ale urząd nie chce ich ujawnić.

Obwinianie Pauliny Jaksim o wywołanie konfliktu w teatrze Daniel Michna określa jako żonglowanie pani Adriany, pani Iwony i głównej księgowej w celu wybielenia się z zarzutów. Wyjaśnia: – Prawie cały zespół stał pod Urzędem Marszałkowskim i prosił o zmianę dyrekcji, zresztą akurat Pauliny tam nie było. To te osoby potem spotykały reperkusje, bo dyrekcja nie chce trzymać osób, które się buntują. Pytanie, czy będziemy słuchać teorii pani Adriany, czy przyjrzymy się faktom.

Co o swoim udziale mówi wymieniana przez Mikołajczak Paulina Jaksim? – W październiku 2022 roku urodziłam dziecko, wkrótce potem z urlopu macierzyńskiego przeszłam na urlop wychowawczy. W marcu 2023 zostałam zaproszona do poprowadzenia projektu Dancing Histor(y)ies. Na spotkaniu o tym projekcie z panią dyrektor miałam paromiesięcznego synka przy piersi. Ustnie dogadałyśmy się, że na projekty będę jeździła z dzieckiem i opieką dla niego – mężem lub opiekunką. Tak też było przez półtora roku i nikt nie widział w tym problemu. Jedna zaangażowana w projekt artystka miała córkę i kiedy nie mogła znaleźć nikogo do opieki, zabierała ją ze sobą. To było uzgadniane i nikt tego nie ukrywał. To, co nagle spotkało menedżerkę projektu, było dla wszystkich szokiem. Sama zrezygnowałam z prowadzenia projektu, żeby już się nim dalej nie obciążać, chociaż Pasińska namawiała mnie, żebym go kontynuowała. Nie zerwano ze mną umowy, bo w tamtym okresie podpisywałam osobne umowy o dzieło do konkretnych podprojektów, więc w pewnym momencie po prostu nie podpisałam kolejnej – opowiada artystka.

Fabula Rasa, chor. Maciej Kuźmiński / materiały Polskiego Teatru Tańca / fot. Andrzej Grabowski

Jaksim odpiera też inny zarzut, który jest wobec niej kierowany: że wywołała burzę, by przejąć teatr. – Pięć lat temu graliśmy spektakl Romeos & Julias unplagued. Traumstadt. Wygłaszam w nim kwestię, że za dziesięć lat zostanę dyrektorką Polskiego Teatru Tańca. To bardzo zabawna scena, dlatego potem w żartach nazywano mnie kierowniczką. Ale z tego zrobił się jakiś efekt kuli śnieżnej, skoro Pasińska przekazała te słowa audytorkom, które mnie o nie na poważnie dopytywały. Po przejściu na urlop macierzyński chciałam się trzymać z boku wszystkich wydarzeń, zależało mi na tym, by skupić się na rodzinie, dziecku. Wyjazd do Ukrainy w ogóle mnie nie dotyczył. Podpisywałam petycje związku, gdy czyjeś nazwisko musiało się tam znaleźć, bo mój etat był chroniony. To ciekawe, że chociaż ponad rok temu przekazałam funkcję, dyrekcja dalej mnie o wszystko obwinia. Łatwiej jest mieć jednego wroga, niż przyjąć do wiadomości, że cały zespół artystyczny podpisał się pod petycjami.

Zabiłeś mnie

W odpowiedzi na konflikt i materiały w mediach Iwona Pasińska zorganizowała specyficzną rozmowę, która miała miejsce 12 września, dwa dni po emisji materiału w TVP. Rozpoczęło się od przerwania warsztatów tanecznych oraz zaproszenia wszystkich pracowników. – Pasińska postawiła przed nami kamerę, nas na widowni, a siebie za kamerą. Zaczęła nagrywać, nie pytając nikogo o zgodę – opowiada Patryk Jarczok, który przejął wtedy obowiązki przewodniczącego po Jaksim. – Obwiniała związki, wywoływała mnie co chwilę do odpowiedzi. Czułem się przyduszany przez dyrekcję i stawiany pod ścianą. Wiadomo było, że nikt swobodnie nie wypowie się podczas tak stresującej, nagłej sytuacji – dodaje Jarczok i uzupełnia, że odmówiono mu wydania nagrania.

Konstruktywnym rozwiązaniem miały być spotkania z mediatorem. W sumie odbyły się trzy. Dwa pierwsze w formacie: dyrektorka i wicedyrektorka kontra przedstawiciele związków, też dwie osoby. Trzecie – w gronie kierowników działów, bez dyrekcji.

– Mediator był generalnie bardzo miły – opowiada należąca do związku osoba tańcząca A. (poprosiła o anonimizację z zachowaniem neutralności płciowej). – Jednak wobec sposobu, w jaki pani dyrektor prowadziła rozmowę – a właściwie monolog – po prostu sobie z nią nie radził. Nie potrafił jej w pewnych momentach uciszyć ani stworzyć przestrzeni, żeby związkowcy mogli mówić. Nie było oczekiwanej po mediacji konwersacji, lecz wyglądało to tak, że pani dyrektor cały czas mówiła, a mediator próbował jej przerwać. Koniec końców reszta przez trzy godziny siedziała i coraz bardziej usychała.

Rozmowy były tak trudne, że związkowcy nie chcieli w nich dalej uczestniczyć. – Teraz jest to trochę argument przeciwko nam, że rzekomo z naszej strony nie ma już woli rozmowy – zauważa należąca do związku osoba tańcząca B. – Tymczasem ludzie po prostu nie mają siły dalej angażować się w mediacje, z których nic nie wynika. Do tego dochodzi strach. Wystąpienie w takiej sytuacji oznacza też ujawnienie, że należy się do związków zawodowych, a to nie jest informacja, do której pani dyrektor ma dostęp. Wiele osób zwyczajnie nie chce się na to narażać. A mimo to obecnie przedstawia się to tak, jakby to była nasza decyzja: że nie chcieliśmy kontynuować mediacji i że to przez nas wszystko utknęło.

Pytam, co wydarzyło się na trzecim spotkaniu. Krytykowano związki za to, że niszczą teatr.

Po zawieszonych mediacjach odbyło się spotkanie z tancerzami. – Pani dyrektor prowadziła bardzo długi monolog. Praktycznie każdy bał się w jakikolwiek sposób odezwać – opowiada A. – W którymś momencie uznaliśmy, że może lepiej będzie spróbować wyjaśnić pewne sprawy indywidualnie, w rozmowie jeden na jeden.

I rzeczywiście takie spotkania doszły do skutku. Pasińska zorganizowała w założeniu krótkie rozmowy z osobami, które chciały się z nią spotkać i coś powiedzieć. – Głównym tematem miała być poprawa komunikacji, bo to właśnie komunikację i sposób rozmowy wskazywaliśmy jako problem – wyjaśnia A. i dodaje: – Pani dyrektor zarzucała nam, że przestaliśmy z nią rozmawiać i „wybraliśmy pisma”, podkreślając, że jej gabinet jest zawsze otwarty. W ramach próby załagodzenia sytuacji, bo wszystkim zależało na tym, żeby przynajmniej dokończyć sezon, zgodziliśmy się na te rozmowy bez świadków, jeden na jeden.

– Spotkania trwały trzy dni. Miały zająć po 15 minut, ale w praktyce bywało różnie: niektóre kończyły się po 20 minutach, inne trwały 40, a zdarzały się i takie, które przeciągały się do półtorej godziny. Ustaliliśmy też, że zostawiamy telefony na zewnątrz, i podpisaliśmy się pod zgodą na rozmowę bez świadków – mówi A.

Na spotkaniach dyrektorka atakowała tancerzy, że są obrzydliwi, że zniszczyli instytucję. Wielokrotnie powtarzała sformułowanie: „zabiłeś mnie”, „zabiłaś mnie”. Dla wielu te oskarżenia były trudne do uniesienia, właściwie uniemożliwiały rzeczową konfrontację. Bo jak odnieść się do zarzutu, że jest się „zabójcą”? Albo że wszystko, co się mówi, to kłamstwo?

Na spotkaniach dyrektorka atakowała tancerzy, że są obrzydliwi, że zniszczyli instytucję. Wielokrotnie powtarzała sformułowanie: „zabiłeś mnie”, „zabiłaś mnie”.

Każda próba uargumentowania czegokolwiek była podważana. W odpowiedzi dyrektorka mówiła: „wcale tak nie było”, „nikt nie odczuwał żadnego bólu”. Tymczasem mowa była o cierpieniu psychicznym, które trudno precyzyjnie opisać. W dodatku w odpowiedzi na komentarz, że dana osoba czuła się źle, Pasińska natychmiast kierowała uwagę na siebie: „Ja też się źle czułam”.

– Zawsze musiało też paść oskarżenie, że to nasza wina: że nie ma pieniędzy, że gdzieś nie jedziemy, że ktoś nam nie ufa, że ktoś nie chce z nami współpracować. To było jak obowiązkowy punkt spotkania – opowiada A.

Ktoś coś powiedział

Z opowieści wynika, że Pasińska ma ewidentny problem z komunikacją, niechęć do wypowiedzi medialnych można potraktować jako argument za tą tezą. Nie komunikuje jasno swojej wizji artystycznej i decyzji. Przede wszystkim zarzuca się jej notoryczne prowokowanie przemocowych sytuacji.

– Siedzimy pod ścianą i przez godzinę dostajemy zjebkę. Przejmujemy się. Słuchamy, że ktoś coś zrobił źle czy coś powiedział. Ktoś suszy ci głowę i zastanawiasz się: „Ale to ja coś źle powiedziałam?”. Nagle wszyscy się obwiniają, chociaż nikt nie wie, co się wydarzyło, co kto zrobił – opowiada Paulina. – Nauczyliśmy się z tym żyć. Gdy pani dyrektor ma zły humor, musi dać upust swoim emocjom. A my dajemy się usadzić pod ścianą na podłodze i czekamy, aż pani dyrektor się wykrzyczy. Już czujemy takie: „Aha, no dobra, musimy to wytrzymać”.

Gdy Pasińska ma żal do konkretnej osoby, wparowuje do działu i wyrzuca wszystko przy całej grupie. Potrafi też przedrzeźniać. Jej ulubione frazy to „ktoś”, „coś” – ktoś coś powiedział. Ale nigdy nie podaje żadnych konkretów, nie odpowiada też na pytania, kto jej przekazał jakąś informację i kiedy.

Pasińska nagminnie prowokuje konflikty międzydziałowe, napuszczając pracowników na siebie i podsycając atmosferę chaosu oraz wrogości. – Iwona uważa, że najlepiej zarządza się podzielonym zespołem. I mam na myśli tutaj nie tylko zespół artystyczny, ale po prostu cały teatr.

Dowiaduję się, że Pasińska nagminnie prowokuje konflikty międzydziałowe, napuszczając pracowników na siebie i podsycając atmosferę chaosu oraz wrogości. – Iwona uważa, że najlepiej zarządza się podzielonym zespołem. I mam na myśli tutaj nie tylko zespół artystyczny, ale po prostu cały teatr. Był taki moment, a trwał dosyć długo, z kilka sezonów, może dwa, trzy, kiedy świetnie się dogadywała z tancerzami – opowiada Kasia Kulmińska. – My mieliśmy najlepiej. My byliśmy tym ukochanym działem, ale wiedzieliśmy jednocześnie, że ciśnie kogoś z innego działu albo nawet cały dział. I że wkrótce to będziemy my.

Zdaniem Kasi w wielu działach, np. kuratorsko-produkcyjnym, jest ogromna rotacja. Te osoby mają gdzie odejść, tancerze – nie.

Złą komunikację widać także przy zatrudnianiu nowych osób. Na początku trzeciej kadencji doszło do sytuacji, w której pięciorgu nowym osobom wyznaczono garderoby w piwnicy i rozpisano inny niż dla reszty plan pracy. – Bali się nawet z nami jeść obiady w przerwie lunchowej, jedli w piwnicach albo na korytarzu. Potem dowiedzieliśmy się, że dostali polecenie służbowe, żeby z nami nie rozmawiać – opowiada B. Jak tłumaczy to Pasińska? Podczas mediacji miała powiedzieć, że czekała, aż nowi tancerze będą gotowi, żeby poznać resztę. Nie chciała ich angażować w konflikt.

Jednocześnie zdaniem związkowca próbuje się zdusić ich organizację. – We wrześniu naliczyłem kilkanaście pism skierowanych do mnie przez dyrekcję – opowiada Jarczok. – Kilkanaście w ciągu jednego miesiąca, a termin odpowiedzi często był bardzo krótki. To forma zasypywania mnie korespondencją – do zmęczenia, do wyczerpania. Różne formy represji: groźby postępowań sądowych, wezwania do zaprzestania rzekomego naruszania dóbr osobistych, mimo że prawnik jednoznacznie potwierdził, że nasze wypowiedzi mieszczą się w granicach dopuszczalnej krytyki. Terminy odpowiedzi były bardzo krótkie – pismo doręczone w piątek, odpowiedź do poniedziałku. A przecież każdą sprawę musiałem konsultować z prawnikiem, żeby nie popełnić błędu. To było ogromne obciążenie psychiczne – wyznaje związkowiec. – Do tego dochodzi jedna z ulubionych manipulacji Pasińskiej – finansowa. Tancerze, których trzeba ukarać, nie jeżdżą i nie grają. I nie zarabiają nic poza podstawową pensją. Czasem z dnia na dzień dowiadujemy się, że nasz miesięczny budżet będzie mniejszy np. o 2 tysiące złotych. A dyrekcja nie musi się tłumaczyć z decyzji obsadowych.

Fabula Rasa, chor. Maciej Kuźmiński / materiały Polskiego Teatru Tańca / fot. Andrzej Grabowski

Co dalej?

– Mobbing niszczy. Wydaje mi się, że jak odejdę z tego miejsca, to już nigdzie nie znajdę pracy, bo jestem bezużyteczny, małowartościowy, nie mam talentu. Pojawiają się wszystkie najgorsze myśli – mówi z żalem Jarczok.

Pod koniec marca bieżącego roku z dyrekcją w sądzie wygrał Jerzy Kaźmierczak, tancerz PTT  (wyrok jeszcze nie jest prawomocny). – W lipcu dostałem naganę za moje zachowanie w Rumunii. W dniu przyjazdu zespół taneczny był po 20-godzinnej podróży autobusem, a Iwona Pasińska i koordynatorka projektu po podróży samolotem. Przywitałem się z nimi słowami „dzień dobry”, a do koordynatorki, z którą jesteśmy na ty, skierowałem słowa: „jaka wypoczęta”. Za ten komentarz dostałem następnego dnia naganę, bo pani dyrektor zinterpretowała go jako skierowany do siebie. Uznała to za skandal i naruszenie swojej godności osobistej. Złożyłem sprzeciw od kary porządkowej, w mojej obronie wypowiedział się związek zawodowy. Sprzeciw został odrzucony, więc złożyłem pozew do sądu. Na rozprawie nie zjawił się nikt ze strony dyrekcji. Naganę uchylono. Sąd uznał, że sytuacja nie miała charakteru służbowego. Chociaż nie mógł stwierdzić, czy moje słowa nie zawierały ironii, orzeczono, że nawet jeśli – mój komentarz nie mógł urazić niczyjej godności osobistej. W uzasadnieniu napisano też, że nagana najprawdopodobniej miała charakter odwetowy za zaangażowanie w działania związku – opowiada Kaźmierczak.

Za akcję odwetową można uznać również zdjęcie jego oraz Patryka Jarczoka z obsady spektaklu na trzy dni przed wylotem na Expo w Osace. Decyzja została podtrzymana mimo prośby pozostałej części obsady, by tego nie robić. Teraz Kaźmierczak spodziewa się wypowiedzenia umowy o pracę. –  Związki dostały zawiadomienie, że dyrekcja chce rozwiązać ze mną umowę ze względu na utratę zaufania i za to, że publicznie wyraziłem poparcie dla petycji o zmianę dyrekcji. Na razie nie ma wielu zwolnień z inicjatywy pracodawcy, bo do tej pory ludzie głównie odchodzili sami. Jednak obecnie większa grupa tancerzy przebywa na zwolnieniach lekarskich. Myślę, że gdy te osoby wrócą do pracy, posypie się lawina wypowiedzeń.

Z teatru odchodzą kolejne osoby, nowe niekoniecznie chcą dołączać do związku i angażować się w konflikt, zwłaszcza że etat w Polskim Teatrze Tańca to dla wielu wciąż spełnienie zawodowych marzeń. Tym samym konflikt się wygasza. Ale czy rzeczywiście wymiana zespołu to jedyne dostępne rozwiązanie?

Katarzyna Kowalewska

Absolwentka filologii polskiej, autorka tekstów o teatrze i książkach. Pracuje w Wydawnictwie Krytyki Politycznej