Ze śmiercią im do twarzy

Ze śmiercią im do twarzy
Sen o jesieni, reż. Tomasz Fryzeł / fot. Klaudyna Schubert / Teatr Nowy w Łodzi
Tomasz Fryzeł, wraz z zespołem twórczym, dystansuje się od metafizycznego, liminalnego zawieszenia, które narzucają język i struktura tekstu Jona Fossego.

W Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi Tomasz Fryzeł sięga po dramat Jona Fossego. Gest wart odnotowania, bo mimo entuzjazmu, jaki towarzyszył przyznaniu Norwegowi Nagrody Nobla w 2023 roku, jego utwory od tego czasu wystawiono w Polsce zaledwie pięć razy. Poza łódzką sceną zrobiły to: lalkowy Teatr Baj w Warszawie, niezależne Teatr WARSawy i Teatr Bez Sceny w Katowicach oraz Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie – zatem daleko od głównego nurtu.

Ewa Partyga w artykule opublikowanym w roku przyznania wspomnianej nagrody na łamach „Didaskaliów”, podsumowującym obecność Fossego na polskich scenach, przypominała, że największe zainteresowanie jego dramatami przypadło na lata 2001–2006 (dwanaście premier). Jak sugeruje badaczka, polscy twórcy mogli wówczas inspirować się wzmożoną obecnością autora w niemieckim życiu teatralnym. Zauważa też, że dramaty Fossego służyły rodzimym teatrom raczej jako urozmaicenie repertuaru: „pomagały podjąć modny temat lub wypróbować jakąś estetykę”, ale ginęły w cieniu innych tekstów poruszających podobne kwestie. Kończy tekst pytaniem (choć bez znaku zapytania), na które znamy już odpowiedź: „Uniwersalność i szukanie wyrazu dla niewypowiadalnego, za które Fosse dostał Nobla, bywają pułapką. W najbliższych latach przekonamy się, czy polski teatr potrzebuje innej gąbki niż dobrze znany i wypróbowany Shakespeare”.

Sen o jesieni, który Fryzeł bierze na warsztat, został opublikowany w 2003 roku na łamach „Dialogu”. Lech Sokół pisał o nim wtedy, że jest „w istocie snem, a raczej grą marzeń i snów o miłości i śmierci”. Akcja rozgrywa się na cmentarzu, gdzie dochodzi do przypadkowego spotkania Kobiety i Mężczyzny. W przeszłości coś ich łączyło. Dziś on ma żonę i dziecko, ona pozostaje samotna. Przedzierając się przez ciągi wypowiedzi, niepodzielone na sceny, próbujemy uporządkować bieg wydarzeń, które najwyraźniej nastąpiły od chwili ich pierwszego spotkania. Mężczyzna porzucił dla Kobiety żonę i dziecko, które zachorowało i zmarło w wieku kilkunastu lat. Matka (pojawiająca się później wraz z Ojcem, nie wiadomo skąd) nigdy nie wybaczyła mu porzucenia rodziny, a podczas pogrzebu babci pokłóciła się z nową partnerką syna. Dramat kończy się śmiercią Mężczyzny. Na jego pogrzebie spotykają się była żona, obecna partnerka i Matka. Połączone żałobą odchodzą żwirową ścieżką od miejsca pochówku.

W planie realistycznym wszystko to brzmi dość banalnie, ale u Fossego, dzięki poetyckiej formie, pobrzmiewa niepokojąco i tajemniczo. Dla mnie jednak zbyt patetycznie, a przez to śmiesznie (choć z Komisją Noblowską kłócić się nie zamierzam). Może zresztą nobliście nie przeszkadzałaby interpretacja, w której cały ten patos budowany wokół ludzkich spraw okazuje się komiczny w obliczu śmierci. W tym właśnie kierunku poszedł Fryzeł.

Wrażenie, że to, co oglądamy, nie może być na serio, potwierdza także gra aktorska. Ton, z jakim aktorzy i aktorki wypowiadają kwestie, zupełnie nie przystaje do tego, co mówią. Wyrzucają z siebie frazy Fossego, jak gdyby recytowali wiersz. Katarzyna Żuk w roli Matki się wczuwa, Sławomir Sulej w roli Mężczyzny się nudzi. Nikt tu nie korzysta z narzędzi gry psychologicznej; nikt nie próbuje grać adekwatnie do sytuacji, w której znalazła się jego postać.

Sen o jesieni, reż. Tomasz Fryzeł / fot. Klaudyna Schubert / Teatr Nowy w Łodzi

Najbardziej wyraźnym gestem inscenizacyjnym jest dołączenie piątej bohaterki – jak gdyby narratorki czy demiurżki, w którą wciela się Karolina Bednarek. Otwiera ona spektakl słowami: „Jon Fosse, Sen o jesieni, a następnie wypowiada zapisane przez autora didaskalia. W dalszym przebiegu przedstawienia jej rola polega na wyprzedzaniu kwestii aktorów, obserwowaniu oraz naśladowaniu ich ruchów – zwłaszcza w relacji z postacią Matki. Ich choreograficzna synchronizacja tworzy najbardziej dynamiczne momenty spektaklu – co nie dziwi, bo Żuk to najlepsza aktorka Teatru Nowego, a Bednarek dała się już poznać jako bardzo zdolna osoba, świetnie sprawdzająca się w nieco zadziornych rolach.

Także tu jej obecność naznaczona jest dystansem i ironią, jakby obserwowanie tego cmentarnego teatrzyku napełniało ją poczuciem satysfakcji. Musiała już go widzieć, skoro wie, co za chwilę powiedzą i zrobią uczestnicy rodzinnego dramatu. Może jest śmiercią? Nie ukrytą w płaszczu i kapturze tajemniczą nieznajomą – jak często wygląda w baśniach i bajkach – tylko młodą dziewczyną w czarnej sukience z wycięciem na plecach i w czarnych okularach przeciwsłonecznych? Pod koniec przedstawienia Bednarek wciela się także na moment w postać Gry, byłej żony Mężczyzny.

Sen o jesieni to spektakl wyjątkowo ciemny, wręcz ponury. Scenografia autorstwa Anny Oramus nie jest realistyczna, choć ma cmentarny charakter. Nierówna materia, po której stąpają aktorzy, mogłaby przypominać wilgotną ziemię cmentarza, gdyby nie fakt, że z daleka widać jej plastikową strukturę. Trudno powiedzieć, czy to oszczędności w budżecie produkcyjnym, czy twórcy chcą nam przypomnieć, że jesteśmy w teatrze, więc nie ma mowy o jakiejkolwiek prawdzie – najpierw ta myśl pojawiła się w mojej głowie jako złośliwość, ale po chwili nabrała sensu, jak gdyby Fryzeł, wraz z zespołem twórczym, dystansował się od tego metafizycznego, liminalnego zawieszenia, które narzucają język i struktura tekstu Fossego. W efekcie podłoże bardziej niż ziemię przypomina raczej smołę czy węgiel. Nierealistyczność przestrzeni potęgują także dwie białe platformy, należące do zupełnie innego porządku, na których czasem przysiadają aktorzy, choć najczęściej chodzi po nich postać grana przez Karolinę Bednarek.

Dominanta tego spektaklu następuje chwilę przed końcem, kiedy aktorzy wchodzą na schody przecinające rzędy widowni. Stoją tak przez moment, każdy odwrócony w inną stronę, i patrzą na publiczność. Jest w tym coś przeszywającego dreszczem: wrażenie bycia podglądanym przez zjawy, martwe istoty, które przypominają, że śmierci nie da się uniknąć, że to jedno przeznaczenie łączy nas wszystkich. Kiedy znów wejdą na scenę, usłyszymy puszczone z offu, wypowiadane wcześniej kwestie, tym razem szeptane – jak przypomnienie, że cały ten dramat będzie rozgrywał się znów i od nowa.

Fosse okazuje się pretekstem do zaproponowania estetyki rzadko spotykanej dziś w teatrze głównego nurtu. Czy rozbudzi to potrzebę dalszych eksploracji i sprowokuje kolejne wystawienia? Nie wiem, sama jestem z innego świata, choć z zainteresowaniem dałam się prowadzić temu, który zobaczyłam w Teatrze Nowym.

Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi, Sen o jesieni Jona Fossego, tłumaczenie Elżbieta Frątczak-Nowotny, reżyseria Tomasz Fryzeł, scenografia Anna Oramus, kostiumy Wanda Kowalska, reżyseria światła Klaudyna Schubert, muzyka Nikodem Dybiński, premiera 8 maja 2026.

Adrianna Wolińska

Doktorantka Uniwersytetu Łódzkiego, absolwentka studiów magisterskich Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie oraz studiów licencjackich produkcja teatralna i organizacja widowisk na Uniwersytecie Łódzkim. Współpracuje z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Publikowała w „Dialogu”, „Czasie Kultury” i „Czasie Literatury”.