Ziemia obiecana

Ziemia obiecana
Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia, reż. Adam Orzechowski / fot. Natalia Kabanow / Teatr Wybrzeże w Gdańsku
Znakomita kreacja Piotra Biedronia precyzyjnie oddaje biograficzną i tożsamościową dezintegrację Hersha Libkina, łącząc psychologiczną wiarygodność pojedynczych losów z ogólnoludzkim, niemal archetypicznym doświadczeniem. 

Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia Ishbel Szatrawskiej to jedna z najciekawszych polskich sztuk ostatnich lat. Oferuje ona wiele: epicką historię, żywe postaci, temat splatający epoki i polityczne realia. Aby w pełni wydobyć potencjał tego tekstu, potrzeba filmowego zacięcia – zamaszystych obrazów, sprawnego żonglowania konwencją i uruchomienia na scenie i w widzu żywych emocji. Przedstawienie Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże spełnia te warunki z nawiązką.

Kiedy Hersh Libkin (Piotr Biedroń) po raz pierwszy zjawia się na planie hollywoodzkiego westernu, jest jak sprzedawca z ulubionej kawiarni albo miły sąsiad – czarująco zwyczajny. W przedstawieniu Orzechowskiego amerykańska fabryka snów to kocioł mieszający rzeczywistość i filmową fantazję. Plastyka scenicznej przestrzeni (scenografia, kostiumy i reżyseria świateł Magdalena Gajewska), zmieniająca się w kolejnych fragmentach spektaklu, oddaje ruchliwą kolażowość i demonstracyjną sztuczność tego światka: na tle makiety Hollywood Hills rozstawione jest „indiańskie” obozowisko, a postaci w filmowych kostiumach mieszają się z obsługą planu. Sympatyczny boy next door wtapia się prawie niepostrzeżenie w tłum, zamieniając czarno-biały, nierzucający się w oczy garnitur na tandetny westernowy strój.

Kolejne rozdziały historii pokażą, że performowanie własnej tożsamości organizuje biografię Libkina, dzieje się cyklicznie i niezależnie od okoliczności. Szybko rozpoznamy w tym geście strategię przetrwania, ale to tylko jedna z wielu warstw opowieści o życiowej wędrówce bohatera. Łódź, Oświęcim, Los Angeles czy Sacramento – Hersh wtapia się w kolejne czasy i miejsca, równocześnie funkcjonując w każdym z nich w dojmującej, organicznej wręcz samotności. I to jest jedna z fundamentalnych dla przedstawienia Orzechowskiego spraw: ciągłe zawieszenie pomiędzy brakiem tożsamości a nadmiarem jej różnych wersji, nieustanne poszukiwanie tej mitycznej „ziemi obiecanej”, która pozwoliłaby się zatrzymać i dałaby ukojenie samorozpoznania. Problem jednak w tym, że Hershowi nic nigdy nie obiecano. Znakomita kreacja Biedronia precyzyjnie oddaje tę biograficzną i tożsamościową dezintegrację, łącząc psychologiczną wiarygodność pojedynczych losów z ogólnoludzkim, niemal archetypicznym doświadczeniem. 

Przenikanie się znaczeń i doświadczeń kształtuje tożsamość oraz losy bohaterów i stanowi ważną zasadę konstrukcji tekstu. Orzechowski sprawnie, a momentami bardzo widowiskowo przenosi tę metodę na grunt teatralnej materii. Gdańskie przedstawienie, a zwłaszcza jego forma (oprócz plastyki zwracają uwagę znakomita choreografia Maćko Prusaka oraz równie udana muzyka Marcina Nenki), to spójna, rytmiczna mozaika kinowych powidoków. Reżyser sięga po swoje ulubione dwudziestowieczne gatunki, a czasem, jak w przypadku udanej i nieoczywistej parafrazy Czasu Apokalipsy Francisa Forda Coppoli, po konkretne kinowe tytuły. Bardzo dobrze się to ogląda, choć nie wszystko zawsze działa – w strukturze przedstawienia osadzić się muszą fragmenty oparte na interakcji z publicznością. Z pewnością to nakładanie się motywów sprzyja specyfice fabuły, zbliżonej do onirycznej fantazji – z postaciami przemierzającymi czasy i miejsca, pojawiającymi się znikąd i równie nagle znikającymi z opowieści. Sprzyja także fabularnej podwójności, którą zastosowała Szatrawska.

Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia to w zasadzie dwie, krzyżujące się nieustannie linie narracyjne. Pierwsza to podporządkowana linearnej chronologii historia amerykańskiego „żywota” Libkina. Rozpisana na kolejne zwroty akcji opowieść  o zakończonej nagle i dramatycznie przygodzie filmowej, z którą splótł się romans z czułą Mildred (Katarzyna Dałek). O American dream – śnionym za kierownicą Buicka, na ciepłej posadzie w meblarskim salonie i z zawsze uśmiechniętą „żoną ze Stepford” (Justyna Bartoszewicz) u boku. Wreszcie – o starości i woodstockowym szaleństwie z ukochanymi córkami Hannah (Izabela Baran) i Lois (Agata Woźnicka).

Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia, reż. Adam Orzechowski / fot. Natalia Kabanow / Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Druga linia narracyjna cofa Hersha w przeszłość: ciemną, wymykającą się  obrazowemu przedstawieniu. Dość szybko orientujemy się, że egzystencjalna tragedia Hersha nie jest wynikiem wyłącznie wojennej i obozowej traumy, że jest pod tą warstwą cierpienia coś jeszcze. „Opowiedz tę historię do końca” – prosi Dawid (gościnnie Kacper Sasin), zagadkowy przyjaciel z Polski, który nawiedza amerykańskie sny Hersha. Wizualizacje w głębi sceny (Natan Berkowicz, Marcin Kosakowski) pokazują w tych momentach czarno-biały krajobraz zasypany grubą warstwą śniegu. To tam, w mrok i lód wojennej Polski, będzie zmierzał bohater, szukający nie tylko własnej, unikalnej tożsamości, ale i człowieczeństwa w ogóle.

Ta podróż wstecz, zwrot ku temu, co opuszczone w rozpaczliwej ucieczce, to gest radykalny i odważny w powojennej rzeczywistości. Tożsamościowe rozedrganie sympatycznego Hersha rozpoznają inni uciekinierzy. „Wszyscy przez to przechodzimy […], spotykamy się w boskim Hollywoodzie, a wszyscy i tak jesteśmy z jakiegoś Mińska, Pińska czy innego Drohobycza” – zauważa porozumiewawczo filmowy producent (Cezary Rybiński). Niemal wszyscy też zgodnie podporządkowują się przymusowi wyparcia wojennego horroru: zapomnieć chce i hollywoodzka gwiazda Lauren Bacall (Katarzyna Borkowska), i początkująca aktorka Mildred. Do tej ostatniej należy monolog opowiadający o porażającej płynności i współzależności ról kata i ofiary – zarówno w perspektywie  pojedynczych losów, jak i całych społeczności. Orzechowski ustawia Mildred na tle potężnej amerykańskiej flagi: zasłaniającej głębię sceny, z kolorami znikającymi pod plamami z błota. Bohaterka lamentująca nad śmiercią syna zabitego na wietnamskim froncie przeklina Amerykę, ale zarazem relatywizuje zło wyrządzane przez kolejne pokolenia. To jeden z tych momentów w przedstawieniu, które rezonują z aktualną rzeczywistością mocno i przerażająco.

Kiedy w tle teatralnych zdarzeń na ekranie pojawia się lista nazwisk osób napiętnowanych  przez senatora McCarthyʼego, nie potrzeba nadinterpretacyjnych zabiegów, by powiązać ją z pozateatralną historią całkiem współczesnych „antysemickich” list, choćby tej, którą Uniwersytet Kalifornijski przekazał administracji Donalda Trumpa. Upiornie brzmią w tym kontekście słowa Hersha, który w pogoni za ukojeniem i bezpieczeństwem rozważa wyjazd do Palestyny. „Nic już nie pamiętam, naprawdę” – broni się przed widmowym Dawidem. Zapomnieć jednak nie potrafi. Czy gdańskie przedstawienie jest także i o klęsce człowieczeństwa, które nie potrafi pamiętać? Wierzę, że tak.

Orzechowski dzieli swoje trzygodzinne przedstawienie na dwie części. Prócz oczywistego gestu rozrzedzenia scenicznego świata rozdzielenie to porządkuje niejako losy Hersha i definiuje kierunki jego wędrówki – ucieczki od siebie samego w kolejne warianty życia i wędrówki ku sobie (do ciemności i zgliszczy, ale i do ulgi). W drugiej części czuć ciężar tego nadmiaru znaczeń ustanowionych przez oba kierunki. Znakomicie opowiada ten trud Piotr Biedroń, prowadzący postać od kameleonowatego everymana do człowieka noszącego swoje blizny z rozpaczą, ale i wewnętrzną zgodą na tę rozpacz. W świetnym, wrażliwym na szczegół aktorstwie towarzyszy mu reszta obsady, z Bartoszewicz, Rybińskim i Dałek na czele.

W jednym z ostatnich fragmentów na opustoszałej, cichej scenie reżyser ustawia obok siebie Hersha i Wodza plemienia Navajo (Cezary Rybiński). Orzechowski czyści teatralną przestrzeń ze wszystkich śladów, z klisz, spowalnia rytm opowieści. Krótka, zabawna rozmowa zwraca uwagę na wielowariantowość świata, na jego złożoną z drobiazgów strukturę. I przypomina, o czym ta cała oszałamiająca historia „żywota i śmierci” w ogóle była. O wielkim cierpieniu i równie potężnej miłości, o ucieczce i powrocie. W finale, kiedy reżyser wprowadza na scenę duchy tej historii, nie mamy pewności, kto tu opowiadał, a kto był opowiadany. Fantazje pensjonariusza domu spokojnej starości? Wywiad rzeka ocalałego z Zagłady? Czy może podjęta przez pogrążone w żałobie córki próba zrekonstruowania życia zmarłego ojca?

Mam poczucie, że te wszystkie pytania i wątpliwości, którymi Orzechowski rozszczelnia swoją teatralną machinę, nie tylko jej nie szkodzą, lecz dotykają tego, co jest istotą całej tej zamaszystej, ale też niebywale kruchej opowieści o Hershu Libkinie. „Nie wiem” – mówi w finale bohater, stając być może po raz pierwszy w prawdzie własnej opowieści.

Teatr Wybrzeże w Gdańsku, Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia Ishbel Szatrawskiej, reżyseria Adam Orzechowski, scenografia, kostiumy, reżyseria światła Magdalena Gajewska, muzyka Marcin Nenko, ruch sceniczny Maćko Prusak, wideo Natan Berkowicz, Marcin Kosakowski, premiera 10 maja 2026.

Anna Jazgarska

Pedagożka, literaturoznawczyni i krytyczka teatralna. Współpracuje z portalem teatralny.pl, Dwutygodnikiem i kwartalnikiem „nietak!t”. Członkini Pracowni Krytyki Artystycznej prof. Zbigniewa Majchrowskiego. Moderatorka wydarzeń poświęconych współczesnemu teatrowi, jurorka i członkini komisji artystycznych. Mieszka nad morzem.