Ziemia obiecana
Znakomita kreacja Piotra Biedronia precyzyjnie oddaje biograficzną i tożsamościową dezintegrację Hersha Libkina, łącząc psychologiczną wiarygodność pojedynczych losów z ogólnoludzkim, niemal archetypicznym doświadczeniem.
Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia Ishbel Szatrawskiej to jedna z najciekawszych polskich sztuk ostatnich lat. Oferuje ona wiele: epicką historię, żywe postaci, temat splatający epoki i polityczne realia. Aby w pełni wydobyć potencjał tego tekstu, potrzeba filmowego zacięcia – zamaszystych obrazów, sprawnego żonglowania konwencją i uruchomienia na scenie i w widzu żywych emocji. Przedstawienie Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże spełnia te warunki z nawiązką.
Kiedy Hersh Libkin (Piotr Biedroń) po raz pierwszy zjawia się na planie hollywoodzkiego westernu, jest jak sprzedawca z ulubionej kawiarni albo miły sąsiad – czarująco zwyczajny. W przedstawieniu Orzechowskiego amerykańska fabryka snów to kocioł mieszający rzeczywistość i filmową fantazję. Plastyka scenicznej przestrzeni (scenografia, kostiumy i reżyseria świateł Magdalena Gajewska), zmieniająca się w kolejnych fragmentach spektaklu, oddaje ruchliwą kolażowość i demonstracyjną sztuczność tego światka: na tle makiety Hollywood Hills rozstawione jest „indiańskie” obozowisko, a postaci w filmowych kostiumach mieszają się z obsługą planu. Sympatyczny boy next door wtapia się prawie niepostrzeżenie w tłum, zamieniając czarno-biały, nierzucający się w oczy garnitur na tandetny westernowy strój.
Kolejne rozdziały historii pokażą, że performowanie własnej tożsamości organizuje biografię Libkina, dzieje się cyklicznie i niezależnie od okoliczności. Szybko rozpoznamy w tym geście strategię przetrwania, ale to tylko jedna z wielu warstw opowieści o życiowej wędrówce bohatera. Łódź, Oświęcim, Los Angeles czy Sacramento – Hersh wtapia się w kolejne czasy i miejsca, równocześnie funkcjonując w każdym z nich w dojmującej, organicznej wręcz samotności. I to jest jedna z fundamentalnych dla przedstawienia Orzechowskiego spraw: ciągłe zawieszenie pomiędzy brakiem tożsamości a nadmiarem jej różnych wersji, nieustanne poszukiwanie tej mitycznej „ziemi obiecanej”, która pozwoliłaby się zatrzymać i dałaby ukojenie samorozpoznania. Problem jednak w tym, że Hershowi nic nigdy nie obiecano. Znakomita kreacja Biedronia precyzyjnie oddaje tę biograficzną i tożsamościową dezintegrację, łącząc psychologiczną wiarygodność pojedynczych losów z ogólnoludzkim, niemal archetypicznym doświadczeniem.
Przenikanie się znaczeń i doświadczeń kształtuje tożsamość oraz losy bohaterów i stanowi ważną zasadę konstrukcji tekstu. Orzechowski sprawnie, a momentami bardzo widowiskowo przenosi tę metodę na grunt teatralnej materii. Gdańskie przedstawienie, a zwłaszcza jego forma (oprócz plastyki zwracają uwagę znakomita choreografia Maćko Prusaka oraz równie udana muzyka Marcina Nenki), to spójna, rytmiczna mozaika kinowych powidoków. Reżyser sięga po swoje ulubione dwudziestowieczne gatunki, a czasem, jak w przypadku udanej i nieoczywistej parafrazy Czasu Apokalipsy Francisa Forda Coppoli, po konkretne kinowe tytuły. Bardzo dobrze się to ogląda, choć nie wszystko zawsze działa – w strukturze przedstawienia osadzić się muszą fragmenty oparte na interakcji z publicznością. Z pewnością to nakładanie się motywów sprzyja specyfice fabuły, zbliżonej do onirycznej fantazji – z postaciami przemierzającymi czasy i miejsca, pojawiającymi się znikąd i równie nagle znikającymi z opowieści. Sprzyja także fabularnej podwójności, którą zastosowała Szatrawska.
Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia to w zasadzie dwie, krzyżujące się nieustannie linie narracyjne. Pierwsza to podporządkowana linearnej chronologii historia amerykańskiego „żywota” Libkina. Rozpisana na kolejne zwroty akcji opowieść o zakończonej nagle i dramatycznie przygodzie filmowej, z którą splótł się romans z czułą Mildred (Katarzyna Dałek). O American dream – śnionym za kierownicą Buicka, na ciepłej posadzie w meblarskim salonie i z zawsze uśmiechniętą „żoną ze Stepford” (Justyna Bartoszewicz) u boku. Wreszcie – o starości i woodstockowym szaleństwie z ukochanymi córkami Hannah (Izabela Baran) i Lois (Agata Woźnicka).

Druga linia narracyjna cofa Hersha w przeszłość: ciemną, wymykającą się obrazowemu przedstawieniu. Dość szybko orientujemy się, że egzystencjalna tragedia Hersha nie jest wynikiem wyłącznie wojennej i obozowej traumy, że jest pod tą warstwą cierpienia coś jeszcze. „Opowiedz tę historię do końca” – prosi Dawid (gościnnie Kacper Sasin), zagadkowy przyjaciel z Polski, który nawiedza amerykańskie sny Hersha. Wizualizacje w głębi sceny (Natan Berkowicz, Marcin Kosakowski) pokazują w tych momentach czarno-biały krajobraz zasypany grubą warstwą śniegu. To tam, w mrok i lód wojennej Polski, będzie zmierzał bohater, szukający nie tylko własnej, unikalnej tożsamości, ale i człowieczeństwa w ogóle.
Ta podróż wstecz, zwrot ku temu, co opuszczone w rozpaczliwej ucieczce, to gest radykalny i odważny w powojennej rzeczywistości. Tożsamościowe rozedrganie sympatycznego Hersha rozpoznają inni uciekinierzy. „Wszyscy przez to przechodzimy […], spotykamy się w boskim Hollywoodzie, a wszyscy i tak jesteśmy z jakiegoś Mińska, Pińska czy innego Drohobycza” – zauważa porozumiewawczo filmowy producent (Cezary Rybiński). Niemal wszyscy też zgodnie podporządkowują się przymusowi wyparcia wojennego horroru: zapomnieć chce i hollywoodzka gwiazda Lauren Bacall (Katarzyna Borkowska), i początkująca aktorka Mildred. Do tej ostatniej należy monolog opowiadający o porażającej płynności i współzależności ról kata i ofiary – zarówno w perspektywie pojedynczych losów, jak i całych społeczności. Orzechowski ustawia Mildred na tle potężnej amerykańskiej flagi: zasłaniającej głębię sceny, z kolorami znikającymi pod plamami z błota. Bohaterka lamentująca nad śmiercią syna zabitego na wietnamskim froncie przeklina Amerykę, ale zarazem relatywizuje zło wyrządzane przez kolejne pokolenia. To jeden z tych momentów w przedstawieniu, które rezonują z aktualną rzeczywistością mocno i przerażająco.
Kiedy w tle teatralnych zdarzeń na ekranie pojawia się lista nazwisk osób napiętnowanych przez senatora McCarthyʼego, nie potrzeba nadinterpretacyjnych zabiegów, by powiązać ją z pozateatralną historią całkiem współczesnych „antysemickich” list, choćby tej, którą Uniwersytet Kalifornijski przekazał administracji Donalda Trumpa. Upiornie brzmią w tym kontekście słowa Hersha, który w pogoni za ukojeniem i bezpieczeństwem rozważa wyjazd do Palestyny. „Nic już nie pamiętam, naprawdę” – broni się przed widmowym Dawidem. Zapomnieć jednak nie potrafi. Czy gdańskie przedstawienie jest także i o klęsce człowieczeństwa, które nie potrafi pamiętać? Wierzę, że tak.
Orzechowski dzieli swoje trzygodzinne przedstawienie na dwie części. Prócz oczywistego gestu rozrzedzenia scenicznego świata rozdzielenie to porządkuje niejako losy Hersha i definiuje kierunki jego wędrówki – ucieczki od siebie samego w kolejne warianty życia i wędrówki ku sobie (do ciemności i zgliszczy, ale i do ulgi). W drugiej części czuć ciężar tego nadmiaru znaczeń ustanowionych przez oba kierunki. Znakomicie opowiada ten trud Piotr Biedroń, prowadzący postać od kameleonowatego everymana do człowieka noszącego swoje blizny z rozpaczą, ale i wewnętrzną zgodą na tę rozpacz. W świetnym, wrażliwym na szczegół aktorstwie towarzyszy mu reszta obsady, z Bartoszewicz, Rybińskim i Dałek na czele.
W jednym z ostatnich fragmentów na opustoszałej, cichej scenie reżyser ustawia obok siebie Hersha i Wodza plemienia Navajo (Cezary Rybiński). Orzechowski czyści teatralną przestrzeń ze wszystkich śladów, z klisz, spowalnia rytm opowieści. Krótka, zabawna rozmowa zwraca uwagę na wielowariantowość świata, na jego złożoną z drobiazgów strukturę. I przypomina, o czym ta cała oszałamiająca historia „żywota i śmierci” w ogóle była. O wielkim cierpieniu i równie potężnej miłości, o ucieczce i powrocie. W finale, kiedy reżyser wprowadza na scenę duchy tej historii, nie mamy pewności, kto tu opowiadał, a kto był opowiadany. Fantazje pensjonariusza domu spokojnej starości? Wywiad rzeka ocalałego z Zagłady? Czy może podjęta przez pogrążone w żałobie córki próba zrekonstruowania życia zmarłego ojca?
Mam poczucie, że te wszystkie pytania i wątpliwości, którymi Orzechowski rozszczelnia swoją teatralną machinę, nie tylko jej nie szkodzą, lecz dotykają tego, co jest istotą całej tej zamaszystej, ale też niebywale kruchej opowieści o Hershu Libkinie. „Nie wiem” – mówi w finale bohater, stając być może po raz pierwszy w prawdzie własnej opowieści.