Zwrot antyludowy
Rzadko wystawiana na polskich scenach opowieść o losach pysznego rzymskiego wodza Gajusza Marcjusza Koriolana doczekała się w ostatnim czasie kilku realizacji. Wyreżyserowane przez Jadwigę Klatę na scenie kameralnej Teatru Słowackiego w Krakowie przedstawienie jest rozwinięciem projektu prezentowanego wcześniej na gdańskim Festiwalu Szekspirowskim.
Kameralne, rozpisane na cztery zaledwie osoby widowisko rozgrywa się w dosyć ponurej, by nie powiedzieć postapokaliptycznej, scenerii projektu Wojciecha Miksa. Przypominającą wielką dziurę czy lej po bombie przestrzeń gry z trzech stron otacza publiczność. Osoby tragedii odziane w retrofuturystyczne kostiumy autorstwa Zuzanny Tymińskiej, przywodzą na myśl wojowników z niedalekiej przyszłości. W warstwie wizualnej otrzymujemy dość popularny obrazek z „uwspółcześnionego” Shakespeare’a. Reżyserka, odpowiedzialna także za scenariusz i dramaturgię, mimo znacznych skrótów (spektakl trwa nieco ponad godzinę), dość klarownie prowadzi widzów przez dzieje swojego bohatera, czy może raczej bohaterki. Koriolana gra bowiem Alina Szczegielniak. Pozostała część obsady: Bożena Adamek, Oliwia Durczak oraz Tomasz Wysocki, wciela się w szereg ról.
Poznajemy więc najpierw odwagę i triumfy rzymskiego wodza, później jego graniczącą z pychą dumę, ukaraną przez głupią i niewdzięczną tłuszczę, wreszcie zaś niedokonaną (z litości) zemstę. Problem w tym – i jest to problem zasadniczy – że nie wiadomo właściwie, o czym naprawdę jest to przedstawienie. Po co dziś losom rzymskiego wodza mamy poświęcać naszą uwagę? Oczywiście, można podziwiać autora za wyprzedzające epokę spojrzenie na politykę jako spektakl dla mas. Ale sam portret wybitnego męża stanu, którego pycha i niezrozumienie czy też niechęć do schlebiania popularnym gustom prowadzą do upadku – to rozpoznanie tyleż słuszne, co jednak dość już banalne. Tymczasem Jadwiga Klata poza nie zdaje się nie wychodzić. Dlatego, choć spektakl trwa nieco ponad godzinę, ostatecznie nuży.

Trudno nie dostrzec w Koriolanie wyraźnych inspiracji teatrem Jana Klaty, zarówno w warstwie estetycznej – kostiumów i scenografii – jak i w poetyce, czy też konstrukcji dzieła. Sceniczną akcję komentują, a czasem wręcz kontrują, wyraziste songi i agresywne wstawki muzyczne. Aktorzy grają z przejęciem, jednak zdecydowanie zbyt grubą kreską. Właściwie nie mówią, raczej recytują fragmenty tekstu, na jednej emocji. Całość utrzymana jest w tonach zdecydowanie poważnych. Brakuje tu niestety dystansu i ocalającej przed nieznośnym patosem (auto)ironii. W ogóle sądy i racje, także racje polityczne, znacznie słabiej niż u Shakespeare’a zniuansowane, wypowiadziane zostają na scenie w formie wykładu, wręcz połajanki – co, zważywszy na debiutancki charakter spektaklu, można by wybaczyć. Z drugiej strony nie mamy już jednak do czynienia z przedstawieniem szkolnym czy też projektem work in progress, tylko repertuarowym spektaklem na deskach jednego z najważniejszych teatrów w kraju. Stąd myślowy chaos i brak dramaturgii rażą.
Czemu służy zamiana płci głównego bohatera, właściwie nie wiadomo. Czy Koriolan jest pogubionym idealistą i tragiczną ofiarą wychowania, czy jednak faszyzującym rzezimieszkiem? Wreszcie: jak to jest z tą wojną – raz bowiem zdaje się ona szlachetną próbą charakterów i odtrutką na gnuśność, kiedy indziej – jak w pacyfistycznej pieśni Koriolana, pełnej współczesnych aluzji do „bomb Netanjahu” – jawi się jako machina zbrodni. Ostatecznie zresztą całe to napięcie/konflikt między szlachetnym wojownikiem a głupim i niewdzięcznym „pospólstwem”, w oderwaniu od głębszej refleksji socjokulturowej oraz kontekstów (przewrotni trybuni ludowi u Shakespeare’a), na które zabrakło miejsca w spektaklu, wypada na scenie raczej naiwnie i pretensjonalnie, by nie rzec klasistowsko. Warto czytać klasyków. Jednak od lektury tekstu do przedstawienia, czego dowodzi ten Koriolan, droga raczej daleka.