STRZĘPKA MÓWI… o „Heksach”

STRZĘPKA MÓWI… o „Heksach”
Sabat Dobrego Początku na warszawskim placu Defilad, 31 sierpnia 2022 roku / fot. Karolina Jóźwiak
„Jestem w szoku. Nie wiem, co się dzieje. Tekst jest próbowany od miesięcy. Mocny, śmieszny, świetnie brzmi na scenie. Wszyscy go chcieli. Wtem – wszystko źle”. Druga część opowieści o tym, co wydarzyło się w warszawskim Teatrze Dramatycznym.

KK: Przenieśmy się w czasie do końca pierwszego sezonu Twojej dyrekcji. Sąd już orzekł, że wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł nie miał prawa unieważniać Twojej nominacji na dyrektorkę Teatru Dramatycznego. Chcesz wystawić Heksy, adaptację powieści Agnieszki Szpili. W pracy ma brać udział autorka, osoba spoza świata teatru. Potrzebujesz kogoś, kto dostosuje tekst do wymogów sceny. W czerwcu 2023 roku zaczynają się próby.

MS: Początkowo chcę, żeby adaptację napisali Agnieszka Szpila i Paweł Demirski. Spotykamy się więc we trójkę. Po spotkaniu Paweł kategorycznie odmawia pracy z Agnieszką.

Wtedy Szpila zaczyna podsyłać mi znajome dramaturżki, mimo mojej prośby, żeby tego nie robiła. Pewnego dnia wchodzę na Instagrama i widzę, że jakaś laska oskarża mnie, że odebrałam jej pracę. Ja z tą osobą nawet nie rozmawiałam. Takich odprysków przed zorganizowanym hejtem było naprawdę dużo.

Szpila próbuje pisać sceny sama, ale się nie nadają. Ostatecznie włączam do pracy nad tekstem Ankę Kłos, która prowadzi Szpilę przez improwizacje. Agnieszka improwizuje, a Anka nadaje temu strukturę i dramaturgię. Powstaje świetny tekst.

KK: Na czym polegają trudności przy tej współpracy?

MS: Przy współpracy improwizacyjnej już ich nie ma. Natomiast wcześniej Szpila okazuje dużo agresji. Nie zna się na teatrze. Chce mieć 60 osób w obsadzie. Pokazuje mi zdjęcia ludzi w kręgach. Potem dochodzi do wniosku, że na scenie musi stać akwarium, w którym będą pływać aktorki. Wyjaśniam jej, że to niemożliwe. Wrzeszczy, że jej powieść jest zajebista, więc nie obchodzi jej, kto będzie reżyserował ten tekst, gdzie i z kim. Grozi, że pójdzie do kogoś innego. Opanowanie jej wybuchów to duży wysiłek.

KK: Po co obecność tak trudnej osoby w procesie?

MS: Byłam o krok od zrezygnowania z tej współpracy. Jednak wtedy nie powstałby spektakl, a bardzo mi na nim zależało. Czytając Heksy, zobaczyłam je na scenie, chociaż w powieści nie ma tekstu, który można zagrać. Gdy widzę nadrzędny cel, to jestem w stanie dużo znieść. Kiedy zaczął powstawać tekst, byłam szczęśliwa.

KK: Co dzieje się dalej?

MS: W końcu wszystko zaczyna dobrze iść. Powstają świetne sceny, aktorzy mają co grać, są zadowoleni. Szpila zachwyca się sposobem pracy z Anką. Powoli zaczyna rozumieć, czym jest teatr. Wpada na próby. Twierdzi, że to dla niej doświadczenie życia. Dziękuje na zmianę mnie i Ance za wspaniałą przygodę. Ludzie czytają tekst i są zachwyceni. Powstają kostiumy, piękny projekt scenografii, materiały wideo. 

KK: Czyli przed 28 października wszystko idzie dobrze, tak?

MS: Tak, ale później też nie od razu wszystko się zmienia. 28 października w Onecie ukazuje się wywiad Magdaleny Rigamonti ze mną, autoryzowany miesiąc wcześniej. Na początku listopada to samo medium publikuje pierwszy pseudoreportaż Krystyny Romanowskiej. Zaczynają się mnożyć kłamstwa i oskarżenia. Jedna z aktorek kilka tygodni przed premierą rezygnuje z grania w Heksach. Uczy w Akademii Teatralnej i niszczą ją tam z powodu mojej wypowiedzi.

KK: O tym, że w szkole teatralnej kształcą nieadekwatnie do Twojego teatru.

MS: Tak. Aktorzy jednak dalej chwalą próby. Mówią, że nie dajemy się hejtowi. 13 listopada publikują na Facebooku list poparcia dla reform i mojej dyrekcji. Kilka dni później delegacja podpisanych osób idzie do ratusza, żeby mnie poprzeć. Chcą opowiedzieć, jak naprawdę wyglądają atmosfera i praca w teatrze, wbrew hejtowi oraz sugestiom kilkorga rozmówców Romanowskiej. 

Jednak po powrocie nikomu nie zdają relacji. Na pytania innych odpowiadają bardzo wymijająco. Sama nie pytam, bo uważam, że jako dyrektorka nie powinnam tego robić. Dopiero potem dociera do mnie, że to moment, kiedy zaczynają się problemy wewnątrz obsady. To te osoby biorą później udział w szantażu. 

KK: Jakie problemy?

MS: Coś się zmienia podczas prób. Pojawia się coraz więcej wątpliwości, uwag, sugestii cenzury, by wykreślać sceny mogące uchodzić za kontrowersyjne. Aktorzy twierdzą, że spektakl jest za długi, że będzie trwać pół dnia. Gdy ostatecznie okazuje się, że wystarczy skrócić go o pół godziny, wyglądają na zawiedzionych, jakby stracili jakiś ważny argument. 

KK: Jak wygląda ich opór?

MS: Przede wszystkim rośnie. Najpełniej ukazuje się na dwa tygodnie przed premierą, kiedy wchodzimy na dużą scenę. Stoi scenografia, są gotowe kostiumy i światło. Tomek Karolak, inspicjent, woła aktorki, bo o 10.00 startujemy. One dzień w dzień schodzą coraz bardziej niemrawo, spóźniają się. Nie wiem, co się dzieje. Aktorki co rusz się potykają, niezgodnie z prawdą oskarżają ekipę techniczną o nieprzygotowanie sceny. Nagle niezbędne stają się ciągłe rozgrzewki i kolejne spotkania dotyczące koordynacji intymności. Pojawiają się jakaś obcość, puste spojrzenia w reakcji na uwagi reżyserskie, jakbyśmy nie miały za sobą kilkumiesięcznych ustaleń. Dla mnie to zawodowa nowość. Gdy aktor chce zagrać premierę, to przebiera nogami w kulisach, czekając na swoją kolej. Szpila znowu się awanturuje. Ale powstają też w tym tygodniu piękne sceny.

Scenografia Heks w reż. Moniki Strzępki / fot. Barbara Hanicka

W sobotę robię przebieg całości. Idzie dobrze, ale widzę, że dzieje się coś niewypowiedzianego. Mówię obsadzie: „Nigdy wcześniej nie byłam tak spokojna podczas pierwszego przebiegu”. Jednak wyczuwam rozjazd między deklaracjami a działaniem. Pytam więc: „Czy wy chcecie zagrać ten spektakl?”.

Wybucha niewyobrażalna agresja. Marta Nieradkiewicz, która była w grupie odwiedzających ratusz, wrzeszczy, że żąda skrótów. Agnieszka Roszkowska, również obecna w ratuszu, krzyczy: „Przestańcie nas grillować!”. Wszystko to sprawia jednak wrażenie czegoś nieszczerego. Wybuchy są dziwnie niewiarygodne. Uspokajają się zupełnie znienacka. 

Próbuję zrobić omówienie. Moje słowa jakby padają w próżnię. Czuję bierny opór i niechęć aktorek. Mówię, że jeśli tydzień przed premierą nie mogę zrobić omówienia, to nie mam warunków do pracy i nie mogę skończyć spektaklu. Zapowiadam, że muszę zastanowić się, czy kontynuować próby. Widzę cień satysfakcji, jakby coś osiągnięto. W niedzielę rano wysyłam SMS-a, że w poniedziałek kontynuujemy. Prawie nikt mi nie odpisuje.

KK: Może zespół jest przeciążony stresem?

MS: Bardzo długo jestem przekonana, że to, co się dzieje w części zespołu aktorskiego, wynika z wciąż podsycanego hejtu. Myślę, że nie wytrzymują napięcia związanego z tym, że funkcjonujemy jak w oblężonej twierdzy. Zasadniczo jest to jednak i dla mnie, i dla innych zachowanie niezrozumiałe. O co chodzi, pojmuję dopiero w momencie szantażu.

KK: Co jeszcze Ci się wtedy zarzuca poza „grillowaniem” oraz koniecznością skrócenia tekstu?

MS: Wprost nie zarzuca mi się nic. Nawet u Romanowskiej nie pada żadne zdanie, że Strzępka stosuje przemoc. Taki wniosek wynika z montażu wypowiedzi. Z perspektywy czasu rozumiem, że potrzebny był jakiś argument przeciwko mnie i przeciwko Heksom. Skoro się nie wydarzył, musiano go odegrać.

KK: Opowiedz o dalszych problemach podczas prób.

MS: Podczas spotkań z koordynacją intymności aktorki wieszają kartki na wszystkich drzwiach prowadzących na widownię i scenę, żeby nie wchodzić, nie zaglądać, bo „trwają próby intymne”. Wrzeszczą, że koledzy z ekipy technicznej „ślinią się na widok ich cycków”, co – dodam, choć to w sumie zbędne – nie ma miejsca. Wyrzucają wszystkich z próby choreograficznej, po czym narzekają, że nikt im nie włącza muzyki.

11 grudnia na porannej próbie Marta Nieradkiewicz w obecności Szpili mówi, że tekst jest grafomański. Szpila odpowiada, że jeśli spektakl ma być niedobry, to ona woli, żeby do premiery wcale nie doszło, bo to mogłoby zagrozić jej licznym kontraktom pisarskim. Jestem w szoku. Nie wiem, co się dzieje. Tekst jest próbowany od miesięcy. Mocny, śmieszny, świetnie brzmi na scenie. Wszyscy go chcieli. Wtem – wszystko źle. Tego samego dnia wieczorem w przyteatralnej kawiarni Kulturalna Szpila mówi wprost, że „wywali tę premierę”.

Jeden z aktorów wyznaje, że podczas prób czuje się jak wtedy, gdy przed Wigilią trzeba było cucić w wannie jego ojca alkoholika. Aktorka wybiega do toalety i wymiotuje. Łukasz Wójcik krzyczy: „Co to za teatr, gdzie wielkie aktorki rzygają?”. Pytam, co się dzieje. Słyszę: „Na terapii dowiedziałam się, że zaprojektowałam na ciebie matkę”. Odgrywa się pantomima grozy – przypisuje mi się winy i za ojca, i za matkę, i za mdłości.

Wieczorem aktorzy informują mnie, że żądają zerwania prób, ponieważ są psychicznie wyczerpani. Tłumaczę im, że wiążą się z tym potężne konsekwencje. Na spektakl pracował cały teatr i realizatorzy, wiele osób straci wynagrodzenia. Publiczność czeka na premierę. Spektakl jest finansowany z publicznych pieniędzy.

KK: Wiesz już wtedy, że jeśli nie skończysz Heks, to zostaniesz odwołana ze stanowiska?

MS: Nie ma takiej praktyki, że gdy nie dochodzi do premiery, odwołuje się dyrektora. Jednak Dziekan wpaja i mnie, i ludziom w teatrze przekonanie, że tak właśnie będzie. Mówię o tym, a aktorzy odpowiadają, że to nie ich odpowiedzialność. Michał Sikorski komentuje: „Twój następca przejmie świetny zespół, który stworzyłaś, i utrzyma wszystkie zmiany, jakie wprowadziłaś”. Przy okazji wygaduje się, że właśnie autoryzował wywiad dla „Wyborczej” o tym, jak świetnie idą próby, a teraz musi przepisać, że są straszne.

KK: Czyli mimo sugestii aktorów nie chcesz zawieszać pracy nad Heksami?

MS: Oczywiście, że nie chcę. Ale Adamiecka przekonuje mnie, że chociaż to oni chcą zerwania prób, nie mogę ich obciążać konsekwencjami odwołanej premiery i muszę „wziąć to na siebie”. Mam do niej niemal bezgraniczne zaufanie i daję się przekonać. Zamykam proces prób. Następnego dnia rano większość obsady wraca i żąda kontynuowania procesu. Wracamy do pracy.

KK: 13 grudnia pisarka Agnieszka Szpila zamieszcza na Facebooku wpis o tym, że nie będzie brała udziału w dalszej pracy nad spektaklem na podstawie swojej książki oraz nie pojawi się na premierze z powodu ogromu bólu, jakim okupiony był proces powstawania przedstawienia. Nie podaje żadnych szczegółów, powołując się na milczenie aktorek. Premiera zaplanowana jest na 15 grudnia. Co się dzieje bezpośrednio przed wpisem Szpili?

MS: To przedostatni akord. Milczenie aktorek stanowi doskonały pretekst, dzięki któremu można stawiać mi fałszywe i ogólnikowe zarzuty. Wszystkie próby odbywają się przy włączonym interkomie, więc jest kilkudziesięciu świadków na to, że nie było żadnych niewłaściwych zachowań z mojej strony. Rano przychodzę na próbę na dużej scenie. Na widownię wchodzi moja zastępczyni Monika Dziekan i prosi mnie do pokoju. Siedzą tam Juska oraz zalana łzami Agata Adamiecka. Dziekan informuje mnie, że w nocy zadzwoniły do niej aktorki Heks i zagroziły, że jeśli nie podpiszę dymisji, to nie będą kontynuować pracy nad spektaklem. Jestem w szoku.

Juska zaczyna płakać. Dziekan każe jej napisać moją dymisję. Ta siada przy komputerze, ale nie jest w stanie tego zrobić. Dziekan pisze więc sama, drukuje, wyciąga zadrukowaną kartkę. Upewniam się, czy to oznacza, że aby skończyć Heksy, muszę podpisać dymisję jako dyrektorka. Pytam o osoby, które żądają mojej dymisji. Tylko w ich obecności podpiszę dokument. 

Dziekan i Adamiecka prowadzą mnie do garderoby. Są tam już: Marta Ojrzyńska, Marta Nieradkiewicz, Anka Kłos, Agnieszka Wosińska, Agnieszka Roszkowska, przewodnicząca Związku Zawodowego Aktorów Polskich Anna Gorajska, Łukasz Wójcik oraz performerka Ana Szopa. Ana nie bierze udziału w szantażu. Dowiaduję się, że mojej dymisji chce cały zespół aktorski, techniczny, administracyjny, a nawet realizatorzy. Odpowiadam, że nie przyspawałam się do stołka – można to było załatwić w inny sposób. Biorę do ręki pióro i podpisuję dokument. Chcę go zanieść do kadr. Słyszę wrzask, żebym w żadnym wypadku tego nie robiła, bo na razie tajemnica ma nie wyjść poza garderobę. Dziekan nalega, by przechować dokument do premiery. Mimo wahania oddaję go jej. Zapraszam aktorki i aktora Heks na scenę.

KK: Jednak do premiery i tak nie dochodzi.

MS: Wkrótce po rozpoczęciu próby dostaję telefon. Szef Biura Kultury Artur Jóźwik wzywa mnie natychmiast do ratusza, chociaż wie, że prowadzę próbę, bo za dwa dni mam premierę. W końcu umawiamy się w Pałacu Kultury po próbie. O 15.00 przychodzą zastępczyni Trzaskowskiego Aldona Machnowska-Góra, Artur Jóźwik i jego zastępczyni Aneta Subda-Kamol. Chcą, żebym wydała im podpisaną dymisję. Pytam, skąd o niej wiedzą. „Co mam ci powiedzieć – że mi nie napisała, jak mi napisała?” – odpowiada Machnowska-Góra, machając telefonem.

KK: Chodzi jej o Dziekan?

MS: Dowodu nie mam, ale moim zdaniem napisała do niej Adamiecka. „Monika – mówi Aldona – jest już przeciek do prasy. Chyba nie chciałabyś wyjść na kłamczuchę?”. Odpowiadam, że na razie to wewnętrzna sprawa teatru. Przeciek do prasy rzeczywiście był. Z informacją pośpieszył Arkadiusz Gruszczyński z „Gazety Wyborczej”.

KK: Co się dzieje dalej?

MS: Koledzy z techniki mówią: na szantaż jest paragraf. Dziewczyny z biur płaczą. Ja prowadzę próby, które nagle idą zupełnie bezoporowo. Dostaję info od aktora Daniela Chryca, który pełnił równocześnie funkcję asystenta reżysera przy spektaklu, że załoga techniczna żąda spotkania w związku z tym, co się wydarzyło. Umawiamy się na 21.30. Nie informujemy aktorek o temacie spotkania, żeby nie uciekły. Podczas wieczornej próby wciąż sprawdzają telefony. Pojawia się post Szpili.

O 21.30 na widowni gromadzą się obsada, realizatorzy, ludzie, którzy pracują przy spektaklu. Z głębi sceny wychodzi ubrana na czarno ekipa techniczna. Szantażystki zamierają. Ekipa schodzi na widownię. Mówią: „Podobno ktoś tu się powoływał na nas w sprawie zdymisjonowania Moniki”.

Nieradkiewicz wstaje: „Tak, podsunęłam ten dokument, bo nie mam zgody na to, co się tutaj dzieje”. Techniczni pytają: „A co się dzieje?”. Wstaje Agnieszka Roszkowska: „Jak to co, koledzy? Przemoc! Jak chcecie, to się z nami zamieńcie. Wy tu tylko wciskacie guziki”. Słowo „przemoc” pada wtedy wprost po raz pierwszy. Ktoś odpowiada, że przemocą to był szantaż w garderobie. Pyta o jakikolwiek przykład przemocy z mojej strony. Odpowiedzi brak.

Nieradkiewicz mówi, że jej noga już w tym teatrze nie postanie. Wychodzi. Pozostałe aktorki wycofują się a to bokiem, a to tyłem. Zostaje tylko Wosińska, która mówi, że „też polubiła Monikę”, ale decyzja dotycząca mojego odwołania zapadła „znacznie wyżej”, a ona jest tylko trybikiem.

KK: 14 grudnia rano przychodzisz do teatru na próbę. Wierzysz, że dzięki podpisaniu dymisji premiera się odbędzie.

MS: Zaczynają spływać: L4, L4, L4, L4. Cztery aktorki z obsady: Nieradkiewicz, Ojrzyńska, Wosińska, Roszkowska wzięły zwolnienia lekarskie. Dzieli nas jeden dzień od premiery. Jest już jasne, że do niej nie dojdzie. Jestem załamana. W teatrze – rozpacz. Dzwonię do ratusza, żeby ich poinformować, że premiery nie będzie, ponieważ aktorki wzięły L4. Przyjeżdżają Jóźwik z Subdą. 

Jóźwik mówi, że jest wdzięczny za otwartość i współpracę, dzięki której wiele się nauczyli. Obiecuje zadbać o to, żeby mój następca utrzymał wszystkie wprowadzone przeze mnie zmiany – już słyszałam to zdanie. Chce, żebym wydała podpisaną dymisję.

Wielokrotnie powtarza, że koniecznie muszę poinformować w mediach społecznościowych w jednym komunikacie, że odwołuję premierę i podaję się do dymisji. Odpowiadam, że muszę o tym najpierw poinformować załogę. Nie pozwolę, żeby ludzie dowiedzieli się z mediów o tym, co ich dotyczy. Jóźwik jest przeciwny, żarliwie argumentuje, że załoga już wystarczająco wycierpiała, trzeba im oszczędzić tego spotkania. Znowu dowiaduję się, że jeśli spełnię warunki, będę mogła dokończyć Heksy. Że powinnam ratować swoją karierę reżyserską. Obiecuję, że wydam komunikat i dostarczę im dokument z dymisją. Nie robię tego. Zamiast tego na następny dzień zwołuję zebranie załogi. 

KK: Jak reaguje załoga na informację o odwołaniu premiery?

MS: Atmosfera w teatrze jest jak przy Watergate. O tym, co się wydarzyło, ludzie mówią: „pucz Dziekan”, „przewrót pałacowy”, „nóż w plecy”, „zamach stanu”. Robią dochodzenia, zaczynają łączyć fakty. Siedzimy po biurach, na podłodze. Gadamy do późna. O wielu rzeczach słyszę po raz pierwszy. Na przykład, że Dziekan zorganizowała szkolenie, które prowadzący Paweł Rozkrut rozpoczął od słów: „Wszyscy wiemy, jaki jest problem w tym teatrze. Ten problem nazywa się Monika Strzępka”. Ludzie odmówili wzięcia udziału w tej ustawce.

Dowiaduję się też, że w tygodniu premiery Dziekan powtarzała, że po mojej dymisji zostanie pełniącą obowiązki dyrektorki. Że koleżanka, która podobno złożyła wypowiedzenie z mojego powodu, odchodziła tak naprawdę przez moją zastępczynię. Że Dziekan z Adamiecką próbowały wyciągnąć od księgowej duże pieniądze dla aktorek w ramach rekompensaty za moją rzekomą przemoc. I tak dalej, i tym podobne. 

KK: Jest 15 grudnia. Trwa spotkanie z załogą.

MS: Ludzie są zbulwersowani, że parę osób podjęło za nich decyzję o losach instytucji. Znowu słyszę: „Monika, dlaczego jesteś sama, gdzie są koleżanki z kolektywu?”. Odpowiadam, że została ze mną Juska, reszta wzięła L4. Ludzie nie zostawiają suchej nitki na Dziekan i Adamieckiej. Nie ufają im i nie chcą, żebym prowadziła teatr z nimi. Chociaż to dla mnie cholernie trudne, nie ma już kolektywu. Otwieram rozmowę o wszystkim, co nie działa. Szczerze, otwarcie omawiamy punkt po punkcie. Na koniec obiecuję przygotować plan naprawczy. Czuć ulgę i nadzieję. Od poniedziałku ruszamy z nową energią. Bez kolektywu wszystko idzie szybciej, prościej.

KK: Równolegle trwa procedura Twojego odwołania.

MS: W poniedziałek 18 grudnia o 12.00 informuję w mediach społecznościowych teatru, że o 19.00 wygłoszę oświadczenie live. Po 16.00 ratusz uruchamia procedurę odwoławczą.

We wtorek 19 grudnia zostaję wezwana do ratusza. Machnowska-Góra sugeruje, że nie rozumiem, co się dzieje. Zaprzeczam i pytam, czemu nie interesuje ich, co się wydarzyło w teatrze i na jakiej podstawie wszczęli procedurę odwoławczą. Są zmieszani. Machnowska-Góra odpowiada, że powody poznam w odwołaniu. Dowiaduję się o nim 5 stycznia – od dziennikarki „Teleexpressu”. 

Nota redakcyjna: powyższy materiał zawiera opisy i interpretacje wydarzeń przedstawione przez rozmówczynię. Wypowiedzi mają charakter subiektywnych ocen rozmówczyni i nie stanowią stanowiska redakcji.

Katarzyna Kowalewska

Absolwentka filologii polskiej, autorka tekstów o teatrze i książkach. Pracuje w Wydawnictwie Krytyki Politycznej