STRZĘPKA MÓWI… o kolektywie
„Na wsparcie kolektywu nie mogłam liczyć ani wtedy, gdy byłam w intensywnych próbach przed premierą, ani później, gdy Heksom groziło odwołanie”. Pierwsza część opowieści o tym, co wydarzyło się w warszawskim Teatrze Dramatycznym.
MONIKA STRZĘPKA: Niewielu ludzi zna tę historię, bo niewielu chciało jej wysłuchać. Wiem, że czytelnicy chcieliby prostych odpowiedzi, ale to nie jest historia na krótki tekst, ani nawet na długi. Nagonkę zaczął Onet, natychmiast dołączyły „Wyborcza”, OKO.Press, „Krytyka Polityczna”… Prasa kojarzy mi się teraz wyłącznie z dostaniem się pod prasę.
KATARZYNA KOWALEWSKA: Zacznijmy od tego, jak formował się kolektyw przewodzący Teatrowi Dramatycznemu od września 2022 do stycznia 2024 roku.
MS: Najpierw przygotowywałyśmy się do konkursu. Po wygranej, jeszcze zanim weszłyśmy do teatru, intensywnie pracowałyśmy. To był bardzo dobry i piękny czas. Nikt nie miał złych intencji. Kolektyw był z konieczności układem nieformalnym. Każda z nas miała swój zakres obowiązków i miejsce w strukturze. Ja byłam dyrektorką, Monika Dziekan moją zastępczynią do spraw organizacyjno-finansowych. Dorota Kowalkowska zajmowała się sprawami dramaturgiczno-edukacyjnymi. Małgorzata Błasińska – Juska – odpowiadała za produkcję. Agata Adamiecka-Sitek pracowała na pół etatu jako pełnomocniczka do spraw transformacji instytucji.
KK: Skąd wzięła się Monika Dziekan w kolektywie? Pracowała przez wiele lat w komercyjnym Teatrze Kamienica. A wcześniej w TR-ze, z którego odeszła w atmosferze konfliktu.
MS: Rozmawiałam z ludźmi z TR-u i nie usłyszałam żadnych konkretnych argumentów. Monika przekonująco o tym opowiedziała. Wiedziała, jakie błędy popełniła. Widziałam, że zna się na kwestiach, którymi ma się zająć. Bardzo chciała dołączyć. Była ambitna, podekscytowana. Od początku powtarzała: „Monika, jeśli dasz mi szansę, nigdy cię nie zawiodę!”.
KK: Czyli ktoś ją polecił?
MS: Tak, nie znałam jej wcześniej. Myślę, że dopiero podczas mojego zawieszenia poczuła, że sama chciałaby zostać dyrektorką Dramatycznego. Musiała wtedy przejąć część funkcji formalnych, była w stałym kontakcie z warszawskim Biurem Kultury, któremu podlega Teatr Dramatyczny. Hulała plotka, że chce mnie wysadzić ze stanowiska. Jednak z zasady nie przejmowałam się plotkami.
KK: Dziekan chyba nie była lubiana w załodze.
MS: Wydawało mi się, że uwspólniłyśmy i cele, i jakości, ale potem okazało się, że ludzie w teatrze zupełnie tak tego nie widzieli. Ani Dziekan, ani Adamiecka nie budziły zaufania załogi.
KK: W przeciwieństwie do Dziekan Adamiecka-Sitek i Kowalkowska cieszyły się w środowisku bardzo dobrą, wręcz nieskazitelną opinią.
MS: Ja również je ceniłam i dlatego znalazły się w kolektywie. Adamiecka jest teoretyczką, akademiczką. To bardzo cenne. Niestety okazała się cywilką w teatrze. Nie budowała relacji z załogą. Założyła, że może wprowadzić zmiany z poziomu katedry.
Kowalkowska to świetna edukatorka, pedagożka. Jednocześnie jest bardzo wrażliwa. Wyzwania spowodowane moim zawieszeniem, funkcjonowanie jak w oblężonej twierdzy, wreszcie hejt i nagonka – bardzo mocno się na niej odbiły. Miała problemy ze zdrowiem. W ostatnich tygodniach przed premierą praktycznie nie było jej w teatrze.
KK: Zespół chyba ją lubił, w prasie jest opisywana najprzychylniej z całego kolektywu.
MS: Tak, była lubiana. Bardzo dbała o dobre relacje z załogą. Podobnie jak Juska. Znana w środowisku, rewelacyjna kierowniczka produkcji. Praca z nią to wielka przyjemność i zaszczyt. Gdybym dziś tworzyła kolektyw, tylko ją zaprosiłabym do współpracy.
KK: Porozmawiajmy o zwolnieniach, które przeprowadzałyście z kolektywem.
MS: Zawsze i wszędzie przy nowej koncepcji programowej zmienia się częściowo skład odpowiedzialny za kształt artystyczny. To oczywistość. Przychodząc do teatru, wiedziałam, że chcę dokonać zmian w zespole. Liczyłam na to, że ci, którzy odmawiają współpracy ze mną i żądają utrzymania Tadeusza Słobodzianka na stanowisku, znajdą sobie miejsce w innym teatrze, do którego jest im artystycznie bliżej.
Wiesz, jak wyglądała moja rozmowa z aktorką, która mówi, że przeżyła piekło podczas zwolnienia? Darła się na mnie, że mam obowiązek obsadzić ją w Heksach, bo jej babcia jest szeptunką.
KK: Kiedy zaczęłyście zwalniać?
MS: We wrześniu 2022. O kolejnych zwolnieniach zaczęliśmy rozmawiać w marcu 2023 roku, gdy byłam zawieszona przez PIS-owskiego wojewodę Konstantego Radziwiłła. Nie chciałam zrzucać wręczania wypowiedzeń na zastępcę ani decydować o losie aktorów, nie znając wyroku sądu. Za to uprzedzałam wyraźnie, że jeśli wrócę na stanowisko, będę się chciała z wybranymi osobami pożegnać. Mówię o ludziach, dla których nie było ról w bieżącym albo nadchodzącym sezonie. Proponowałam im rozstanie za porozumieniem stron.
KK: Jednocześnie przyjmowałaś nowych aktorów.
MS: Oczywiście. Musiałam to zrobić, żeby móc realizować program. Ale wokół tych liczb narosły jakieś absurdalne legendy. Anna S. Dębowska z „Gazety Wyborczej” twierdzi, że zwolniłam 28 aktorów, a zatrudniłam 27 o bardziej odpowiadających mi poglądach. W rzeczywistości zatrudniłam siedem osób. Dwie osoby odeszły z własnej woli. Zwolnionych zostało 16, w tym większość za porozumieniem stron. Powodem było strukturalne zadłużenie i odłączenie od Dramatycznego Sceny na Woli. Nie mam pojęcia, jakie poglądy miały zwolnione osoby. Kiedy odchodziłam, w stanie liczebnym zespołu uwzględniano aktorów, których umowy wkrótce się kończyły. Wbrew bajkom o zwolnieniach „z dnia na dzień na bruk” minimalny okres wypowiedzenia trwał 3 miesiące. Tak zwani gwizdkowi z pseudoreportażu Krystyny Romanowskiej dla Onetu to pięciu aktorów, którzy już od marca 2023 wiedzieli, że w październiku zostaną zwolnieni i będą pracować do końca stycznia 2024. Po moim odwołaniu ostatecznie zostali przywróceni na stanowiska, ale to oznacza nadchodzące redukcje. Zespół dalej trzeba zmniejszyć docelowo do jakichś 25 osób.
KK: Dlaczego osoby, które zwalniałaś, mówiły o grillowaniu i traumie?
MS: Gdy jesteś zwalniana, czujesz się źle i żywisz niefajne uczucia wobec przełożonej. Ale to nie oznacza, że doświadczyłaś mobbingu. Poza tym weź pod uwagę, że to wciąż opowieść tych samych pięciu osób. Wiesz, jak wyglądała moja rozmowa z aktorką, która mówi, że przeżyła piekło podczas zwolnienia? Darła się na mnie, że mam obowiązek obsadzić ją w Heksach, bo jej babcia jest szeptunką. Powinnam ją wyprosić z gabinetu, a wdałam się w rozmowę i tłumaczenia.
Chciałam rozmawiać z aktorami głównie o kwestiach artystycznych. Zależało mi na porozumieniu i ewentualnym rozstaniu w zgodzie. Każda z tych rozmów mogła się potoczyć w różnych kierunkach. W dwóch przypadkach zmieniłam zdanie. Raz podniosłam głos na aktora zgłoszonego przez związek za agresywne i wulgarne zachowania podczas spektaklu w obecności widowni. Inny aktor oskarżał mnie w pozwie, że zwolniłam go za wyśmiewanie mnie, kolektywu i programu. O tym, że to robił, dowiedziałam się dopiero z pozwu. Zwolniłam go, bo przez dwa sezony nie znalazł się reżyser, który chciałby go obsadzić. Potem kolejne osoby zaczęły głosić, że zwolniłam je za poglądy.

KK: W rozmowie z Magdaleną Rigamonti z Onetu przyznałaś, że zwalniasz za poglądy.
MS: Niczego takiego nie powiedziałam. Ani u Rigamonti, ani nigdzie indziej. Mówiłam, że nie wyobrażam sobie, że przy Heksach będę pracować z osobami „wyznającymi patriarchalne wartości”, np. wierzącymi w niższość kobiet. Odnosiłam się wyłącznie do konkretnego spektaklu, kwestii obsadzania, nie zwolnień. Po wywiadzie Rigamonti Arkadiusz Gruszczyński napisał o mnie: „Monika Strzępka twierdzi, że zwalnia ludzi za poglądy”. Powtarzał to w każdym tekście na mój temat.
KK: Zwalniane osoby poszły do mediów i opowiadały o przemocy, której doświadczyły.
MS: Ta sama grupka osób podszyła się pod Związek Zawodowy Aktorów Polskich i złożyła skargę do miasta. Związek absolutnie nie chciał się pod tym podpisać, a ten fejk znalazł się później podczas procesu wśród dowodów, które miały mnie obciążać.
KK: Postanowili Cię też nagrywać.
MS: Tak. I nadal mówimy o tych samych pięciu osobach. Wiedział o tym cały teatr. Znasz to uczucie, kiedy orientujesz się, że jesteś nagrywana? Nagle zdajesz sobie sprawę, że jest jakiś trzeci, nieujawniony rozmówca. Zaczynasz rozumieć, skąd wrażenie dziwaczności rozmowy – rozmówca ma na celu przyłapać cię na czymś albo sprowokować. Jaka jest wtedy szansa na dojście do jakiegokolwiek porozumienia? Bardzo bym chciała, żeby aktorzy ujawnili nagrania. Wyjdzie na jaw, że kłamią. Albo okaże się, że mam rozdwojenie jaźni i robiłam coś innego, niż pamiętam.
Znasz to uczucie, kiedy orientujesz się, że jesteś nagrywana? Nagle zdajesz sobie sprawę, że jest jakiś trzeci, nieujawniony rozmówca.
KK: Podobno dzieliłaś zespół na tych od Słobodzianka i swoich.
MS: Zastałam w teatrze skrajnie podzielony, zdezintegrowany zespół aktorski. Niektórzy nie znali się nawet z imienia. Sami mówili o sobie, że dzielą się na słobodziankowców i niesłobodziankowców. Starałam się robić wszystko, żeby nie pogłębiać tego podziału. Dowodzą tego choćby obsady za mojej dyrekcji.
Jedni byli otwarci, inni betonowali gniazdo oporu wobec nowej ekipy. Mówili i pisali o mnie w mediach społecznościowych paskudne rzeczy. Nie reagowałam, chociaż regulamin przewiduje kary za negatywne wypowiedzi o instytucji. Uważałam, że ludzie mają prawo mówić, co chcą. „Niech się wygadają” – myślałam. Wtedy oni poczuli, że skoro mogą tyle, to mogą też więcej. Po oklaskach na koniec zdejmowanych spektaklach robili wystąpienia o tym, jak straszna dyrektorka dobija wybitne dzieła. Choć jasne jest, że decyzje o zdjęciu przedstawienia podejmuje się na podstawie rekomendacji Biura Obsługi Widzów oraz Koordynacji Pracy Artystycznej. Opierają się na liczbie widzów i wysokości obciążeń finansowych.
Porozmawiajmy, do jakiego teatru weszłam. Poprzedni dyrektor, Tadeusz Słobodzianek, przyjeżdżał do teatru raz w tygodniu. Podlegały mu dwie dyrektorki – od finansów i produkcji – które prowadziły Dramatyczny z dwóch laptopów. Tymczasem ja prawie nie wychodziłam z teatru. Demokratyzacja procesów jest niebywale czasochłonna. Weszłyśmy w ciężką betonozę. Zmiany były obliczone na pięć lat – to długotrwałe procesy. Na przykład partycypacyjna zmiana regulaminu pracy wygląda tak, że zapraszasz wszystkich pracowników teatru do uczestniczenia. Spotkania musisz zorganizować w godzinach pracy tak, żeby nie kolidowały z innymi obowiązkami. A jednocześnie trwa wiele innych procesów.
KK: Ostatecznie kolektyw rozpada się w grudniu 2023 roku w dramatycznych okolicznościach. W ostatnich tygodniach swojej dyrekcji prowadzisz teatr sama. Agata Adamiecka-Sitek nie wyrabia nerwowo i się wycofuje. Kowalkowska choruje od wakacji. A Juska?
MS: Nie wiem, czy Adamiecka nie wyrabia nerwowo. Wiem, że mnie szantażuje, żądając dymisji. Potem znika na L4. Juska zostaje.
KK: A Dziekan?
MS: Zamierzam ją zwolnić, ale przychodzi na spotkanie z wypowiedzeniem. Patrząc mi w oczy, mówi: „Monika, nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobiła”. Tego, co właśnie zrobiła.
KK: Czy Adamiecka-Sitek oraz Dziekan miały jakiś pomysł na rozwiązanie problemów poza Twoją dymisją? Pytam zwłaszcza o Agatę.
MS: O jakich problemach mówimy? Teatr działał. Oczywiście cały czas mierzyłyśmy się z wieloma wyzwaniami. Ogromnym problemem była nagonka. Na każdym kroku słyszałam od ludzi pytanie: „Gdzie jest kolektyw?”. Nie mogłam liczyć na ich wsparcie ani wtedy, gdy byłam w intensywnych próbach przed premierą, ani później, gdy Heksom groziło odwołanie. Póki nagonka dotyczyła tylko mnie, nie reagowały. Gdy w drugim reportażu Romanowskiej padły oskarżenia wobec całego kolektywu, Monika z Agatą w porozumieniu z PR-owcem stworzyły odpowiedź, z której wynika, że w trakcie mojego zawieszenia teatr utonąłby bez kolektywu. A przecież byłam wtedy w teatrze codziennie i pracowałam tyle samo, a nawet więcej. Gdyby te same osoby na tych samych stanowiskach wykonywały swoje obowiązki, wyszłoby na to samo bez względu na to, czy nazywałyby się kolektywem, czy nie. Kolektywnie to Adamiecka z Dziekan beze mnie podjęły decyzję o tym, że na dwa tygodnie przed premierą odwołują wszystkie wydarzenia towarzyszące premierze Heks.
KK: Nie chciałaś zostawić tego wszystkiego i tak jak reszta kolektywu iść na zwolnienie, zostawić cały ten bałagan samemu sobie?
MS: Nie przyszłoby mi do głowy, żeby zostawić ludzi w takim momencie.
KK: Dlaczego reszta kolektywu tak nie czuła?
MS: Nie wiem. Juska została na pokładzie i dokończyła zaplanowany przeze mnie sezon. Dziekan i Adamiecka uciekły przed konsekwencjami tego, co zrobiły załodze szantażem mającym skłonić mnie do dymisji.
Dwie kolejne części wywiadu z Moniką Strzępką opublikujemy jutro i pojutrze (2-3.09).
Nota redakcyjna: powyższy materiał zawiera opisy i interpretacje wydarzeń przedstawione przez rozmówczynię. Wypowiedzi mają charakter subiektywnych ocen rozmówczyni i nie stanowią stanowiska redakcji.