STRZĘPKA MÓWI… o ratuszu

STRZĘPKA MÓWI… o ratuszu
Monika Strzępka w dniu odwołanej premiery Heks 15 grudnia 2023 roku / fot. Karolina Jóźwiak
„Zostałam oskarżona o straszne rzeczy, których nie zrobiłam. Moja kariera legła w gruzach. Tak samo moje życie rodzinne, relacyjne. Straciłam pracę, mieszkanie, środki do życia. To, co mi zrobiono, jest nie tylko bezzasadne, ale też zwyczajnie okrutne”. Trzecia część opowieści o tym, co wydarzyło się w warszawskim Teatrze Dramatycznym.

KK: Czujesz się winna tego, co stało się w Dramatycznym?

MS: Winna, że ulepiono mój wizerunek z gówna? Że zostałam oskarżona o czyny, których nie popełniłam? To mniej więcej tak jakbyś zapytała ofiarę napaści, czy czuje się winna, że została pobita.

Wszystkie decyzje podejmowałam wedle swojej najlepszej wiedzy. Czy popełniałam błędy? Oczywiście. Miałam chyba zbyt idealistyczne podejście do rozmów z aktorami, ignorowałam plotki, nie reagowałam na ataki w mediach społecznościowych. Brałam na siebie za wiele odpowiedzialności za to, kto się jak czuje. Nadmiernie wierzyłam w wolę zmian w kolektywie i w zespole aktorskim. Czasem za długo prowadziłam pewne rozmowy, bo wierzyłam w dobre intencje drugiej strony. Być może chciałam za dużo naraz. Czy cokolwiek z tego usprawiedliwia to, co mi zrobiono?

Oczywiście usłyszałam od bliskich: „Po co się tam pchałaś? Jakbyś się nie pchała, toby ci się to nie przytrafiło”. Odważyłam się na koronację w ramach zaślubin z teatrem podczas Sabatu Dobrego Początku. Wprowadziłam do teatru Wilgotną Panią. Powołałam kobiecy kolektyw. Napisałam program nieprzemocowej instytucji kultury. Odwoływałam się nie dość, że do feminizmu, to jeszcze do feminizmu uduchowionego. Oberwałam za to. Mocno. Inspiruje mnie sprawa Krzysztofa Gonciarza, która pokazuje, że da się odkłamać efekt zmowy i wrabiania.

KK: Oskarżasz miasto o to, że w sezonie 2023/2024 wrobiło Cię w odpowiedzialność za złe, niegospodarne oraz przemocowe prowadzenie instytucji. Dlaczego miałoby to robić? Przecież wcześniej podjęło decyzję o Twoim powołaniu na stanowisko dyrektorki, broniło Cię w czasie konfliktu z wojewodą.

MS: Uzasadnienie odwołania mnie nie trzyma się kupy. Nie padają żadne konkretne zarzuty, kontrole nie wykazały nic istotnego. Przed wyborami 15 października Platforma umizgiwała się do środowisk kobiecych i queerowych, lewicowych. To, że PiS-owski wojewoda mnie zawiesił, było dla nich idealną sytuacją do organizowania antypisowskich emocji. Po wyborach trzeba było lepić koalicję z bardziej konserwatywnymi partnerami. 

Po wyborach 15 października rozpoczęła się medialna nagonka na mnie. To już nie było oblężone miasto Warszawa, bo cała Polska była platformowana i wszystkie Kidawy-Błońskie wylazły ze swoich krypt. 

KK: Czyli Twoje odwołanie nie wiązało się z tym, co stało się za kulisami Dramatycznego, ale było motywowane politycznie?

MS: Po wyborach 15 października rozpoczęła się medialna nagonka na mnie. To już nie było oblężone miasto Warszawa, bo cała Polska była platformowana i wszystkie Kidawy-Błońskie wylazły ze swoich krypt. 

Moim zdaniem to wtedy stałam się problematyczna – profeministyczna, antyliberalna, za odważna i z niewyparzonym językiem. Szykująca radykalną premierę. To, że zgodnie z deklarowaną w koncepcji programowej zasadą transparentności publicznie opowiadałam o zadłużeniu teatru – nie pomogło. Hejt lał się niagarycznie, a w perspektywie były wybory prezydenckie oraz umizgiwanie się do radykalnej prawicy i Kościoła. 

KK: Czyli odbierałaś od ratusza raczej krytyczne sygnały? Aldona Machnowska-Góra uchodziła za Twoją ogromną sojuszniczkę. Twoja dymisja była jej wielką porażką.

MS: Platforma ma różne frakcje. Z jednej strony Machnowska-Góra, z drugiej Kidawa-Błońska, przyjaciółka Słobodzianka, Gronkiewicz-Waltz i inni, którzy mnie nie tolerują. Nasza współpraca z Machnowską-Górą układała się bardzo dobrze do momentu publikacji wywiadu Rigamonti. Po hejcie ratusz musiał posprzątać. Wtedy dobra wola skończyła się jak nożem uciął. Wezwana do ratusza usłyszałam bzdury, że rzucam w ludzi egzemplarzem Heks. Nagle okazało się, że wpisane w mój kontrakt dyrektorski mierniki – wcześniej świetne – są bardzo złe.

13 grudnia w Sejmie, po exposé, pytano Tuska, czy będzie rządził Polską tak, jak Strzępka Dramatycznym. Przed wyborami prezydenckimi trzeba było czyścić, czyścić, czyścić, co się da. Było już wiadomo, że kluczowy będzie elektorat prawicowy.

KK: Uważasz, że wywiad Rigamonti, który skupił krytyczne spojrzenia na Teatrze Dramatycznym, został celowo opóźniony. Po co Onet miałby to robić?

Wątki długu i zwolnień w teatrze mogły rykoszetem uderzyć w ratusz, czyli Platformę. Tuż przed wyborami. Onet nie mógł na to pozwolić.

MS: Zobacz, co robił Onet przy okazji wyborów prezydenckich.

Myślę, że były dwa powody. Po pierwsze, wywiad Rigamonti ukazał się miesiąc po autoryzacji, niecałe dwa tygodnie po wyborach. Niedługo potem – 7 listopada – pseudoreportaż Romanowskiej. Te teksty miały się spotkać. Po drugie, wątki długu i zwolnień mogły rykoszetem uderzyć w ratusz, czyli Platformę. Tuż przed wyborami. Onet nie mógł na to pozwolić.

KK: Aktorki, które nazywasz szantażystkami, postawiły warunek, że będą z Tobą pracować nad spektaklem tylko wtedy, kiedy złożysz dymisję z funkcji dyrektorki. Twoim zdaniem miały układ z ratuszem. Dlaczego i na czym taka współpraca miałaby polegać? Częściowo to były Twoje koleżanki, świetne aktorki mogące mieć angaże poza Warszawą i niepotrzebujące układów z miastem. 

MS: Nie mówię, że miały układ. Nie wiem, co się wydarzyło podczas wizyty w ratuszu. Faktem jest, że od momentu tamtego spotkania próby zaczęły przebiegać inaczej. Oraz że delegacja wzięła potem udział w zmowie.

Grupa popierających mnie aktorów po wizycie w ratuszu zaczęła się inaczej zachowywać. Dziekan opowiadała w teatrze, że będzie pełniącą obowiązki. O szantażu ratusz dowiedział się równocześnie ze mną. Nie tylko mu nie przeciwdziałał, ale jeszcze chciał go skapitalizować. Ponieważ nie mieli podstaw do odwołania, potrzebowali mojej dymisji. Szantażystki wprost sugerowały, że decyzje zapadają „znacznie wyżej”. Gdy w grudniu zaprosiłam Machnowską-Górę na rozmowę z załogą o tym, co naprawdę dzieje się w teatrze, ta na zaproszenie nie odpowiedziała.

KK: Zostałaś z tym wszystkim sama. Dlaczego nie zatrudniłaś kogoś dobrego od PR-u?

MS: Zatrudniłam. Został mi polecony Szymon Milczanowski. Na pierwszym spotkaniu spytał: „Chcecie iść na wojnę czy chcecie się schować pod liścia?”. Dziekan i Adamiecka natychmiast: „Pod liścia”. Były wystraszone tym, co się działo. Powiedziałam, że nie chcę wojny. PR-owiec wobec tego zalecił: „Nic nie piszcie. Żadnych sprostowań, absolutnie nic. Przecież nic się nie dzieje. Ktoś cię odwołuje? Nie”. Brzmiało to dziwnie, ale uznałam: „Okej, zapewne wie, co robi”. Jednak kiedy Romanowska napisała kolejny tekst, tym razem o kolektywie, zalecił natychmiastową reakcję. W dniu, kiedy musiałam odwołać premierę, zadzwoniłam do niego po radę. Odpowiedział, że powinnam ratować karierę reżyserską i w jednym oświadczeniu napisać, że premiera jest odwołana, a ja podaję się do dymisji. Słowo w słowo to samo, co kilka godzin wcześniej powiedział mi Jóźwik. 

KK: Złożyłaś pozew przeciwko Teatrowi Dramatycznemu, argumentując, że Twoja dymisja była bezpodstawna.

MS: Nie tylko bezpodstawna. Odwołano mnie ze stanowiska w sposób rażąco niezgodny z przepisami prawa. Organizator ma obowiązek przed odwołaniem wskazać naruszenia i wezwać formalnie do ich zaprzestania. Nic takiego nie miało miejsca. Ma też obowiązek dowieść, że doszło do tego, na co się powołuje, tj. w moim przypadku rzekomego naruszenia norm pracowniczych i braku realizacji programu i umowy. Tymczasem dowodem łamania praw pracowniczych miał być post Szpili. Kontrola Państwowej Inspekcji Pracy nie wykazała żadnych naruszeń praw pracowniczych, zresztą w chwili mojego odwołania jeszcze trwała, a kontrola miejska jeszcze się nawet nie rozpoczęła. Co do mierników (liczby premier, spektakli i frekwencji) – rozlicza się to sezonowo, w naszym przypadku sezon trwał od 7 września do 15 lipca. Ratusz policzył wyniki do… 15 listopada. Na tej podstawie uznał, że nie wyrobię się z realizacją mierników do połowy lipca. Jeśli chodzi o zobowiązania programowe, program był realizowany. Na pełną realizację dyrekcja ma pięć lat.

KK: Dlaczego zawarłaś ugodę, skoro uważasz, że nie zrobiłaś nic niewłaściwego?

MS: To była ugoda tylko z nazwy. Teatr zaakceptował wszystkie moje warunki. Zgodził się też na wypłacenie 15 tys. jako rekompensaty za poniesione przeze mnie koszty procesowe. Wiedzieli, że tego nie wygrają, bo nie mają czym. No i – co oczywiste – WYBORY. Tym razem Rafał miał zostać prezydentem Polski. Proces dotyczący de facto tego, czego dopuścił się ratusz, nie leżał w interesie obozu koalicyjnego.

Poza tym właśnie składam dwa pozwy przeciwko teatrowi. Dotyczą wypłacenia pozostałej części wynagrodzenia za pracę nad Heksami, których nie pozwolono mi skończyć, oraz za okres zawieszenia. 

KK: Zostanie dyrektorką pokrywało się z rozstaniem z Twoim wieloletnim partnerem Pawłem Demirskim. Podobno w związku z tym tak trudno się z Tobą pracowało.

MS: Daj spokój. Wiem, że ludzie różnie przechodzą rozstania. Doceniam te lata, które spędziliśmy wspólnie z Pawłem, twórczo, życiowo, mamy wspaniałą, wyjątkową córkę. Zapisaliśmy wiele kart w historii polskiego teatru. Ale rozstanie obojgu nam wyszło na dobre.

KK: Podobno od samego początku kadencji dyrektorskiej byłaś w procesie intensywnej psychoterapii, a sesje psychoterapeutyczne kilka razy w tygodniu dezorganizowały pracę w teatrze.

MS: Akurat tej plotki jeszcze nie słyszałam. Sesje planowałam wyłącznie po obowiązkach. Gdy coś się przedłużało w teatrze, odwoływałam je. Co tam jeszcze garderoba opowiada na mieście? 

Jestem wymagająca i mam temperament – tak. Nie boję się mówić tego, co myślę – tak. Ale jaki to ma związek z przemocą? Jeśli pozwalałam sobie kogoś obrażać, to wyłącznie publicznie i to ludzi władzy.

KK: Że mierzyłaś się z wyzwaniami rodzicielskimi.

MS: Jak każdy rodzic. Zobacz, co się dzieje. Post factum tworzy się jakieś opowieści o tym, że to ze mną od początku było coś nie tak. Psychoterapia, rozstanie, dziecko, szałwia w waginecie… Jeśli tak było, dlaczego nikt nie reagował na bieżąco? Na czym polegały te trudności we współpracy? Tego nie usłyszysz. Czego to dowodzi? Postanowiono mnie dobić, bo byłam po rozstaniu? Widzę, że wytrwale rzeźbią w dymie. Fakty są takie: zostałam oskarżona o straszne rzeczy, których nie zrobiłam. Moja kariera legła w gruzach. Tak samo moje życie rodzinne, relacyjne. Straciłam pracę, mieszkanie, środki do życia. To, co mi zrobiono, jest nie tylko bezpodstawne, ale też zwyczajnie okrutne.

KK: Chociaż słynęłaś z porywczego charakteru.

MS: Co to znaczy porywczy charakter? Jestem wymagająca i mam temperament – tak. Nie boję się mówić tego, co myślę – tak. Ale jaki to ma związek z przemocą? Jeśli pozwalałam sobie kogoś obrażać, to wyłącznie publicznie i to ludzi władzy. Natomiast podległych mi czy pracujących ze mną – nie. 

KK: Nie tworzysz. Jesteś artystką na wygnaniu?

MS: Tworzę swoje życie na nowo. Od podstaw. Dosłownie. Jestem w procesie nagrywania rozmów do książki. Kończę film Zaprawdę Hitler umarł, który 25 września będzie miał premierę w konkursie Perspektywy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jak się jest artystką, nie da się nie tworzyć. Choć wciąż czuję się jak po kataklizmie.

Nota redakcyjna: powyższy materiał zawiera opisy i interpretacje wydarzeń przedstawione przez rozmówczynię. Wypowiedzi mają charakter subiektywnych ocen rozmówczyni i nie stanowią stanowiska redakcji.

Katarzyna Kowalewska

Absolwentka filologii polskiej, autorka tekstów o teatrze i książkach. Pracuje w Wydawnictwie Krytyki Politycznej