Wujaszek nie trafia
Wiele się od 2008 roku pozmieniało, ale temat Diamentów…, czyli wielkie i trwające przez lata zawstydzanie znacznej części społeczeństwa, która nie nadążała za ekspresem zmian we wszystkich dziedzinach życia, jest i dziś kluczowy i bolesny.
Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu postanowił wrócić do jednego z tytułów, który przed laty przyniósł mu niebłahy sukces: do tekstu Pawła Demirskiego Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty. To z jednej strony bardzo sensowny gest dialogowania z własną tradycją i z publicznością, tą, która pamięta tamten spektakl, i – a może przede wszystkim – z całkiem nową. Z drugiej strony to cokolwiek ryzykowny sprawdzian mocy dramatu ściśle osadzonego emocjonalnie w epoce swojej prapremiery. Jak wypadł?
Wtedy wstyd był z krewetkami. Prowincjuszka pojechała do stolicy, nowa żona ojca wzięła ją do restauracji. Przyjezdna bardzo chciała spróbować krewetek – zamówiła je źle, o niewłaściwej porze dnia, kiedy ich „się nie jada”, i zainkasowała obfitą porcję drwiących spojrzeń. Krewetki jej smakowały, ale jednocześnie odczuła głęboki wstyd. W roku 2008opowieść o tej żenadzie była sednem spektaklu: wstrzymywała sceniczną bieganinę, gasiła farsowy śmiech. Mocny, napastliwie-obronny ton Agnieszki Kwietniewskiej, bo to ją widziałem w tej roli, w znacznym stopniu ustawiał temat przedstawienia Moniki Strzępki. Miał nim być właśnie ów kompleks niższości ludzi brutalnie egzaminowanych przez nowe transformacyjne czasy z umiejętności i sposobów życia, których nie było im dane nigdzie się uczyć. I liczne wtórne frustracje z tym związane.
W nowej inscenizacji zobaczyłem nie bez rozbawienia, że w roli restauracyjnego wyzwania krewetki zostały zastąpione przez bardziej egzotyczne małże. Co ważniejsze jednak, centralna opowieść, która gasiła farsę, była już inna. Wysłuchaliśmy relacji o eleganckiej damie z torebką od Louisa Vuittona, która weszła do baru i spytała córkę, co chce zjeść. „Hamburgera” – odpowiedziała dziewczyna. Zażenowanie matki urosło do kosmicznych rozmiarów i po chwili udzieliło się także córce, która, tak jak poprzedniczka, i jadła ze smakiem, i płonęła ze wstydu. Znów dostaliśmy ściśnięty w dramatycznym obrazku dyktat obyczajowych wyobrażeń: co i gdzie wypada, jak należy się zachować, czego żąda od nas świat, a my nie umiemy, i tak dalej. Zjadaczki hamburgerów z miejsca robiło się żal.
Tylko gdyby tak podrążyć: czego właściwie egzemplifikacją miała być ta scena? Terroru nowych porządków, narzucających „światowy” savoir-vivre w restauracjach, czy terroru mieszczańskiego snobizmu, starego przecież jak świat? Pani z torebką od Vuittona (załóżmy, że to nie podróbka) znalazłaby w okolicy lokale, odpowiednio niestety droższe, gdzie córce hamburgera by nie podano. A tamta dziewczyna sprzed siedemnastu lat też już nie pojechałaby do stolicy, by zapoznać się z krewetkami, bo są teraz dostępne w knajpach i sklepach wszędzie, na jej i innych prowincjach. Co nieco się pozmieniało w otoczeniu: w realiach, w doświadczeniach, w mentalnościach takoż. Choć nie do końca. Oczywiście temat Diamentów…, czyli wielkie i trwające przez lata zawstydzanie znacznej części społeczeństwa, która nie nadążała za ekspresem zmian we wszystkich dziedzinach życia, jest i dziś kluczowy i bolesny. Chwała duetowi Demirski/Strzępka, że ten wątek (i parę innych też) skutecznie włączali swego czasu do teatralnej debaty. Tyle że symbolika i metaforyka też mają datę ważności. Jak żywotne okazały się po latach?
Na pewno nieźle, gdy idzie o żwawość i atrakcyjność widowiska. A sens? Młoda i już wzięta reżyserka Pamela Leończyk najwyraźniej nie miała ochoty po raz kolejny historycznie rozliczać transformacji i wycierać butów o portret Balcerowicza. Zobaczyła swoich bohaterów wyjętych z Wujaszka Wani i przemacerowanych przez Demirskiego jako tych, którzy właśnie nie dają się zapędzić do turbokapitalistycznego wyścigu szczurów. Zrobiła z nich bardziej nonszalanckich anarchistów niż ofiary przemian. Umieściła wraz ze scenografką Magdaleną Muchą w nieoczywistej przestrzeni starego mieszkania z nakrytym obrusem wiekowym stołem (ustawionym na miniobrotówce i kręcącym się niczym karuzela), ze starym, czarno-białym telewizorem i z klozetem wyniesionym schodkami ponad podłogę, niczym sedes tronujący. Obok stanął także baner reklamowy szczęśliwej rodzinki z roześmianą facjatą stereotypowego człowieka sukcesu, stołecznego profesora, który dawno stąd wyjechał, ma w tyłku „ubogich krewnych”, może zresztą już nie żyje (mówi się o tym, ale bez konsekwencji, w kolejnych scenach).

Nie wiadomo zresztą generalnie, które sekwencje zdarzeń i które słowa brać tu na serio. Sonia (Irena Sierakowska) gada niekiedy cytatami ze swojej roli u Czechowa, prześmiewczo je patetyzując. Młodziutkiemu i fircykowatemu Tieleginowi (Wojciech Marek Kozak) niepodobna uwierzyć, że zaraz pomknie na koncert do filharmonii, za to gruboskórny Astrow (Mateusz Flis) jest najbardziej wiarygodny, gdy śpiewa przebój Zenka Martyniuka. Starą nianię zastąpiła młoda kobieta (Urszula Gryczewska); jej życiowa zaradność nabiera tu konkretnej życiowej siły. Są i zbiorówki, i indywidualne scenki niczym stand-upy. Aktorzy zaczepiają publiczność, popisują się widowiskowymi numerami. Sonia na przykład wjeżdża na białym koniu, niczym Lady Godiva, przynajmniej do połowy.
O prapremierze niechętni pisali, że to kabaret dla dwunastolatków, a życzliwi, że tylko sztubacka zabawa jest w stanie wyminąć zamulające obrazek slogany i dotknąć sedna problemu. Nowa inscenizacja takiej łatki nie dostanie – także dlatego, że w dużo mniejszym stopniu trzyma się przedrzeźnianej sztuki Czechowa, poszczególne sekwencje rozjeżdżają się dygresyjnie w różne strony. Tak naprawdę spaja je jedna oś: frustracja wujaszka Wojnickiego (Jana, żadnego tam Wani), który przepieprzył życie i wyszedł na ostatniego durnia. Już miał stołecznego profesorka, sprawcę swoich nieszczęść, na muszce, spudłował raz i drugi, teraz gania w kółko, niczym w pętli czasu, i wymachuje rewolwerem, z którego nie ma kogo trafić, pardon, chybić.
Wtedy Wojnickiego grał Włodzimierz Dyła, król komediowej szarży, potrafiący jednak nagłym spoważnieniem łapać widza za twarz. U Pameli Leończyk Rafał Kosowski jest stonowany, wyhamowany, może najnormalniejszy w tym towarzystwie. Jego rozgoryczenie, wściekłość, gniew są zinterioryzowane, skromne, tym mocniejsze, gdy wreszcie dochodzą do głosu. Piękna rola, to ona powinna być tu kluczem, nie opowieść o pani obrażonej na hamburgera. Tylko ta końcówka, rany boskie. Umoralniające kazanie do widowni, że furda wyścig szczurów, niech będzie taki świat, gdzie wszyscy się kochają – i cała rodzina, i wszyscy sąsiedzi, i pani z warzywniaka, bo są warzywniaki… Jakie to naiwne, nie do obronienia przez aktora. Jakie to nie-Demirskie!
Cieszę się z tego przedstawienia jak z każdej okazji, kiedy teatr bierze ważny, mający swoją sławę tekst i próbuje go przeczytać na nowo; tego rodzaju reinterpretacje dramatu przez różne ekipy były kiedyś solą artystycznego życia scen. Nie wszystkie koncepty scenicznego kabaretu do mnie trafiają, pewnie podświadomie brak mi tego prowokacyjnego grzebania się w społecznych wstydach, tak wtedy ważnych (dziś też, choć inaczej). Ale to nie zarzut, Pamela Leończyk świadomie poszła w inną stronę. A widowisko i tak jest adresowane raczej do publiczności, która w 2008 jeszcze nie wpadła na pomysł, żeby chadzać do teatru. Wolno domniemywać, że ten, przepraszam za słowo, młody target wyczyta ze spektaklu istotne dla siebie treści, które mnie nawet do głowy nie przyjdą.