25xXXI. Spektakle ćwierćwiecza: AUSLÖSCHUNG / WYMAZYWANIE
Zaduch wracał tu jako figura uwięzienia w konserwatywnej, autorytarnej formie, a gęstnienie atmosfery przy rodzinnym stole przekładało się na zagęszczenie akcji. Bo w Wymazywaniu nie było typowej dla Lupy celebracji powolnego dziania się. Choć spektakl trwał długo, to tętnił w nim intensywny rytm.
„Nienawidzę! Nienawidzę!” – krzyczy biegnące przez scenę dziecko. Chłopiec jest małym odpowiednikiem Piotra Skiby wcielającego się w głównego bohatera. „Chcę, żeby nie żyli” – mówi dorosły Franz Joseph Murau o swoich rodzicach.
To otwarcie Wymazywania Krystiana Lupy zapowiada kształt spektaklu. Zderzenie z dziecinnym żalem głównego bohatera i narratora ostatniej powieści Thomasa Bernharda przyjmuje u Lupy bardzo dosłowną postać – kto dosłowniej pokazuje dziecinność niż dziecko?
„Rodzice i brat Johannes nie żyją. Zginęli w nieszczęśliwym wypadku” – brzmi treść telegramu, który Franz Joseph Murau, zamieszkały w Rzymie intelektualista, otrzymuje z domu rodzinnego w austriackim Wolfsegg w momencie zawiązania się akcji – zaraz po tym dziecięcym krzyku. „Nic. Całkowity spokój” – opisuje swoje uczucia na wieść o śmierci rodziców Murau, ale to, co dzieje się na scenie, przeczy tym słowom. Murau pisze rozliczeniową powieść Wymazywanie, by raz na zawsze unicestwić miejsce, z którego pochodzi.
Ironiczny chłód i maniakalnie zapętlona analiza, gniewnie świdrujący głos narratora z powieści Bernharda – Franz zagrany przez Piotra Skibę ma do tego konkretne ciało, rozedrgane, pełne emocji o bardzo szerokim zakresie. „Przez całe życie kneblowali mnie na swój świętoszkowaty sposób, który mogę nazwać jedynie kompletnie bezmyślnym […]. Udawali, że mnie kochają, ale w gruncie rzeczy nienawidzili mnie przez całe życie” – sceniczny Murau, nie do końca udany literat, mówi te słowa na płaczu, chwilami zanosząc się szlochem, stojąc przed swoim uczniem Gambettim (Andrzej Szeremeta). Ten ostatni siedzi i milczy, wpatrzony w blat biurka.
To podstawowa sytuacja Wymazywania: mężczyzna w średnim wieku monologuje do młodego mężczyzny; w książce narrator nieustannie zaznacza: „Powiedziałem do Gambettiego”. Wspomina rodzinny koszmar ziemiańskiego potomka: okrucieństwo, chłód, pogardę rodziny dla spraw ducha i bardziej wysublimowanej kultury. Rodzina szybko okazuje się zresztą reprezentować tu Austrię przeciwstawioną wielbionemu przez Franza światu śródziemnomorskiemu. To przeciwstawienie organizuje też strukturę przedstawienia, jego podział na dwie części: pierwsza to Rzym, druga Wolfsegg.

Za rodzinnymi urazami i niechęcią do skostniałej arystokratycznej formy kryje się jednak coś znacznie poważniejszego: nazistowska przeszłość. Rodzina Franza Josepha nie tylko popierała Hitlera, ale też już po wojnie ukrywała gauleiterów NSDAP i oficerów SS w dziecięcej willi na tyłach domu. Uwikłanie w zbrodniczy totalitaryzm ma tu charakter tyleż złowrogi, co groteskowy. Matka, grana przez Jadwigę Jankowską-Cieślak, energetyczny punkt centralny austriackiego mroku i dziecięcej traumy, nadwyrężyła sobie kark, ściągając flagę ze swastyką na parę godzin przed nadejściem aliantów; do dziś cierpi z tego powodu. Murau powtarza tę historię jak upiorny żart, ale wspomina też nazistowskie zbrodnie, konkretne ofiary. W końcu, w finale, majątek Wolfsegg zostaje zapisany przez Franza wiedeńskiej gminie żydowskiej.
Wymazywanie trafiało na scenę Dramatycznego w trakcie burzliwej debaty o książce Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi – o zbrodni Polaków na Żydach w Jedwabnem w 1941 roku. Cztery miesiące po premierze w Dramatycznym prezydent Aleksander Kwaśniewski w imieniu narodu polskiego przeprosił w Jedwabnem. Beata Guczalska, recenzując spektakl Lupy, pisała o wychodzącym „również i u nas” spod „samozadowolonej teraźniejszości” widmie grozy przeszłości.
Monologujący Franz Joseph Murau pokazywany był przez Lupę nieraz w sytuacji pisania. Opowieść Muraua, wielki monolog-retrospekcję, Lupa adaptował na różne głosy. „U Bernharda są niezwykle silne sytuacje, choć niezapisane w formie dialogów” – mówił reżyser „Didaskaliom” przy okazji premiery. Zgodnie z tym założeniem spektakl miał formę monologu, ale takiego, którego przestrzenią staje się cała scena i obsada.
Ożywały więc postaci jedynie wspominane w tyradach Franza. Głos dostawał choćby ledwo zasygnalizowany w powieści nielubiany i pogardzany szwagier Franza, Weinflaschenstöpselfabrikant – fabrykant kapsli od wina (Marcin Troński) – sceniczny Murau musiał też z nim rozmawiać, nie tylko o nim opowiadać.
Przede wszystkim pojawiał się wujek Georg, w dzieciństwie mistrz i wzór dla głównego bohatera, wolnomyśliciel gardzący życiem Wolfsegg, tak jak Franz – „syn marnotrawny i uciekinier”. Na premierze w Dramatycznym grał go Zygmunt Malanowicz, w telewizyjnej wersji – Miłogost Reczek. „Kiedy oni wybijali jelenie, ja siedziałem w bibliotece, za szczelnie zamkniętymi okiennicami, żeby nie słyszeć ich strzałów, i czytałem Dostojewskiego”! – krzyczał, wchodząc na scenę, patrząc z drugiej strony okna na domowników. Wymazywanie pełne było rozpaczliwych, nie do końca pewnych siebie przemów w obronie sztuki. Ale też komiczne i lekkie. Wujek Georg nie tylko krzyczał płomiennie, ale i drażnił się z krewnymi: błaznował, dźwięcznie i przeciągle wymawiał słowa reprezentujące wielki świat: „London, Paryż, Niu-Jork, Cal-las, Rousseau, Pascal, Voltaire, Diderot” – rytm sylab przyspieszał, aż fraza kończyła się skargą: „Ja w ogóle nie widzę swojego jedzenia! Błagam cię, otwórz okno!”.
Zaduch wracał tu jako figura uwięzienia w konserwatywnej, autorytarnej formie, a gęstnienie atmosfery przy rodzinnym stole przekładało się na zagęszczenie akcji. Bo w Wymazywaniu nie było typowej dla Lupy celebracji powolnego dziania się. Choć spektakltrwał długo, to tętnił w nim intensywny rytm. Cięcia były błyskawiczne, plany czasowe zmieniały się w mgnieniu oka.

Jeśli Lupa od scen, które snują się powoli i nieco mistycyzująco, objawiał się gdzieś również w Wymazywaniu, to w obrazach wizyt głównego bohatera u jego rzymskiej przyjaciółki, poetki Marii. Grała ją Maja Komorowska. Wychodziła z tego postać nieco odrealniona, świetlista, niemal anielska. Jej pokój, odwiedzany przez Franza i młodego filozofa Aleksandra (Waldemar Barwiński), był jak inna planeta, jasna i odległa od austriackich mroków. Lupa akcentował ten motyw – odpowiednik interesujących reżysera małych wspólnot wrażliwych osobowości, w taki czy inny sposób chroniących się przed światem zewnętrznym, później powracających m.in. w Factory 2 czy Imagine.
Druga część spektaklu, Wolfsegg, uderzała poczuciem pustki, przynajmniej w porównaniu z rojącą się od wyrazistych, intensywnych figur częścią pierwszą, rozgrywającą się w dużej mierze w pamięci. W trakcie przygotowań do pogrzebu wściekłość stopniowo ustępowała miejsca melancholii, tonacja stawała się minorowa. „W dziecinnym domu szukałem dzieciństwa, ale go nie znalazłem […], dzieciństwo jest tak samo zrujnowane, jak ten dom, nie przez nich, ale przeze mnie” – mówił Murau cicho, ze ściśniętym gardłem, miejsce po dzieciństwie określając jako „słynną ziewającą pustkę”. Gdy Maria zwracała mu uwagę, że przesadza, ten odpowiadał bezradnie: „Muszę przesadzać. Jestem poetą przesady”. I powtarzał całą frazę.
Wymazywanie w przekładzie Lupy trafiło na warszawską scenę, jeszcze zanim ta najsłynniejsza powieść Bernharda ukazała się po polsku drukiem (w 2005 roku, w przekładzie Sławy Lisieckiej). Spektakl w Dramatycznym nie był ani początkiem triumfalnego przemarszu „kalającego gniazdo” austriackiego pisarza przez najważniejsze polskie sceny, ani tym bardziej jego finałem. Pierwszy wystawił Święto Borysa w Teatrze Współczesnym w Warszawie w 1976 roku Erwin Axer, sam Lupa robił Bernharda i przed Wymazywaniem, i po nim – Wycinkę z Wrocławia (2014) czy Plac Bohaterów z Wilna (2015). Wymazywanie stało się jednak spektaklem chyba najsłynniejszym i wyznaczyło cezurę w dorobku Krystiana Lupy. Reżyser był już wówczas oczywiście legendą, m.in. po również opartych na pisarstwie Bernharda Kalkwerku (1992) czy Rodzeństwie (1996). Ale to chyba właśnie w okolicach Wymazywania z postaci wielbionej przez teatromanów stał się bardzo widoczną figurą polskiego życia publicznego.
Z kultu „papieża polskiego teatru”, jak żartował Janusz Majcherek w miesięczniku „Teatr”, podśmiewała się wtedy ta nieco bardziej konserwatywna część krytyki. Odwlekanie premiery miesiącami również budziło sceptyczne komentarze: Tomasz Mościcki pisał w „Życiu”: „Zdumiewa niefrasobliwość teatru i nierzetelność twórcy przedstawienia. Termin premiery jest rzeczą świętą”. Publicysta wyciągał z tego niespecjalnie oryginalne wnioski natury historiozoficznej. „Socjalistyczna mentalność oznaczająca lekceważenie swojego zawodu tkwi w nas niezwykle głęboko” – pisał.
Ale rezultaty tej wielokrotnie przedłużanej pracy przyniosły to, co polska opinia ceni najbardziej – zagraniczne uznanie. „»Dwanaście minut aplauzu. Osiem razy podnosi się kurtyna« – czytamy w dzienniku »El Periódico«. »Publiczność, stojąc, nagrodziła długimi brawami aktorów z Warszawy i reżysera. I nie był to masochizm« – zapewnia gazeta »La Vanguardia«. »Aktorzy wielokrotnie wychodzili na scenę do oklasków. Całkowity sukces« – donosi »El País«” – polskie media odnotowywały skrzętnie zachwyty mediów zachodnich, gdy Wymazywanie grano w Barcelonie. „Le Monde” po występach w Paryżu pisał z kolei: „Siedmiogodzinny cud”.
Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy, Auslöschung / Wymazywanie według Thomasa Bernharda, tłumaczenie i apokryfy, scenariusz, reżyseria i scenografia Krystian Lupa, muzyka Jacek Ostaszewski, premiera 10 marca 2001.
https://encyklopediateatru.pl/przedstawienie/16800/auslschung-wymazywanie