25xXXI. Spektakle ćwierćwiecza: ZRÓB SIEBIE
Zrób siebie ujawniało paradoksalny wymiar tańca, który z jednej strony od zawsze był praktyką oporu i wyzwolenia, a z drugiej – świetnie sprawdzał się jako narzędzie dyscyplinowania, choćby dzisiaj, wspierając strategie marketingowe wielkich marek i platform.
„Relax! Relax your body! Relax your mind!” – tymi frazami Marta Ziółek wita gromadzących się na Zrób siebie widzów. Choreografka od początku zajmuje centralną pozycję: siedzi w nomen omen zrelaksowanej pozie półsiedzącej na środku sceny, twarz ma przesłoniętą trzymaną przez siebie maską, a głos zmodyfikowany autotuneʼem. Właśnie wokół niej – po spacerze dookoła przestrzeni i zaprezentowaniu się widzkom – stopniowo gromadzą się pozostałe postaci spektaklu. Ten żywy obraz – tancerze ustawieni są jak superbohaterski team albo jakby pozowali do zdjęcia rodzinnego – będzie jeszcze wielokrotnie powracał. Z głośników dobiega cover Angel Dust Gila Scotta-Herona i rozpoczyna się godzinny spektakl, którego dramaturgia ma strukturę prezentacji kolejnych postaci choreograficznego dramatu.
Wyodrębniając się z grupy, Paweł Sakowicz w zapętlonym wyliczeniu wymienia kolejne produkty high definition, po czym następuje powolna sesja mindfulness – Ziółek wchodzi w dialog z maską, powtarzając coachingowe hasła, a w tle performerki wykonują kolejne pozycje jogi czy pilatesu. Sytuację przerywają dźwięki przyspieszającego samochodu, a światło sceniczne zaczyna przypominać reflektory pojazdu. W kolejnej sekwencji Maria Magdalena Kozłowska wykonuje A Perfect Lie The Engine Room, a Agnieszka Kryst tańczy ekstatycznie – jednak ze względu na oświetlenie, dźwięki motoru i marketingowy kontekst na myśl przychodzi raczej reklama samochodu niż taniec erotyczny. W końcu „asystentka” (inspicjentka Komuny Warszawa) przerywa jej sensualny występ, przynosząc dzwoniący smartfon (mikroport), a scena rozświetla się do pełnej białości.
W Zrób siebie sceniczny white cube wygląda jak wnętrze butiku – pod jedną ze ścian stoi zresztą wieszak z ubraniami, z którego korzystają niektóre performerki. W kolejnej scenie czeka widzów krótki wykład performatywny, łączący tekst z choreografią: Kryst przedstawia nam zasady działania rynku konsumenckiego z baletem i jogą w tle. Po jej prezentacji wracamy do apologii prędkości Sakowicza, tym razem z choreograficznym akompaniamentem całej grupy. To przyspieszenie przenosi nas do klubu nocnego, gdzie przez dłuższy moment śledzimy powtarzalne gesty rave’ujących ciał. Dźwięk dzwoniącego telefonu zmiksowany z Hotline Bling Drake’a i kolejna zmiana światła zabiera nas z kolei do klubu… fitness. To tu, w otoczeniu gimnastykujących się ciał, „telemarketer” Wasiewicz „sprzedaje” robiącą przysiady i skłony Ramonę Nagabczyńską.

W kolejnych scenach Zrób siebie rozmaite układy choreograficzne przeplatają się z hitami muzyki pop, tworząc efekt remiksu czy skakania po kanałach – Sakowicz śpiewa a cappella Human Christiny Perri, wykonując przy tym kolejne pozy baletowe, grupa tańczy do Where Are U Now Biebera czy Freed From Desire w wykonaniu Kozłowskiej. Sięgając do różnych technik ruchu – od jogi i baletu, przez fitness po hakken i krump – choreografia gęsto zapętla gesty w celu budowania wrażenia akceleracji, narastania, kapitalistycznego przyspieszenia. Zabieg ten pojawia się także w tekście, w powtarzających się, sloganowych hasłach. Między sekwencjami i na granicy sceny przemieszcza się Ziółek – zarazem będąc i nie będąc ich częścią – komentując, obserwując, wyznaczając kierunek działań. Spektakl kończy długa, ekstatyczna choreografia grupowa do dynamicznego bitu Ninos Du Brasil, artyści zapraszają widzów do dołączenia, po czym wracają do rodzinnego układu grupowego, a Ziółek wygłasza swój ostatni, pożegnalny monolog. Po tym wszyscy stopniowo się rozchodzą i wracamy do obrazu z początku spektaklu.
Recenzje z roku premiery potwierdzają, że Zrób siebie stanowiło dla krytyczek i krytyków adekwatny komentarz do polskiej (globalnej?) rzeczywistości, pozwalało miejskiej klasie średniej przejrzeć się w„zwierciadle przechadzającym się po gościńcu”. Dość napisać o sukcesach spektaklu: Zrób siebie otrzymało nagrodę na Festiwalu Interpretacje w Katowicach, było pokazywane ponad 30 razy w Polsce – w tym na Platformie Tańca i na Open’erze w 2017 roku – a także za granicą: w Bukareszcie, Tel-Awiwie czy Nowym Jorku. Spektakl szybko okazał się jedną z najbardziej udanych prób uatrakcyjnienia dla polskiej widowni choreografii i tańca. W tym sensie przyczynił się do zrobienia miejsca na to, co wydarzyło się w kolejnej dekadzie: rozpanoszenia się tańca i choreografii w polskich przestrzeniach artystycznych. Być może stało się tak dlatego, że sięgając po dość trudne do oswojenia narzędzie artystyczne (nowa choreografia? performans? taniec współczesny?), spektakl wykorzystywał to, co oswojone: rozpoznawalne marki, trening grupowy, klubowy rave, ikony popkultury, jogę i rynek konsumencki? A może po prostu dlatego, że sięgając po znane i lubiane kody, sam w sobie był sexy: wizualnie prowokacyjny, zabawny, poważno-niepoważny?
Ostatecznie Zrób siebie zarazem krytycznie przyglądało się reżimom kontrolującym atrakcyjne ciała i podawało je widzom w pełnym świetle reflektorów, pozwalając w progach instytucji kultury patrzeć na ucieleśniane na żywo fantazje z kapitalistycznego snu. Ujawniało tym samym paradoksalny wymiar tańca, który z jednej strony od zawsze był praktyką oporu i wyzwolenia, a z drugiej – świetnie sprawdzał się jako narzędzie dyscypliny, choćby dzisiaj, wspierając strategie marketingowe wielkich marek i platform. Na ironię zakrawa przecież fakt, że wiele artystek polskiej sceny tańca, by realizować arthouse’owe spektakle, dorabia, tworząc choreografie do reklam mydeł, frytek i kubeczków menstruacyjnych. Może zresztą nie ma tu żadnej ironii i najlepiej wie to sama Ziółek – Zrób siebie, jak zauważyła w jednym z wywiadów, był zainspirowany reklamą pewnej marki.
Nic dziwnego, że kolejne postaci pojawiają się w spektaklu jak prezentowane w reklamowym bloku (scrollu?) produkty o różnych właściwościach. Bohaterowie choreograficznego dramatu są skupiskami charakterystyk, gwiazdami nie tyle netflixowej produkcji, ile instagramowego feeda – a te, jak wiemy, są nieśmiertelne i nieskończenie plastyczne. Ulegają transformacjom, pozostając banalnymi i nieuchwytnymi, gotowymi do niewyczerpanej projekcji i okupowania coraz to nowych konsumenckich nisz. Na tym polega tryumf – albo klęska, zdaniem melancholijnych krytyków pokroju Marka Fishera – rynkowej odmiany (do)wolności: wszystko w kółko się powtarza, cały czas ulegając pozornym transformacjom wynikającym z kanibalizacji minionych trendów.

Patrząc z perspektywy minionej dekady, gwiazdy spektaklu niewątpliwie zrobiły siebie – każda z osób zaangażowanych w produkcję ma niezależną karierę, od realizatorek/ów poczynając (dramaturżka Anka Herbut, artystka wizualna Dominika Olszowy, muzycy Lubomir Grzelak i Krzysztof Bagiński), a na performer(k)ach kończąc (poza wymienionymi wcześniej na scenie pojawia się jeszcze Katarzyna Sikora). Można jednak odnieść wrażenie, że Zrób siebie i innymi choreografiami z tamtego okresu tancerze ci zrobili miejsce na coś więcej niż tylko samych siebie. Podobnie jak inne projekty Ziółek, spektaklbył próbą demokratyzacji tańca – wpuszczał na stołeczne sceny i do galerii sztuki techniki taneczne znane z ulic i klubów, zarazem czerpiąc pełnymi garściami z popkultury i estetyki glamourowego kiczu.
Niskie miesza się tu z wysokim, a zachwyt dziwnością przeradza się w krytyczne wyolbrzymienie. Można się zastanawiać, czy kapitalistyczna popkulturowa machina upodmiotawiania jest tu gloryfikowana, czy raczej wyszydzana? Czy Zrób siebie to hommage dla robienia siebie, czy może krytyczna satyra na miałkie i puste reżimy ja? Chyba jedno i drugie. Odpowiedź taką sugeruje praktyka artystyczna samej Ziółek. Do dziś w swoich pracach artystka przygląda się zjawisku autentyczności, tworzenia scenicznych person, badania mocy maski – przesłony i wcielenia, które pozwala dotykać najgłębszych aspektów ja, eksplorować mroki nieświadomego i testować granice własnych wyobrażeń, lęków, pragnień. A równocześnie – bawić się nieoczywistą przestrzenią między wcieleniem i grą, a trudno uchwytną prawdą tożsamości. O ciągłości zainteresowań choreografki najlepiej świadczy właśnie maska, w różnych formach pojawiająca się w niemal wszystkich jej projektach: dosłownie jako maska (Zrób siebie, 2016; So emotional, 2017; Larva, 2021), jako iPhone na selfie-sticku, a może nawet samo selfie (TO, 2015), jako queerowa kominiarka (Panie władzo, to są tylko tańce, 2021) czy mocny makijaż clowna (Wolne ciała, 2023).
Miniona dekada nie zdezaktualizowała zatem głównej tezy Zrób siebie – tej dotyczącej kapitalistycznego reżimu zarządzania tożsamością jako produktem. A zatem, jak i 10 lat temu, tak i dziś – nic nowego pod słońcem, prędzej koniec świata niż koniec kapitalizmu. Może tylko tyle, że dzisiaj to wszystko smakuje bardziej gorzko: trochę lepiej pojmujemy ekologiczne i społeczne koszty tej nieokiełznanej konsumpcji, a estetyka obrazów AI przyprawia niektórych o dreszcz przerażenia. Ziółek doskonale rozumie, że cielesność i ruch ciał stają się przestrzenią paradoksalną – właśnie tu spotykają się strategie zawłaszczania i sprzeciwu, kontroli i wyzwolenia.
Komuna Warszawa, Zrób siebie, koncepcja, choreografia i kostiumy Marta Ziółek, dramaturgia Anka Herbut, muzyka Lutto Lento, scenografia i wizualizacja Dominika Olszowy, wideo Krzysztof Bagiński, reżyseria światła Karolina Gębska, premiera 20 maja 2016.
https://encyklopediateatru.pl/przedstawienie/78720/zrob-siebie