25xXXI. Spektakle ćwierćwiecza. BYŁ SOBIE ANDRZEJ ANDRZEJ ANDRZEJ I ANDRZEJ

25xXXI. Spektakle ćwierćwiecza. BYŁ SOBIE ANDRZEJ ANDRZEJ ANDRZEJ I ANDRZEJ
Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej, reż. Monika Strzępka / fot. Bartłomiej Sowa / Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu
Mimo gestów uznawanych za wulgarne spektakl Strzępki i Demirskiego był dziełem na wskroś inteligenckim – rozliczeniem wypalonej inteligenckiej elity z niewywiązywania się z inteligenckiego obowiązku tworzenia kultury diagnozującej własną wspólnotę.

To był prawdziwy skandal. Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej, ósme z trzydziestu bodaj przedstawień zrealizowanych wspólnie przez Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego, wywołało potężny oddźwięk. W pierwszej połowie spektakl pokazywał wyobrażone – w bardzo dosadnej konwencji – pogrzeb oraz stypę po śmierci Andrzeja Wajdy. Problem w tym, że w chwili premiery reżyser wciąż żył i miał się dobrze. Prasa musiała o tym napisać – jeszcze przed premierą udało się performans Strzępki i Demirskiego wyprowadzić poza teatr.

Na kameralnej scenie wałbrzyskiego teatru czołowe postacie polskiej kultury, sparodiowane grubą kreską, spotykały tych, którym się nie udało. W obozie przegranych byli sfrustrowany młody reżyser filmowy (Sebastian Stankiewicz) czy para emerytów z tzw. prowincji. Wszystko zaś zaczynał tyleż chaotyczny, co mocny autotematyczny monolog aktorki (Mirosława Żak), postaci określanej w tekście jako „Entuzjastka”. Wypalenie, problemy finansowe i znudzenie wypominaniem artystce, że opłacana jest „z naszych podatków” – wszystko to przeplatane było jak refrenem okrzykiem, który miała niegdyś usłyszeć ikona teatru tańca Pina Bausch: „PANI BAUSCH, PANI NIE JEST WARTA ANI JEDNEJ NASZEJ MARKI, KTÓRĄ NA PANIĄ WYDAJEMY”.

Dlaczego Demirski zabijał akurat Wajdę, nazywanego tu „architektem wyobraźni”? Tyle ze względu na jego twórczość, co pozycję wśród polskich elit po 1989 roku. Wajda był nie tylko klasykiem kina, ale również senatorem Unii Demokratycznej, emblematycznej partii polskiej inteligencji liberalnej czasu transformacji. Był też współzałożycielem spółki Agora, wydawcy postrzeganej na przełomie tysiącleci jako centrum polskiej liberalnej hegemonii „Gazety Wyborczej”. Zresztą nawet umowa powołania Agory została podpisana w żoliborskim domu Wajdy.

Dokładnie w połowie przedstawienia okazywało się, że podany na stypie pasztet był zepsuty. Zatruci żałobnicy umierali. Przedstawienie przechodziło w plan życia pozagrobowego: w piekle witał uczestników stypy po Wajdzie kubański dysydent Guillermo Fariñas, wielokrotnie podejmujący głodówki przeciw reżimowi braci Castro. Fariñas był zresztą kolejną osobą przedwcześnie uśmierconą przez Demirskiego – w rzeczywistości, jak Wajda, żył w chwili premiery – i żyje nadal, gdy piszę te słowa. W spektaklu Fariñas (Daniel Chryc) umierał i w chwili śmierci doznawał brutalnego olśnienia: „[W] ostatnim momencie tuż przed śmiercią / zrozumiałem, że jeżeli upadnie na Kubie dyktatura / to tylko po to / żeby wpuścić na Kubę / waszą odmianę badylarskiego kapitalizmu”.

Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej, reż. Monika Strzępka / fot. Bartłomiej Sowa / Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

Zmarły Wajda dostawał od Kubańczyka polecenie, by w piekle nakręcić nowy film – kontynuację Człowieka z żelaza. Wałbrzyska scenografia Michała Korchowca – rzędy teatralnych foteli na scenie – przypominała nowelę Andrzeja Wajdy z filmu dokumentalnego Solidarność, Solidarność… z 2005 roku, powstałego z okazji 25-lecia porozumień sierpniowych. Wajda siedział tam w takich kinowych fotelach razem z Krystyną Jandą, Jerzym Radziwiłowiczem i Lechem Wałęsą, oglądał z nimi Człowieka z żelaza właśnie i – trochę jak u Demirskiego – tłumaczył się, dlaczego nie zrobił kontynuacji. „Mnie trzy scenariusze przysłali. Tylko że każdy z tych scenariuszy pokazywał »Solidarność« skłóconą, rozbitą. »Solidarność«, która może i wygrała, ale doprowadziła do sytuacji, która wcale nie była sytuacją oczekiwaną. Czy ja mogłem zrobić taki film?” – pytał retorycznie Wajda w dokumencie.

Pojedynczej postaci-parodii Andrzeja Wajdy w sztuce Demirskiego nie było. Były natomiast postaci łudząco podobne do aktorki Krystyny Jandy (Agnieszka Kwietniewska), reżysera Kazimierza Kutza (Włodzimierz Dyła) czy wreszcie odpowiedzialnego za gospodarczy kształt transformacji ekonomisty i ministra finansów Leszka Balcerowicza (Rafał Kosowski). Ten ostatni, jeszcze na stypie, dziękował twórcom polskiej kultury za to, że ich potransformacyjne wypowiedzi były „tak wspaniale nieważne” i „tak cudownie nie-interesujące”, że „społeczeństwo poznało się na tym” – i nikt już nie chciał kultury finansować, można więc było instytucje kultury zamknąć.

„Służba zdrowia mogłaby z was brać przykład” – mówił luminarzom kultury wzruszony minister. A luminarze i tak byli nim zachwyceni – Dyła-Kutz lizał mu nawet buty. I to chyba zostało z Był sobie Andrzej… zapamiętane najbardziej. Oraz może jeszcze scena, w której Kwietniewska – jak Janda w Człowieku z żelaza – śpiewała antykomunistyczną pieśń Janek Wiśniewski padł. Choć w zamierzeniu była to raczej parodia celebracji uprzywilejowanych po latach weteranów „Solidarności”, to zarazem wykonana była w sposób przeszywający; i to wbrew temu, że śpiewająca ją aktorka nosiła kostium pluszowego misia – sugerujący, że w potransformacyjnej Polsce artyści są maskotkami władzy.

Postać Wajdy była u Strzępki i Demirskiego rozproszona, w drugiej części przedstawienia rozbita na szereg głosów – niemal każda z postaci mówiła trochę w jego imieniu, za niego się tłumaczyła. W końcu chodziło o architekta zbiorowej wyobraźni. Sceniczne figury przekrzykiwały się zatem w imieniu mistrza. Całe to spiętrzenie znajdowało finał w zapętlonej scenie końcowej – powstającego w zaświatach filmu Człowiek z pluszowej rewolucji. Scena przedstawiała wizytę Kwietniewskiej-reżyserki (trochę Agnieszki z Człowieka z marmuru) w domu bogatych ludzi sukcesu opowiadających o swoim sukcesie właśnie – na podobieństwo trochę telewizji śniadaniowej, trochę zaś ówczesnych polskich oper mydlanych o biznesowej klasie wyższej. Groteskowe celebrowanie własnego statusu przeradzało się w pewnym momencie w coraz mniej skrywane szyderstwo z tych, którzy w tym obrazie nie mogą się znaleźć, choć do niego aspirują – reprezentowanych tu przez narzeczoną syna, graną przez Małgorzatę Białek. Gdy postać ta, upokarzana przez domowników, próbowała krzyczeć, nie miała głosu ani języka – poruszała jedynie bezgłośnie ustami. Po chwili scena zaczynała się jeszcze raz, w szybszym tempie, i jeszcze raz. Ta pętla nie miała końca, w pewnym momencie widzowie słyszeli jednak, że nie mogą w niej dalej uczestniczyć, bo nie mają odpowiednich strojów – kostiumów niegroźnych, uroczych pluszaków.

Przedstawienie trafiało w zbiorowe nastroje, we frustrację społeczeństwa, które pamiętało jeszcze biedę lat 90. i bezrobocie początku XXI wieku, a do tego było bombardowane dyscyplinującą retoryką niezbędnych kosztów przemian z jednej strony, a przedwczesną propagandą sukcesu z drugiej. „Dobrze pamiętam potężne emocje podczas oglądania Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej. To był dla mnie szok, że można coś takiego robić w teatrze” – mówiła po latach Sara Celler-Jezierska, moja rówieśniczka, wówczas dwudziestotrzyletnia studentka aktorstwa, później aktorka w wałbrzyskim zespole.

Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej, reż. Monika Strzępka / fot. Bartłomiej Sowa / Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu

Piętnaście lat po wałbrzyskiej premierze Polska wygląda już zupełnie inaczej. Ówczesne rozpoznania Strzępki i Demirskiego trudno dziś wciąż brać za „lewicowy radykalizm”. Stały się mainstreamem, podobnie jak uczucie zmęczenia starymi elitami. Zresztą już w 2016 roku Demirski mówił o tej zmianie w wywiadzie dla „Wyborczej”, przed premierą spektaklu o Marcu 1968 w Teatrze Żydowskim (Marzec ’68. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta). Pytany o ewentualne pojawienie się w nowym spektaklu żartów z pokolenia represjonowanych podczas wydarzeń marcowych opozycjonistów, ojców założycieli III RP i twórców jej liberalnych elit, odpowiadał: „Przy tej atmosferze politycznej byłoby to za łatwe”. Te elity przegrały już wówczas z prawicowym populizmem.

Jednocześnie oglądane po latach Był sobie Andrzej… uświadamia, jak istotnym elementem pracy duetu była reżyseria Strzępki. Z jednej strony precyzyjna w pracy z tekstem, z drugiej bezczelnie nadmiarowa w szerokich i (ob)scenicznych gestach – lizaniu butów, grzebaniu w zębach, wrzaskach.

Mimo takich gestów, uznawanych za antyintelektualne i wulgarne, wałbrzyskie Był sobie Andrzej… było przedstawieniem na wskroś inteligenckim – rozliczeniem wypalonej inteligenckiej elity z niewywiązywania się z inteligenckiego obowiązku tworzenia kultury diagnozującej własną wspólnotę. Jako spektakl zauważony i uznany, choć w aurze skandalu – Był sobie Andrzej… było też gestem samoustanowienia się Strzępki i Demirskiego w teatrze jako lewicowej kontrelity; uwieńczonej parę miesięcy po premierze nagrodą tradycyjnie arcyinteligenckiego tygodnika – Paszportem „Polityki”.

Echa spektaklu można znaleźć w wydanych po latach, w 2024 roku, Notesach, dzienniku Andrzeja Wajdy. Reżyser wspomina tam, że został zapytany, dlaczego nie pozwał Strzępki i Demirskiego. „Oni właśnie czekają na taką reakcję – odpowiedział. – Oni uważają, że gdyby im się udało mnie pogrzebać, wtedy zajmą moje miejsce. Sam nie zazdrościłem Felliniemu, podziwiałem go za wszystko, czego nie umiałem zrobić, dlatego siedzę na fotelu po nim w Akademii Francuskiej”. Ten ton samozadowolenia nie był daleki od parodii reżysera ze sztuki Demirskiego.

Ale przecież w tym rozpoznaniu Wajdy jest też ziarno prawdy. To była pokoleniowa walka o miejsce i uwagę. Nie ukrywali tego sami Strzępka i Demirski – autoironicznie tematyzując w spektaklu własną pozycję. „[Z]nam ich bardzo dobrze / i chociaż nie powiedzą o tym głośno / to jak czekają / żeby być na miejscu tych których krytykują żeby być w mainstreamie i móc powiedzieć: / kiedy obalaliśmy w Polsce neoliberalizm / było nam wyjątkowo trudno / oczywiście tak nigdy nie powiedzą” – pada w dramacie.

W kolejnych latach duet zajmował więc kolejne obszary „architektury wyobraźni”. Piętnaście lat po Był sobie Andrzej… Strzępka ma za sobą liczne realizacje w Starym Teatrze w Krakowie, a także w Teatrze Polskim pod dyrekcją Andrzeja Seweryna, serial nakręcony dla TVP – ale i (już po rozstaniu z Demirskim) dyrekcję w warszawskim Teatrze Dramatycznym, która okazała się dla reżyserki tyleż spektakularnym awansem, co katastrofą. Demirski zaś zaczął robić seriale dla Netflixa – firmy-symbolu zglobalizowanego przemysłu kulturowego.

A neoliberalizm? Nie został obalony, ma się nawet w Polsce całkiem nieźle, ale język krytyki rzeczywistości społecznej jest już u nas zupełnie inny.

Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej Pawła Demirskiego, reżyseria Monika Strzępka, scenografia Michał Korchowiec, muzyka Jan Suświłło, premiera 22 maja 2010.

https://encyklopediateatru.pl/przedstawienie/44960/byl-sobie-andrzej-andrzej-andrzej-i-andrzej

Wersja anglojęzyczna

Witold Mrozek

Krytyk teatralny i dziennikarz. Absolwent teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2012 roku współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Berliner Zeitung”, „Krytyce Politycznej” i „Didaskaliach”. Redaktor „Teatru”. Pochodzi z Bytomia.