Make Antygona Great Again
W krakowskiej Antygonie ważniejszy od konfliktu racji okazuje się konflikt pokoleń: Ant, jako młoda, niezależna i świadoma obywatelka, sprzeciwia się systemowi opresji, reprezentowanemu przez starszych mężczyzn. Kłopot w tym, że dużo tu truizmów, fałszywych wyobrażeń na temat współczesnych nasto- i dwudziestokilkulatków.
Niebagatelny sukces 1989 w reżyserii Katarzyny Szyngiery sprawił, że na afiszach wielu teatrów pojawiły się przedstawienia przywodzące na myśl krakowsko-gdański musical. Recepta na kasowy i artystyczny przebój wydaje się prosta: trzeba na nowo opowiedzieć ważną i powszechnie znaną historię – tak, by nie tylko podkreślić jej wspólnotowy charakter, lecz także by ściągnąć jej bohaterów z pomników i uczynić ich bardziej współczesnymi. Z takim zamiarem Jakub Roszkowski wystawił w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Antygonę Sofoklesa, zapraszając do współpracy Bisza, znanego i cenionego rapera, który – podobnie jak Łona i Bober w 1989 – przygotował teksty piosenek. Losy Antygony, granej przez studentkę Akademii Sztuk Teatralnych Julię Kazanę, pozbawione zostały kontekstu religijnego. Bohaterka nie musi wybierać między respektowaniem prawa państwowego a wiernością prawu boskiemu, bo to drugie przestało obowiązywać. W świecie algorytmów, wojen i autokratów nikt nie myśli o sacrum – wszyscy skupiają się jedynie na przetrwaniu.
Zakończyła się długa i brutalna wojna. Miastem rządzi prezydent-despota (Rafał Dziwisz), dzisiejszy odpowiednik Kreona. Czy akcja rozgrywa się w Tebach? Niewykluczone, ale równie dobrze może to być dowolna miejscowość w Polsce, Europie czy Stanach Zjednoczonych. Prezydent, zapatrzony w przychylne mu sondaże i marzący o Pokojowej Nagrodzie Nobla (brzmi znajomo?), ogłasza koniec zaciętych walk i zakazuje wyprawiania pogrzebu poległym partyzantom. Ich ciała mają gnić na ulicach i przypominać tym, którzy jeszcze żyją, czym kończy się nieposłuszeństwo wobec władzy. Wśród ofiar znajdują się bracia głównej bohaterki, Polinejkes i Eteokles, stojący za życia po dwóch stronach politycznej barykady. Przedstawienie otwiera scena ich starcia, ukazana poprzez przygotowaną przez Maćko Prusaka choreografię. Ciało Polinejkesa, uznanego za zdrajcę i wroga, leży na Placu Wolności, w miejscu, w którym mężczyzna dzielnie bronił flagi. Ant (bo tak w krakowskiej realizacji nazywa się Antygona), nie bacząc na konsekwencje, postanawia je pochować, choć wsparcia odmawia jej nawet Ismena (Agnieszka Kościelniak). Siostra, popularna youtuberka, obawia się, że za złamanie prawa zostanie zesłana do kolonii karnej. Nie chce pomagać przy pogrzebie, boi się nawet transmitować jego przebieg w sieci.
Roszkowski nie po raz pierwszy sięga po literaturę antyczną (we Wrocławskim Teatrze Lalek wystawił Odyseję, a w Teatrze Ludowym w Krakowie – Iliadę Homera), ale zdaje się, że to jego pierwsza realizacja tragedii Sofoklesa. Dokonuje kilku istotnych zmian i przesunięć: nadaje Antygonie formę rapowanego musicalu, podąża za logiką i fabułą utworu, ale wraz z Biszem „przepisuje” go na współczesny młodzieżowy język, aktualizuje status bohaterów i osadza ich problemy w dzisiejszym świecie, przewartościowuje system moralny postaci oraz rozbudowuje wątek Eurydyki (Anna Tomaszewska) i Posłańca (Daniel Malchar). Żona Kreona otrzymuje przestrzeń do wypowiedzenia własnej – topionej w alkoholu – rozpaczy, a intencje Posłańca mają pozostać dla widza zagadką. Z kolei Tejrezjasz (Dominika Kozłowska) okazuje się nie tyle wróżbitą, ile specem od algorytmów i internetowych trendów. Ważniejszy od konfliktu racji okazuje się konflikt pokoleń: Ant, jako młoda, niezależna i świadoma obywatelka, sprzeciwia się systemowi opresji, reprezentowanemu przez starszych mężczyzn (prezydenta i jego doradców, występujących w wielu utworach jako chór). Choć ponosi klęskę, to pokazuje, że patriarchalny porządek, w którym „nie ma żadnego prawa, oprócz prawa silniejszych”, nikomu nie sprzyja – ani ofiarom przemocy, ani jej sprawcom.
Intrygująca jest plastyka spektaklu. Mirek Kaczmarek, autor scenografii i kostiumów, osadził akcję w nieoczywistej i surowej scenerii: prostokątnej, niezbyt głębokiej, srebrnej niecce basenowej, połączonej szerokimi rynnami z – umieszczonymi po dwóch stronach przeciwlegle rozmieszczonej widowni – dużymi zbiornikami. Pod koniec przedstawienia – zupełnie niepotrzebnie, kosztem wieloznaczności – spuszczony zostaje z nich czerwony płyn przypominający krew. Zanim pokryje on dno konstrukcji, brudząc kostiumy leżących martwo Ant i Hajmona (Wojciech Dolatowski), przestrzeń ta przywodzi na myśl stół prosektoryjny. Skojarzenie to każe oglądać Antygonę jako rodzaj teatralnej sekcji zwłok – wiedząc, jak skończą zakochani w sobie bohaterowie, obserwujemy przebieg spektaklu nie po to, by poznać jego finał, lecz by prześledzić ciąg decyzji, które do niego doprowadziły.

Przedstawienie od samego początku wydaje się grubymi nićmi szyte. Choć krakowski zespół i występująca gościnnie Kazana doskonale odnajdują się w piosenkach napisanych przez Bisza, a wyprodukowanych przez Michała Szlempę, trudno uwierzyć w autentyczność ich postaci. Wydają się zbyt oczywiste, jednowymiarowe, sprowadzone do prostych dychotomii i opozycji. Ktoś tu jest zły, by ktoś inny mógł być dobry. Znaczenie konfliktu tragicznego nie zostaje wyeksponowane i sproblematyzowane tak jak u Sofoklesa, co czyni postawę Antygony mniej zrozumiałą. O pozostałych bohaterach dowiadujemy się niby całkiem sporo, jednak większość z tych informacji – takich jak to, że Polinejkes lubił Billie Eilish i kibicował FC Barcelonie, a Ismena jest youtuberką – nie pogłębia znacząco naszej wiedzy o postaciach, a jedynie czyni je z pozoru bardziej współczesnymi. Aktorzy i aktorki – może z wyjątkiem Tomaszewskiej – grają na jednej emocji. Wszyscy są tu wkurzeni i źli na siebie, podporządkowani szybkiemu tempu i dynamicznemu montażowi scen. Dużo tu przesady, niezamierzonej karykatury, truizmów, fałszywych wyobrażeń na temat współczesnych nasto- i dwudziestokilkulatków, a także trudnych do zrozumienia decyzji. Nie rozumiem, czemu ma służyć na przykład gest dystansowania się przez Posłańca od tragedii Sofoklesa, której jest przecież częścią – bohater w jednej z ostatnich scen wspomina, że jako dziecko oglądał w teatrze Antygonę i ma poczucie, że ta historia właśnie teraz się powtarza.
Wydaje się, że Roszkowski, odpowiedzialny zarówno za reżyserię, jak i scenariusz, nie mógł się zdecydować, o czym chce opowiadać. Poszczególne piosenki, pozbawione raczej potencjału protest songów, dotykają różnych problemów: od tragizmu i bezsensu wojny, przez samotność współczesnego człowieka, po kapitalistyczno-autokratyczne systemy organizujące nasze funkcjonowanie w świecie. Brakuje tu jednej myśli przewodniej, której podporządkowany byłby cały spektakl – takiej jak chociażby pragnienie stworzenia „pozytywnego mitu” w 1989. Musical opowiada jednocześnie o pomnikowych postaciach z mitologii i ich moralnych rozterkach, o (nie)widzialności kobiet i opresji patriarchatu, władzy, która demoralizuje, przywołuje obrazy zza naszej wschodniej granicy, gdzie od prawie czterech lat trwa wojna wywołana przez Rosję, oraz diagnozuje problemy współczesnej demokracji podporządkowanej kapitalizmowi i wpływom big techów. Twórcy rapowanej Antygony jedynie powierzchownie aktualizują sensy tragedii Sofoklesa. Każą nam postrzegać jej bohaterów jako na wskroś współczesnych, ponieważ przejmują się algorytmami i mówią o live’ach. Ale właściwie nie wiadomo, czemu miałoby służyć to uwspółcześnienie. Chyba jedynie temu, by przekonać licealistów, że Kreon nie jest figurą władcy z dalekiej przeszłości, lecz kimś, kogo losy mogą się w każdej chwili powtórzyć.