Zrób siebie. A potem zacznij od nowa

Zrób siebie. A potem zacznij od nowa
fot. Eliška Kirová
Dekadę temu odniosła wielki sukces tanecznym spektaklem Zrób siebie. Dzisiaj Marta Ziółek większość czasu spędza poza sceną – jako kołczyni w nurcie somatycznej seksuologii i nauczycielka jogi kundalini. Czy znalazła tam to, czego nie dała jej sztuka? I dlaczego jednak co jakiś czas wraca do teatrów i galerii?

ANNA SAŃCZUK: Gdzie się obecnie widzisz zawodowo i życiowo? Na scenie teatralno-tanecznej czy raczej na macie do medytacji i jogi?

MARTA ZIÓŁEK: Moja ścieżka bardzo się poszerzyła od czasu, kiedy zajmowałam się głównie sztuką. Dziś najwięcej przestrzeni w moim w życiu, więcej nawet niż np. praktyki związane z jogą kundalini, zajmują sesje kołczingowe jeden na jeden. Niedawno ukończyłam Szkołę Somatycznej Seksuologii w Wielkiej Brytanii – to tematyka, która stała się ważnym komponentem mojego życia, związana z somatyką i seksuologią. Sexological Bodywork® to certyfikowana metoda edukacji seksualnej stworzona przez Josepha Kramera w 2002 roku. Jej źródła tkwią w jego pracy doktorskiej, 20 Years of Taoist Erotic Massage, rozwijanej w odpowiedzi na epidemię AIDS. W obliczu społecznej traumy i narastających ograniczeń seksualnych Kramer zaproponował bezpieczne, ucieleśnione formy eksploracji seksualności – oparte na pracy z oddechem, świadomym dotyku i orgazmiczności.

Najprościej powiedzieć, że funkcjonuję trzytorowo. Jedna droga to ta artystyczna, o której myślałam w pewnym momencie, że chciałabym ją zostawić, ale teraz nie jestem już do tego tak przekonana, bo kiedy rozmawiamy, znowu sporo działam artystycznie i daje mi to dużo satysfakcji. Mam nawet chęć, żeby połączyć to z czymś z mojej przestrzeni rozwojowej. Bo druga dziedzina, która towarzyszy mi, odkąd skończyłam 17 lat, to ścieżka medytacyjno-jogowa. Jest dla mnie jak kotwica w życiu zarówno zawodowym, jak i prywatnym. Przeszłam przez wiele różnych treningów: vinyasa, ashtanga joga, z potrzeby głębszych wglądów i rozwijania doświadczeń z medytacją – joga kundalini, w ramach której zrobiłam kurs nauczycielski. A potem jeszcze jeden kurs nauczycielski – jogi nawiązującej do tradycji tantrycznej, przeznaczonej przede wszystkim dla kobiet.

I wreszcie trzecia odnoga mojej działalności, o czym już wspomniałam i czemu chciałabym teraz dać najwięcej przestrzeni w moim życiu – praca kołczingowa jeden na jeden w nurcie somatycznej seksuologii. Jako artystka i choreografka dotarłam do praktyki somatycznej seksuologii przez wieloletnią eksplorację emocjonalnej anatomii i seksualności ciała. Od lat traktuję ciało na scenie nie wyłącznie jako narzędzie ekspresji estetycznej, lecz jako żywe archiwum doświadczeń i transformacji. W centrum mojej praktyki artystycznej i edukacyjnej znajduje się więc proces ucieleśniania wiedzy – rozumiany jako przenoszenie abstrakcyjnych pojęć, narracji kulturowych i społecznych napięć w obszar bezpośredniego, cielesnego doświadczenia. Szczególnie interesowała mnie wiedza wyparta, stabuizowana i marginalizowana – ta związana z seksualnością i erotyką.

Wspomniany Somatic Sex Education Professional Training odbyty w Wielkiej Brytanii był dla mnie istotnym etapem tego procesu. Szkoła nie funkcjonowała dla mnie jako odrębna ścieżka edukacyjna, lecz jako miejsce pogłębienia praktyk obecnych od lat w mojej pracy artystycznej: uważności na ciało, badania relacji między pobudzeniem a regulacją, pracy z granicami, przyjemnością, wstydem i intymnością. Program ten pozwolił mi osadzić intuicyjne i performatywne poszukiwania w precyzyjnych ramach somatycznych, etycznych i relacyjnych, bez odbierania im artystycznej otwartości.

„Aktywizm przyjemności” / fot. Paulina Myśliwiec

AS: Zainicjowałaś właśnie program warsztatowy „Aktywizm przyjemności”. Co to takiego?

MZ: To program inspirowany książką Adrienne Maree Brown oraz edukacją pochodzącą od Betty Martins – kreatorki tzw. Koła Zgody, terapeutki somatycznej i edukatorki seksualnej. To z tego miejsca zrodził się pomysł, żeby połączyć moje zainteresowania ruchowo-taneczne z somatyczną seksuologią. Nie wchodzić jeszcze w obszar związany z ciałem erotycznym czy z seksualnością, ale zobaczyć, jak można te informacje dotyczące potrzeb, granic, samoświadomości cielesnej i pracy z przyjemnością, o których dużo się nauczyłam, włączyć też w obszary tańca i szerszej pracy z ciałem. To ścieżka, z której wynika właśnie praca jeden na jeden. Notabene przez tę aktywność trafiły do mnie osoby ze świata sztuki, które wcześniej chciały ze mną pracować, ale dotąd nie było okazji, zobaczymy więc, co z tego jeszcze wyniknie.

AS: Weszłaś w świat artystyczny z impetem, w 2016 roku odniosłaś duży sukces spektaklem Zrób siebie zrealizowanym w Komunie Warszawa. Można powiedzieć, że „zrobiłaś siebie”, wnosząc na polską scenę choreograficzną nowy język czerpiący z przestrzeni codziennej i popkultury. Potem zaczęłaś szukać w innych obszarach – w tradycjach rytualnych, archaicznych i pozycjonować się bardziej jako reżyserka niż choreografka. Miałam jednak wrażenie, że w pewnym momencie zmęczyłaś się funkcjonowaniem w świecie artystycznym. Kiedy poczułaś, że chcesz robić coś innego i zostawić pracę artystyczną?

MZ: To nie jest łatwe pytanie, ale myślę, że miałam dwa przełomowe momenty. Ciekawe, że rozmawiamy teraz, bo chyba dopiero w tym momencie jestem w stanie w ogóle o tym mówić. Kiedyś miałam bardzo dużą potrzebę „robienia siebie” i bycia widzianą scenicznie. To specyficzna kondycja, której ciężko doświadczyć gdziekolwiek indziej, podobnie jak pracy z ludźmi w ten sposób. Było to dla mnie karmiące i nadal bywa, ale już nie tak jak kiedyś. Myślę, że to jest związane z moim długim procesem rozwojowym i terapeutycznym na wielu poziomach. Przestałam mieć potrzebę nieustannego bycia w świetle reflektorów, odpadł ten narcystyczny komponent. Scena to dla mnie nadal ważne, bogate w przeżycia doświadczenie, ale ważniejsze jest samo bycie w twórczym procesie niż wskazywanie na siebie.

fot. Eliška Kirová

A drugim powodem tego, że zaczęłam działać głównie poza teatrem, był udział w projekcie, który ostatecznie nie miał premiery, czyli w Heksach w reżyserii Moniki Strzępki. Nie chcę się nad tym rozwodzić, ale był to proces, który na zawsze mnie zmienił. Zajęło mi trochę czasu, by w pełni zobaczyć to, co spowodowało we mnie tak duże poczucie żalu zarówno do tego procesu teatralnego, jak i do pracy z innymi, a także z samą instytucją teatralną, w której proces przebiega. Nie bez powodu jakiś czas później zrobiłam w Zachęcie na wystawie Łzy szczęścia performans Rana, mówiący m.in. o traumie w instytucjach. Podczas pracy nad Heksami nastąpiło uderzenie w wiele rzeczy, w które wtedy wierzyłam, np. w aktywizm związany z kolektywnym działaniem, z jakąś formą feminizmu w instytucjach, z rytualnymi i rozwojowymi inicjatywami, które do tej pory robiłam z osobami identyfikującymi się jako kobiety. Po tej sytuacji ograniczyłam grupową pracę warsztatową. To nie jest tak, że nie chcę w nią inwestować, widzę po prostu, że można działać inaczej. Zaczęłam się interesować tym, jak pracować bez przemocy, z wyczuleniem na traumę i w sposób pozwalający stworzyć rodzaj bezpiecznego kontenera, czyli takiego, który opiera się na świadomej zgodzie – dobrowolnej, odwracalnej, świadomej i konkretnej.

Moje rozpoznanie po tym okresie brzmi tak, że praca sceniczna w sztuce czy teatrze nie zawsze jest bezpieczną przestrzenią. Ważne, by cały czas zastanawiać się, jak możemy być bardziej chronieni w grupowych procesach twórczych, ale i jak sami możemy bardziej zadbać o siebie.

AS: Wcześniej w Monsterze budowałaś opowieść o wspólnocie kobiet.

MZ: Tak, o wspólnocie kobiet, o doświadczeniu przeżywania swojej seksualności, swojej cielesności. I te wszystkie tematy stały się dla mnie podwójnie żywe. Dla mnie ta energia erotyczna, o której wspominam, to nie jest jakaś abstrakcja, która się zamyka w przestrzeni związanej z doświadczeniem seksu, ale wiąże się z podstawowym doświadczeniem istnienia – siłą witalną, mocą kreatywności w naszym życiu. A żyjemy w społeczeństwie, które jest totalnie stabuizowane!

Pracując nad Heksami, miałam poczucie, jakby część moich wartości została po prostu zdeptana. I nie chodzi o to, że jakaś jedna, konkretna osoba to zrobiła.

Pracując nad Heksami, które idąc za powieścią Agnieszki Szpili, dotykają tej kwestii i tematu kobiecego „czarownictwa”, miałam poczucie, jakby część moich wartości została po prostu zdeptana. I nie chodzi o to, że jakaś jedna, konkretna osoba to zrobiła. To był trudny i wymagający proces, w którym sama przecież również uczestniczyłam. Na tyle intensywny, że czasem ciężko było to dostrzec, będąc w środku.

AS: Powiem Ci szczerze, że wciąż nie wiem, co tam się wydarzyło. Są na pewno różne perspektywy, więc ja mogę Cię pytać tylko o Twoją, wchodząc w to na tyle, na ile sama chcesz powiedzieć.

MZ: To jest bardzo trudne do opisania i związane z przestrzenią, która była bardzo przemocowa w pewnym momencie – granice wielu osób zostały przekroczone. Monika popełniła w tej pracy nieakceptowalne błędy, to nie podlega dyskusji, ale to nie jest tylko o niej. To jest trochę jak we Władcy much – nagle rozkręca się niszczący mechanizm, który działa jak pasożyt. Zrozumiałam, że można wystawiać różne tematy na scenie, iść tam z wielką misją, ale dopóki się w sobie swoich problemów nie rozbroi, nie zajrzy się w najciemniejsze kąty swojej jaźni, to tam się nic dobrego nie wydarzy.

Nie wiem, czy ja tutaj chcę się tym wszystkim dzielić. Nie wierzę w podział na „oprawców” i „ofiary” w tym kontekście, tak jak nie przyjmuję pewnej wersji feminizmu, w której są ci „źli mężczyźni” i te „skrzywdzone kobiety”. Nie! Jako osoba mająca doświadczenie życia w kobiecym ciele chcę powiedzieć, że każdy z nas, bez względu na płeć, nosi w sobie jakiś aspekt oprawcy, tak samo jak mamy w sobie pokłady troski i zdolność do miłości i empatii. Momentem mojego osobistego rozpoznania były właśnie wytwarzane czasem w pracy nad Heksami pewne dynamiki i wyraźne opozycje, które mogą tworzyć rodzaj psychotycznej sytuacji i nakręcać coś bardzo niezdrowego. I tutaj pułapką jest tworzenie utopii, która łączy się z próbą ucieczki ze starego systemu, a staje się równie opresyjna.

Nie wierzę w podział na „oprawców” i „ofiary” w tym kontekście, tak jak nie przyjmuję pewnej wersji feminizmu, w której są ci „źli mężczyźni” i te „skrzywdzone kobiety”.

Ale jednocześnie powstał tam w mojej pracy z Aną Szopą jeden z najbardziej dla mnie wartościowych materiałów choreograficznych, jaki kiedykolwiek zrobiłam dla teatru. Powinien zostać kiedyś gdzieś pokazany, bo włożyłyśmy w niego dużo zaangażowania. Miałam wtedy taką gotowość na poświęcenie się dla sztuki. I to mi się po Heksach zmieniło. Poczułam, że po co ja mam pakować tyle energii w tego pasożyta teatralnego, skoro mogę dzielić się swoją energią w odmiennej pracy, na przykład wspierając innych w ich procesach twórczych, zasilając i wprowadzając zmiany na mikropoziomie.

AS: Tylko że w praca jeden na jeden to praca bardziej terapeutyczna czy kołczingowa, a w teatrze to już coś innego. Tam wszyscy pracujecie na jakiś efekt sceniczny, który chcecie pokazać światu, „sprzedać” publiczności.

MZ: No właśnie, tu jest różnica. Rozmawialiśmy też wtedy o rytualnej przestrzeni w teatrze i ja miałam w sobie jakiś rodzaj niezgody wobec tego. Kiedy zaczęłam pracować z tymi formami rytualnymi, zaczęłam też sama głębiej wchodzić w doświadczenia rytualne, zgłębiać to i mam poczucie, że to przynależy jednak do innego funkcjonowania. I ja właśnie przechodząc ten proces, uświadomiłam sobie, że nie wszystko jest do przełożenia na scenę. Z jakiegoś powodu procesy rytualne są procesami rytualnymi. To prawda, że teatr wywodzi się z rytuału. Przygotowując Zrób siebie, też rozmawialiśmy z archetypami i mityczność to jest coś, co mnie w teatrze nadal interesuje, ale nie jako narzędzie realnej zmiany. Zainwestowałam dużo energii w odkrywanie obszarów rozwojowych poza teatrem, gdzie miałam możliwość wchodzenia w naprawdę głębokie doświadczenia, przez co uświadomiłam sobie, że te „najlepsze spektakle” są gdzie indziej. I nie są dostępne dla wszystkich widzów. Są intymnym przeżyciem, które nas buduje wewnętrznie albo wspólnotowo, ale one są dla nas, a nie dla publiczności, która płaci za bilet do teatru.

Larva, performans Marty Ziółek / fot. Pat Mic / Teatr Komuna Warszawa

AS: Ale kiedy robiłaś solową Larvę w Komunie Warszawa w 2021 roku, sięgałaś właśnie po te rytualne jakości. Dotykałaś granicy, za którą z człowieka wychodzi jakaś ciemna moc, pierwotna energia, która może przynieść coś potwornie niszczącego.

MZ: Tam maska, która dla wielu osób jest o zasłanianiu się, dla mnie była o odsłanianiu. O portalu prowadzącym na drugą stronę, żeby zobaczyć, co tam jest schowane. Dla mnie to było bardzo szamańskie doświadczenie. Odbyło się jeszcze przed Heksami, ale jakoś się z nimi połączyło. Teraz takiej pracy już bym nie zrobiła. Jestem w zupełnie innym miejscu. Nie ma we mnie potrzeby silnej ekspozycji, interesuje mnie zgłębianie innych wymiarów cielesności. Być może bardziej subtelnej i wewnętrznej, ale też bardziej afirmatywnej pracy z ciałem i seksualnością.

Nie ma we mnie potrzeby silnej ekspozycji, interesuje mnie zgłębianie innych wymiarów cielesności. Być może bardziej subtelnej i wewnętrznej, ale też bardziej afirmatywnej pracy z ciałem i seksualnością.

AS: Może świat wokół nas jest tak trudny, że aby mieć wciąż poczucie jakiegoś sensu, trzeba za wszelką cenę szukać dobrych rzeczy, bo złych mamy pod dostatkiem.

MZ: Tak, dokładnie to, o czym mówisz. Trzeba szukać tego pozytywnego doświadczenia. Moja praca nad somatyczną seksualnością jest związana m.in. z przedefiniowaniem tego, czym w ogóle jest przyjemność. Żyjąc w kulturze późnego kapitalizm, przyjemność traktujemy hedonistycznie, a ona jest naszym podstawowym zasobem. Kiedy nasz układ nerwowy jest wyregulowany, jesteśmy w stanie więcej pomieścić, więcej przyjmować i mieć w ogóle szansę na lepsze bycie w świecie, bycie lepszymi dla innych ludzi. To jest więc o zmianie optyki. Zrezygnowałam z postawy misyjnej, jeśli chodzi o sztukę, bo nie mam już aż tak głębokiej wiary w to, że sztuka może zmienić świat albo że nas uratuje. Kiedyś tak mi się wydawało. Dziś mam poczucie, że to, co daje sztuka, jest ważne, może zmieniać nasz sposób percepcji, uwrażliwiać na coś, ale żeby to było aż tak transformacyjne – nie sądzę. Są inne procesy bardziej skuteczne pod tym względem. To jest związane z jakąś tożsamościową zmianą, która we mnie zaszła. Nie chcę być już w tym, w czym byłam latami. Ja przecież od dziecka byłam związana ściśle z przestrzenią teatralną, może już wystarczy.

AS: Wspomniałaś kiedyś, że trafiłaś do teatru jako 14-latka. Co to była za scena?

MZ: Offowy teatr działający w Starej Prochowni. Przyciągnęła mnie tam wspólnotowość i teatr jako przestrzeń przemiany, coś bardzo ważnego dla mnie. Teatr przyniósł mnóstwo wspaniałych doświadczeń i nie żałuję żadnych projektów, które robiłam. Jeżeli dziś pojawiłby się taki, który byłby dla mnie ciekawy, aktywujący mnie na poziomie kreatywnym, to też w niego wejdę. Ale to już nie jest priorytet. To nie znaczy, że odrzucam teatr i działania artystyczne. Myślę, że zawsze będę artystką – czy będę grać w teatrze, czy zajmować się czymś innym.

Rana, performans Marty Ziółek / fot. Kuba Celej / Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki

AS: Powoli, jak sama mówisz, wracasz do działań artystycznych. Co to sprawiło?

MZ: Nie mam teraz potrzeby zabiegania o pracę w sztuce. Zamiast pompować sobie ego, mogę przekierować tę uwagę na kogoś innego i zasilać czyjś proces, tworzyć przestrzeń, która będzie dla kogoś wspierająca. To było dla mnie wielką ulgą. Jakbym się wyzwoliła z uwierającej, sztucznej persony. I właśnie Persona to tytuł nowej pracy, którą robię teraz we Wrocławiu w ramach programu Nowe Spojrzenia w Instytucie Grotowskiego, organizowanego przez Agnieszkę Chodysz. Dostałam zaproszenie, żeby zrobić coś performatywnego wokół legendarnej polskiej artystki konceptualnej, prekursorki body artu i sztuki feministycznej oraz performerki – Ewy Partum, dziś mieszkającej w Berlinie. W latach 70. zderzała swoją nagość z ulicą, z zakłamaną wielopoziomowo rzeczywistością. Dla mnie performowanie jest o byciu i niebyciu sobą jednocześnie, jak to definiował Richard Schechner, amerykański reżyser i badacz współczesnego teatru – dlatego zainteresowało mnie tu zagadnienie persony, scenicznej postaci, którą wytwarza performerka. W rzymskim teatrze persona to była maska, dzięki której głos aktora mógł być słyszalny. Pomyślałam, że też mogę być takim medium powołanym, by jakaś część tej Partumowej herstorii wybrzmiała. Ja to mówiący podmiot kobiecy, który mówi o drugiej kobiecie, ale z innego miejsca, bo mam przecież inne doświadczenie niż ona. Może Ewie Partum w ogóle by się to nie podobało, ale to nie ma się jej podobać. Przepuszczam to po prostu przez siebie i jej narracja przechodzi przez moje ciało.

Jednocześnie mam poczucie, że przy tej pracy wróciłam do zainteresowań bardziej dyskursywnych, jak na moich pierwszych studiach, na warszawskim MISH-u. Znów siedziałam, przekopując się przez stosy książek, pisząc tekst i sprawdzając, jak mogę to aktywować performatywnie, tworząc rodzaj postaci – personę. Tak jak robiłam to kiedyś w Zrób siebie, gdzie też były postacie o konkretnych, znaczących imionach: High Speed, Beauty, Coco itd., które zawsze miały w sobie coś z osoby wychodzącej na scenę.

Wracam więc do mojej praktyki bazowej, do źródeł performansu. I o tym też wykładam na SWPS-ie w nowym programie zainicjowanym przez Krystynę Duniec. Uczę tam o tym, co to znaczy choreografować siebie. Ja po prostu bardzo lubię uczyć i tego przekazywania wiedzy jest dziś w moim życiu dużo.

MARTA ZIÓŁEK – choreografka, reżyserka, performerka, pedagożka, kołczyni. Absolwentka choreografii w SNDO w Amsterdamie. Autorka m.in. takich spektakli, jak Panie władzo, to są tylko tańce (razem z Anką Herbut), Monstera, Zrób siebie i Larva.

Anna Sańczuk

Dziennikarka, historyczka sztuki, autorka podcastów i programów poświęconych kulturze. Współpracuje z redakcjami „Vogue Polska”, „Newsweeka”, „Spotkań z zabytkami”, Programem 1 PR i „Halą odlotów” w TVP Kultura.