Zamknij buzię, Stasiu
Zamknij oczy Nel to dramatyczny przykład nadmiernej sympatii do pisanych przez siebie słów, stanowiącej jedną z form grafomanii. Dotkliwe i naprawdę ważne doświadczenie odchodzenia bliskiej osoby jest tu wykorzystane do grzebania we własnych wątpiach przez grupę osób w średnim wieku.
Przedstawienie Piotra Domalewskiego (tekst i reżyseria) Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy – epilog jest strasznie smutne. Nie dlatego, że dotyczy umierania bliskiej osoby, ale dlatego, że stanowi efekt nieuświadomionych, a wystawionych bez ogródek słabości: twórców, teatru, a co gorsza – pewnego znaczącego chyba środowiska i jego wyobrażeń o świecie i życiu.
Na poziomie zapowiedzi wszystko brzmiało bardzo atrakcyjnie: znany i ceniony reżyser filmowy, twórca Cichej nocy i Ministrantów, wchodzi do teatru z przedstawieniem o jednym z najdotkliwszych zjawisk współczesności: konfrontacji bardzo dorosłych dzieci z odchodzeniem ich bardzo starszych rodziców i koniecznością opieki nad nimi, co niekiedy trwa wiele lat. Pomysł wyjściowy też był frapujący: na skutek wylewu emerytowanej polonistce (Dorota Pomykała) wydaje się, że jest ośmioletnią bohaterką W pustyni i w puszczy. By nawiązać z nią jakikolwiek kontakt, trzeba zaakceptować jej wybór i traktować ją jako Nel. Sama to zresztą ułatwia, bo uznaje swoje dzieci za bohaterów powieści Sienkiewicza. Najstarszy syn Gustaw to Kali (Radosław Krzyżowski), córka Zofia – Mea (Katarzyna Krzanowska), a młodszy syn – zgodnie ze swoim imieniem – Staś (Filip Perkowski).
Gdy w spektaklu podążamy za tym pomysłem, dzieją się rzeczy przykuwające uwagę, budzące emocje, a i spełniające przedpremierowe zapowiedzi, że przedstawienie o trudnych doświadczeniach będzie jednocześnie ciepłe i zabawne. Jest tak głównie dlatego, że w roli Matki/Nel Dorota Pomykała stworzyła świetną kreację, mistrzowsko operując techniką ciała (zobaczcie choćby, jak jej bohaterka chodzi) oraz brzmieniami i intonacjami mowy. Gdy tylko pojawia się na scenie, natychmiast przedstawienie ożywa, ożywają też jej partnerzy (najbardziej korzysta Radosław Krzyżowski, który dzięki koleżance ma świetną scenę ze słoniem). Dla Doroty Pomykały warto przesiedzieć na widowni ponad trzy godziny, nawet jeśli na koniec rodzi się nieodparty smutek, że sceny z jej udziałem to może jedna trzecia tego poza tym irytująco nudnego wieczoru.
Bo Zamknij oczy Nel to niestety dramatyczny przykład nadmiernej sympatii do pisanych przez siebie słów, stanowiącej jedną z form grafomanii. Podstawowym symptomem tej bolesnej dolegliwości jest nieumiejętność zaprzestania wylewania z siebie zupełnie niepotrzebnych zdań lub skreślania tego, co się wylało, a nie ma większej wartości i sensu. Piotr Domalewski jako pisarz sceniczny niestety uległ tej chorobie. Trwające ponad trzy godziny przedstawienie powinno być co najmniej o połowę krótsze. Niestety nie znalazł się żaden życzliwy przyjaciel, który miałby odwagę, by przekonać autora i reżysera, że tak jak w filmie obowiązuje zasada show, don’t tell, tak w teatrze analogicznie: act, don’t talk. Postacie tego przedstawienia gadają niemal bez przerwy, a niestety nie tylko rzadko mają coś ciekawego do powiedzenia, ale to, czego nie mają, jeszcze dzielą na czworo. Taka scena: Stasia przy matce zmienia brat. Na wychodnym Staś mówi, że mama jest nakarmiona i przebrana. Gustaw natychmiast czepia się bezosobowych form tych czasowników i robi bratu amatorską analizę językowo-psychologiczną. Staś odpowiada małym filmoznawczym traktacikiem o scenach pozaekranowych. Efekt: kolejne dziesięć minut jałowego gadania.
Naprawdę zdziwiłem się, że wśród osób tworzących to przedstawienie był osobny dramaturg (Krzysztof Zygucki). Wydawało mi się, że podstawową umiejętnością, jaką powinna posiadać osoba zajmująca się dramaturgią, jest dar eliminacji tego, co niepotrzebne, i wydobywania z materiału tekstowego tego, co rzeczywiście ważne i sensowne. Tymczasem Zamknij oczy Nel cierpi nie tylko na przegadanie wątku głównego, ale został do niego doklejony jeszcze temat polskich ambicji kolonialnych, w postaci śnionych przez Stasia snów o posiedzeniach Ligi Morskiej i Kolonialnej. Sny rzeczywiście koszmarne, bo polegają na tym, że grupa skądinąd utalentowanych i doświadczonych aktorów jest zmuszona do odgrywania słabych a długaśnych kabaretowych skeczy o stereotypowych polskich nacjonalistach rodem z felietonów „Gazety Wyborczej”.
Wygląda to tak, jakby twórcy, przestraszeni tym, że samo wspominanie o W pustyni i w puszczy zostanie uznane w ich środowisku za niepoprawne politycznie, na wszelki wypadek dopisali sceny jasno informujące, że się dystansują. W efekcie jeszcze bardziej zagłuszyli i przygnietli główny wątek niepotrzebnym powtarzaniem zgranych do bólu stereotypów. Owszem, część publiczności rozgłośnie śmiejąca się z polskich kolonizatorów zapewne poczuła się lepiej, odcinając się w ten sposób od „upiorów przeszłości”, ale naprawdę nie warto niszczyć dobrego pomysłu na epilog W pustyni i w puszczy tylko po to, by poprawić samopoczucie liberalnej klasie istotnie średniej.
Gdyby jeszcze te wszystkie niepotrzebne sceny napisane były żywym i mającym odpowiednią energię językiem, może łatwiej byłoby tę logoreę znieść. Niestety sceniczna gadanina szeleści papierem, na jakim drukuje się powieści obyczajowe o miękkich i kolorowych okładkach. Każde zdanie wydaje się tu szukać sposobu, by stać się bon motem i w ten sposób uciec przed najwyraźniej przerażającą autora perspektywą posługiwania się codzienną żywą polszczyzną. Trudno się dziwić, że aktorzy mający do wypowiedzenia tę niekończącą się publicystykę i zmuszeni do nieustannego analizowania każdej sytuacji, w jakiej znalazły się ich postacie, nie bardzo mają co grać.

Dałoby się może jakoś z tym poradzić, gdyby poza Dorotą Pomykałą i kilkoma aktorami z grupy kolonizatorskiej były jeszcze na scenie osoby umiejące posługiwać się sztuką intonacji. Niestety – nikt z rodzeństwa nie wydaje się jej posiadać w stopniu wystarczającym, a że ich postacie są papierowe i płaskie, to grają je na jednym tonie przy pomocy chwytów z seriali telewizyjnych. W serialach jednak scena ze zdenerwowanym Stasiem lub zmęczoną życiem Zosią trwałaby minutę, po czym zostałaby przecięta innym wątkiem i wróciła po pięciu minutach na chwilę. Tu oglądamy wciąż tak samo zdenerwowanych Stasia, Zosię i Gustawa, zastanawiając się, czy naprawdę nie mają oni nic lepszego do roboty, niż nieustannie użalać się nad sobą.
To w tym spektaklu najsmutniejsze – że dotkliwe i naprawdę ważne doświadczenie odchodzenia bliskiej osoby jest wykorzystane do grzebania we własnych wątpiach przez grupę osób w średnim wieku, którym etyka troski i uważności pomyliła się z nieustannym zanudzaniem wszystkich opowieściami o tym, jacy są przeciętni i jak nieudane jest ich życie. Macie może takich znajomych? Pewnie tak. Każdy ma jakiegoś Stasia, który wciąż narzeka, że zmarnował sobie życie, bo kiedyś marzył o wielkich rzeczach, a jakoś mu nie wyszło. Albo jakąś Zosię, która zadręcza wszystkich lamentami, jak ciężko jest być pracującą matką, jak się poświęca i jak bardzo jej matka zatruła jej życie gadaniem o własnym poświęceniu. Opowiadają, bo wciąż czekają, że zaprzeczycie, a jeśli nawet nie – to docenicie, jak bardzo są dla siebie surowi i jak świadomi własnych ograniczeń. Z ręką na sercu: wytrzymujecie z nimi przez dłużej niż pół godziny? Podejrzewam, że nie. A w Starym Teatrze trzeba ich słuchać przez trzy.
A może to właśnie atak, krytyczna wiwisekcja pokolenia porażki? W pewnym momencie oświetlona odpowiednio skupionym reflektorem Matka/Nel mówi wprost swoim dorosłym dzieciom i całej ich generacji, jak są beznadziejni, jak męczący w nieustannym babraniu się w sobie i niemożności podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Ma rację. Ale nikt nie bierze na poważnie zwariowanej starej matki. Głos rozstrzygający należy do psychoterapeutki (Dorota Segda), która Stasia lubi i nawet przejmuje na chwilę rolę Nel, by przekazać biednemu przeciętniakowi odpowiednią dla niego „lekcję”: żeby nie bał się bać. Głowa w górę, wciągnąć brzuch – co tam śmierć, gdy mamy mądrości z telewizji śniadaniowej.
Można by było na to machnąć ręką. Uznać, że nie warto kruszyć kopii. Problem jednak polega na tym, że całe to egocentryczno-pseudoterapeutyczne gadanie dotyczy tematu naprawdę i osobiście ważnego dla wielu ludzi. Tematu wymagającego uważności i delikatności, a przede wszystkim troski o uczucia innych, a nie tylko o własne dobre samopoczucie. Znam sporo osób, dla których opieka nad umierającymi rodzicami była doświadczeniem jasnym i radosnym, bo wiązała się z miłością: dawaną i odbieraną. Zmienianie pampersów i mycie chorej matki lub ojca wcale nie było straszne. Grubą a bolesną dla nich nieprawdą jest więc wykrzykiwane przez Zosię „odkrycie”, że „nikt nie jest na to przygotowany”. Wszyscy są, o ile oczywiście potrafią kochać, a nie tylko gadać z terapeutką o swoim drżącym z lęku libido.
Na przedstawieniu, które oglądałem, było też całkiem spore grono osób w wieku Matki/Nel. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co czuły, słuchając, jakim strasznym, upierdliwym problemem są dla swoich dzieci, jaką to traumę im fundują i jak dobrze byłoby, gdyby upadając, od razu rozbili sobie głowę i umarli. Obok mnie siedział na widowni pan w mocno starszym wieku. Po przerwie nie wrócił. Wcale mu się nie dziwię.
Ale wszystko wskazuje na to, że i on, i ja jesteśmy w mniejszości. W trakcie premierowego przedstawienia spora część widowni radośnie się śmiała. Po ostatniej scenie rozległy się gromkie oklaski i odbyła rytualna owacja na stojąco. Publicity już jest rozgrzane do czerwoności. Zapewne wkrótce zostanie odtrąbiony sukces w mierzeniu się teatru z ważną kwestią społeczną.
Strasznie smutne…