Quo vadis, Tadeusz?
Bujną ma wyobraźnię Sławomir Narloch. Adaptując na scenę Pana Tadeusza, pokusił się o coś, co wydaje się nie do pomyślenia – przeniósł jego bohaterów do antyku. Pomysł jest karkołomny.
Gdy podburzona przez Gerwazego zubożała szlachta wpada do dworku w Soplicowie i nie znajduje okazji do bitki, biegnie do kuchni. „Potraw zapach świeży” studzi bojowy nastrój, a zajazd zmienia się w hulankę. Księgę VIII zamyka obraz pijaństwa i obżarstwa:
Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą, pieką,
Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie rzeką;
Chce szlachta noc tę przepić, przejeść i prześpiewać. –
Lecz powoli zaczęli drzemać i poziewać,
Oko gaśnie za okiem, i cała gromada
Kiwa głowami, każdy, gdzie siedział, tam pada:
Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci.
Tak zwyciężców zwyciężył w końcu sen, brat śmierci.
Nie przywołuję tego fragmentu dlatego, że jest zainscenizowany w olsztyńskim przedstawieniu – scenę ucztowania podbito przaśnymi dźwiękami disco polo, mieszając „przebój” Przez twe oczy zielone ze stadionową przyśpiewką Nic się nie stało i pieśnią Boże, coś Polskę. Zastanawiam się, o czym mogli śnić podpici Brzytwa, Konewka i pozostali z Zaścianka Dobrzyńskich. Czy mogli mieć sen, w którym przenieśliby się w czasie i obudzili się, dajmy na to, w starożytnej Grecji? Czy mogłoby im się przyśnić, że mają na sobie nie kapoty czy kontusze, tylko antyczne stroje i że jedynie języka, który włożył w ich usta Mickiewicz, nie zapomnęli? Chyba nie, to byłoby ponad ich miarę. Zaledwie paru bohaterów Pana Tadeusza miało nieco szersze horyzonty.
Bujną wyobraźnię ma za to Sławomir Narloch. Olsztynianie mieli już zresztą okazję się o tym przekonać – w listopadzie 2023 roku premierę miało jego Wesele, które nadal pozostaje w repertuarze Teatru im. Jaracza. To reżyser, który chce i wzruszać, i bawić, wyczarowując na scenie zdarzenia i obrazy poza nią niemożliwe. Adaptując na scenę Pana Tadeusza, także pokusił się o coś, co wydaje się nie do pomyślenia – przeniósł jego bohaterów do antyku. Zdumiewająco bezceremonialnie, wprost, bez żadnych wyjaśnień. Nie skorzystał z jakiejkolwiek ramy, na której ta koncepcja mogłaby się trzymać, na przykład aranżując sytuację próby w antycznym teatrze. Nie, wyciągnął bohaterów „historii szlacheckiej z r. 1811 i 1812” i przerzucił ich kilkanaście wieków wstecz. W związku z tym Maks Mac zaprojektował kostiumy odpowiadające wyobrażeniom o ówczesnej modzie (sandały, tuniki, himationy), a jako główny element scenografii zaproponował amfiteatralną widownię. Ustawił ją na obrotówce, a zewnętrzną ścianę pokrył wizerunkami ze starożytnych waz. Skoro antyk, musi być i chór (Alicja Kochańska, Katarzyna Kropidłowska, Zuzanna Wicka), niemniej przewodnikiem po mickiewiczowskim poemacie w tych niespodziewanych okolicznościach jest Bocian, który uwił sobie gniazdo w ostatnim, najwyższym rzędzie amfiteatru.
Przedstawienie toczy się żywo i choć nastrój po przerwie poważnieje, dwie i pół godziny mija szybko. Zdominowany przez mężczyzn świat Pana Tadeusza sprzyja rolom męskim. Uśmiech budzi każde wejście Marcina Tyrlika jako Hrabiego-pięknoducha, wożonego na szezlongu przez dwóch adonisów. Jest w nim wiele delikatności i miękkości, przy czym nie ma to w sobie nic z parodii. Zupełnie inny jest Marcin Kiszluk. Jego Sędzia to człowiek konkretny i stanowczy, któremu jednak od lawirowania między pomysłami Telimeny (Ewa Pałuska-Szozda) i księdza Robaka potrafią puścić nerwy. Najwięcej energii oddaje spektaklowi Wojciech Rydzio jako wspomniany Bocian. Od bieli i czerni piór jego kostiumu odcina się czerwień długich kozaków oraz drewnianych klepek, które trzyma w dłoni, klekocząc nimi raz po raz. Jest jednocześnie i ptakiem (w ciele), i poetą-narratorem (w słowie), i te odmienne zadania łączy w spójną całość. Ponadto umiejętnie wykorzystuje okazję do przełamania roli, kiedy w jednej z pierwszych scen po przerwie na parę minut zmienia kozaki na czarne oficerki i wciela się w sarkastycznego majora Płuta – w zupełnie innej tonacji nadal brzmi czysto i pewnie. Podobnie pewnie czuje się na scenie Maciej Cymorek, który w odróżnieniu od pozostałych sięga po zdecydowanie mocniejsze środki. W jego księdzu Robaku od początku jest wielkie napięcie, coś na skraju obłędu – jakby prześladujące go przez lata wyrzuty sumienia nie mogły znaleźć ujścia. Szczególnie w spowiedzi Jacka Soplicy spina się i nienaturalnie wykrzywia na krześle, z którego lekko się osuwa, wypowiadając słynny fragment. To scena mocna, świadomie wyróżniona – poprzedzają ją dźwięki strojącej się orkiestry, zwiastującej aktorski koncert – ale jakby wyjęta z innego przedstawienia.
Narloch-reżyser po raz kolejny pewnie poprowadził aktorów. Analizą działań Narlocha-adaptatora i chociażby konsekwencjami przesunięcia do finału fragmentu o komecie zajmą się, mam nadzieję, inni. Największe ryzyko podjął Narloch-inscenizator. W zamieszczonej w programie rozmowie mówi: „Antyk pozwala nam wysłać widza maksymalnie daleko od polskich kontekstów, aby tam, na neutralnym gruncie, u źródła teatru, niejako w ruinach, wstawić tę opowieść i dobrać się do jej rdzenia”. To zdanie nie daje mi spokoju. Antyczny teatr to grunt neutralny?! Na Jowisza, toż to jak przejść z deszczu polskości pod przeogromną rynnę odniesień z zupełnie innego porządku…

Pomysł jest karkołomny. Gdybym miał próbować odczytać go życzliwie, to – biorąc pod uwagę, że 1) na plakacie flagę Unii Europejskiej połączono z bocianim dziobem, 2) po rozpoczynającej Inwokację „Litwie” Bocian wymienia nazwy kolejnych europejskich krajów, 3) w wykonywanym na saksofonie polonezie po kilku pierwszych dźwiękach melodia Wojciecha Kilara zostaje porzucona i w jej miejsce rozbrzmiewa wariacja na temat Ody do radości, hymnu UE – spróbowałbym spojrzeć na Pana Tadeusza jako na koronny dowód na to, że kultura polska jest częścią większej całości, kultury europejskiej, której jednym ze źródeł jest kultura antyczna. Sęk w tym, że reżyser nie poprzestał na jednej transpozycji – anachronizmów jest więcej i do antyku w dziwny sposób wdziera się współczesność.
Weźmy muzykę. Zwykle pełni ważną funkcję w jego teatrze – kiedy tylko może sobie na to pozwolić, chce, żeby była wykonywana na żywo. Tylko że tym razem kompozycje Jakuba Gawlika, stałego współpracownika reżysera, właściwie nie osadzają mocniej spektaklu w antycznych okolicznościach. Poza otwierającą drugą część pieśnią i wspomnianymi stylizacjami (disco polo i polonez) umiejscowiony w kanale niewielki zespół pełni funkcję rozrywkową – gra rytmiczne, chwilami wręcz funkowe numery rodem z jakiegoś musicalu. Jakby reżyser z kompozytorem wymazali z pamięci niedawną pracę nad Chłopkami w Teatrze Współczesnym, gdzie rzewna, stylizowana kiedy trzeba na ludową muzyka stanowi fundament wielu scen.
Albo wróćmy jeszcze raz do zajazdu. Nim na scenie zapanuje motłoch, Gerwazy (Paweł Parczewski) przekonuje Dobrzyńskich do swoich racji. Rębajło jest tu pokazany jako polityczny lider – przedstawiciel sił ewidentnie niepokojących reżysera, zwiastun formacji, która być może zaraz będzie u władzy. W roli mieszkańców Zaścianka występuje gromada ogrodowych krasnali, której Klucznik wręcza… czerwone czapki z daszkiem z napisem „Make Soplicowo Great Again”. MAGA, antyk, Trump, krasnale, a w tym wszystkim nadal bardzo dużo poezji Mickiewicza…
Pan Tadeusz w Teatrze im. Jaracza chce być i teatrem antycznym, i musicalem, i o Polsce, i o Europie, i dowcipny, i budzący obywatelskie sumienia… Nie wiem, komu albo czemu zapragnął rzucić wyzwanie Sławomir Narloch, ale tak się po prostu nie da. W tym zaplątaniu na poziomie pomysłu pozostał wątek pewnie dla niego najłatwiejszy do przeprowadzenia przez scenę, czyli opowieść o miłości Tadeusza (Mikołaj Trynda) do Zosi. Może to i dobrze – będzie do czego wrócić.