A po nocy przychodzi dzień…

A po nocy przychodzi dzień…
Europa, reż. Krzysztof Warlikowski / fot. Magda Hueckel / Nowy Teatr w Warszawie
Wajdi Mouawad i Krzysztof Warlikowski uwierzyli, że znaleźli lekarstwo na traumę. To słowa, opowieści, narracje. Brzmi naiwnie? No właśnie.

We wrześniu 2025 roku Wajdi Mouawad towarzyszył prezydentowi Emmanuelowi Macronowi, gdy ten w nowojorskiej siedzibie ONZ ogłaszał, że Francja zamierza – w reakcji na działania Izraela w Strefie Gazy – uznać państwowość Palestyny. Opisując zdarzenie na łamach „Le Monde”, artysta przywołał inną sytuację – wspomnienie z wcześniejszej o kilka lat wizyty na Grenlandii. Trafił tam pod koniec listopada, tuż przed nocą polarną. Nazajutrz słońce miało zniknąć z nieba na kolejne sześć miesięcy. Lokalna społeczność szykowała się do świętowania tego faktu. Mouawad dziwił się: „A dzieci? Mam na myśli maluchy, za miesiąc nie będą już pamiętać słońca”. „Nie, ale my tu będziemy, żeby im o tym opowiedzieć – usłyszał w odpowiedzi. – To, że słońce zachodzi, nie oznacza, że umarło. […] Trzeba opowiadać dzieciom o słońcu, aby kiedy znów je zobaczą, mogły je rozpoznać. To jest najważniejsze. Dlatego właśnie trzeba opowiadać”.

Krzysztof Warlikowski przywołuje ten fragment na samym początku swojego nowego spektaklu – zrealizowanej na podstawie dramatu Mouawada Europy. Na umieszczonym w głębi sceny ekranie widzimy efektowną blondynkę (Magdalena Cielecka). Za chwilę przekonamy się, że to jedna z bohaterek, Assia Fadiagha, trochę prawniczka, trochę dyplomatka, ktoś w rodzaju Amal Clooney. Jeździ po świecie i zbiera świadectwa masowych mordów. Jest nieco obcesowa, widzimy, jak siedzi z nogami na stole i prezentuje imponujące szpilki (ważny temat całego przedstawienia). Sytuacja jest przerysowana, mimo to mamy chyba tę opowieść traktować serio: po nocy przychodzi dzień, powinniśmy o tym pamiętać i wierzyć, że zawsze pozostaje nadzieja, nawet w najgłębszej ciemności czy najstraszniejszym cierpieniu.

Banał? Może trochę. Ale w sumie wzruszający. U Mouawada wschód Słońca daje nadzieję na pokój w Palestynie. A u Warlikowskiego?

W wywiadach towarzyszących premierze Europy reżyser deklaruje: „Pytanie, które stawia ten tekst, to: czy klątwa, której współczesnym odpowiednikiem jest trauma, przekazywana z pokolenia na pokolenia, w ogóle kiedyś wygasa, czy ten łańcuch raz zaczęty trwa zawsze? Co mogłoby przerwać, zneutralizować klątwę?”. Stawka jest więc znaczna: Warlikowski sprawdza tu myśl, która dotąd wydawała mu się raczej obca. O traumatycznym dziedzictwie mówił wcześniej wielokrotnie, zwykle jednak sugerował, że doświadczenie traumy jest w zasadzie nieusuwalne, niewymazywalne. Że zobowiązaniem tych, którzy traumę poznali, jest bardziej jej pielęgnowanie niż przepracowywanie. Tak to działało choćby w legendarnej (A)pollonii (2009): Grzegorz Niziołek w Polskim teatrze Zagłady pisał o finałowej scenie tamtego spektaklu (przesłuchania przed izraelskim sądem w procesie o pośmiertne przyznanie Apolonii Machczyńskiej medalu Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, z sędzią, Andrzejem Chyrą, upozowanym na filmowego Jokera), że obnażała fałsz dyskursu „przepracowania” i „winy”. Więcej optymizmu było w Odysei. Historii dla Hollywoodu (2021) z niezwykle witalną bohaterką (Ewa Dałkowska), która skonfrontowana z realiami Holocaustu po prostu odmawiała zaakceptowania roli ofiary. Ale nawet tam w finale wracała opowieść o dybuku, a zatem figura koniecznego powiązania ze zmarłymi.

Uruchamiając w nowym przedstawieniu pytania o warunki opuszczenia pola rażenia traumy, Warlikowski – jak się wydaje – podejmuje próbę przewartościowania własnego dorobku. Powrotu do starych tematów, ale z nową intencją. To śmiały pomysł, zwłaszcza w aktualnych realiach, gdy tuż obok nas toczy się brutalna wojna, a wraz z nią coraz mocniej dociera do nas martyrologia nowej traumy. O wojnie w Ukrainie mówi się w polskim teatrze coraz częściej, czynią to także epigoni Warlikowskiego, zwykle w duchu jego starszych spektakli (np. Maja Kleczewska w niedawnej Sublokatorce). Tymczasem sam Warlikowski najwyraźniej jest już gdzie indziej.

Problem w tym, że Europa mimo intrygującego punktu wyjścia jest przedstawieniem – aż boję się to napisać – zwyczajnie nieporadnym. W całej wieloletniej karierze reżysera zdarza się to bodaj po raz pierwszy. Widzieliśmy już lepsze i gorsze realizacje artysty (dobrze zapamiętaliśmy te wybitne), bardziej i mniej zajmujące. Niektóre z nich mocno sprawdzały naszą cierpliwość. Ale żadne nie budziło podejrzeń, że Warlikowski zatracił reżyserskie kompetencje. A z tym mamy tutaj do czynienia: z dziełem, które długimi fragmentami testuje granice dobrego smaku.

Europa, reż. Krzysztof Warlikowski / fot. Magda Hueckel / Nowy Teatr w Warszawie

Na pewno nie pomaga tekst Mouawada. To duża postać europejskiego teatru, z sukcesami na wielkich festiwalach, dyrekcją ważnej sceny w Paryżu i ciekawymi kolaboracjami filmowymi (m.in. z Denisem Villeneuve’em) na koncie. Warlikowski z Mouawadem znają się od dawna, współpracowali m.in. przy Tramwaju, Opowieściach afrykańskich według Szekspira czy Wyjeżdżamy. Wyglądało to więc na bezpieczny wybór. Ale Europa (w oryginale: Przysięga Europy) mocno pachnie papierem. Fabuła wygląda z grubsza tak: wspomniana dyplomatka Assia przyjeżdża do ponad 80-letniej Europy, by wydobyć z niej wspomnienia na temat masakry, jaka 75 lat wcześniej dokonała się na oczach kobiety w fikcyjnym Hafeztanie. Europa stawia warunek: złoży zeznania, jeśli Assia znajdzie jej trzy córki. Wszystkie – nieświadome swego faktycznego pochodzenia – zostają odnalezione i z niewiadomych powodów godzą się na spotkanie, podczas którego Europa ogłasza: „Jestem waszą matką”. Porzuciła je przed wielu laty, by samą siebie ukarać za współudział w rasistowskim mordzie osiemnaściorga dzieci. Opowieść Europy o masakrze w Hafeztanie to emocjonalny climax całości. Z wszystkich córek tylko jedna, Wediaa (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), wydaje się jakkolwiek istotna w historii: jej syn Zachariasz (Bartosz Gelner) okazuje się mordercą-kanibalem. Jak się nam podpowiada, morduje, ponieważ został zainfekowany przemocą przez Europę.

Upraszczając: Europa odkrywa przed Azją swoją przemocową przeszłość, odkupieniem zaś ma być wyznanie zbrodni dokonane przez Zachariasza. Ratunkiem przed ciemnością – tak jak w przypadku grenlandzkich dzieci – jest język, narracja (Zachariasz: „Jeśli mówienie to otrząśnięcie się z horroru, jeśli opowiedzenie historii to powrót do języka, jeśli narody eksterminujące inne narody odnajdą w sobie siłę, by uznać swoją winę, to znaczy, że mogę odzyskać człowieczeństwo”). Można przypuszczać, że mamy do czynienia z zakodowaną opowieścią o masakrze w Sabrze i Szatili (w 1982 roku przy milczącej zgodzie wojsk izraelskich chrześcijańskie bojówki zamordowały w obozach pod Bejrutem kilka tysięcy palestyńskich uchodźców), w tekście mówi się wszak, że Hafeztan – tak jak Liban – znajduje się dokładnie między Europą a Azją. Mouawad wychował się w Libanie, tematyzuje to doświadczenie w swojej twórczości bardzo konsekwentnie, nierzadko mierząc się z wynikającymi z tego problemami (w zeszłym roku musiał odwołać premierę spektaklu w Bejrucie, gdy został przez społeczność arabską oskarżony o popieranie „normalizacji” stosunków z Izraelem).

Warlikowski uwierzył być może, że wystawiając Europę, zdoła powiedzieć coś o realiach eksterminacji w Gazie. Sam taki zamysł trzeba by brać za dowód odwagi, zwłaszcza w przypadku twórcy tak mocno eksplorującego wcześniej pamięć postholocaustową. Tyle że decydując się na tekst Mouawada, reżyser wpadł w kilka pułapek. Przede wszystkim idąc za autorem, zamknął narrację w formie dość bezpiecznej metafory. Całość przeobraziła się w efekcie w przypowieść: nic tu nie jest naprawdę, nawet szczegóły masakry niespecjalnie przejmują. To zresztą już kolejne w ostatnim czasie przedstawienie w Nowym operujące podobnymi strategiami oswajania potencjalnie niebezpiecznych czy kontrowersyjnych treści przez ich „uniwersalizowanie” w postaci baśni (po zeszłorocznym Nagle, ostatniego lata w reżyserii Michała Borczucha; co ciekawe, w obu spektaklach pojawia się motyw kanibalizmu). Poza tym rozpoznanie wpisane w Europę trudno uznać za odkrywcze. Tak, wiemy, że Europa bywała przemocowa. Tak, wiemy, że konsekwencje tej przemocy dotknęły nie tylko bezpośrednie ofiary, ale również samych Europejczyków. Milo Rau zrobił o tym sporo przedstawień, w dodatku niczego nie kodując, tylko waląc prosto z mostu, odsłaniając przemoc nie zmetaforyzowaną, ale bardzo realną, udokumentowaną. Warlikowski na tym tle sprawia wrażenie kogoś przesadnie ważącego słowa.

No i trudno uwierzyć w przekonanie Mouawada, że z traumy może nas uleczyć opowieść. Opowieści płynące ze sceny w Nowym Teatrze układają się – jak to się już zdarzało wielokrotnie – w zgrabny wieczór w sam raz dla kulturalnego towarzystwa. Aktorzy grają świetnie i z poświęceniem (choć może byłoby lepiej, gdyby stara Europa była naprawdę dojrzałą kobietą, powiedzmy – Mają Komorowską, a nie wyraźnie męczącym się w tej roli Andrzejem Chyrą), scenografia jak zwykle okazuje się gustowna i efektowna, a muzyka piękna. Ale czy jest szansa, byśmy w tych okolicznościach odkryli własny współudział w zbrodni? Naprawdę nie jestem pewien. I warto może jeszcze dostrzec, że zjedzonej przez Zachariasza dziewczynie głos nie zostaje udzielony. Ona prawa do własnej opowieści nie ma i raczej już mieć nie będzie.

Nowy Teatr w Warszawie, Europa wg Przysięgi Europy Wajdiego Mouawada, reżyseria Krzysztof Warlikowski, scenografia i kostiumy Małgorzata Szczęśniak, reżyseria świateł Felice Ross, muzyka Paweł Mykietyn, choreografia Claude Bardouil, wideo Kamil Polak, premiera 7 stycznia 2026.

Tomasz Plata

Doktor habilitowany, profesor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Kurator, autor książek, m.in. Pośmiertne życie romantyzmu (2017), Czułość nas rozszarpie (2024). Jako redaktor pracował m.in. w „Machinie”, „City Magazine”, „Filmie”, „Newsweeku”, „Art & Business”. Od stycznia 2025 roku redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”.