Gnijąca Panna Młoda
Trudno uwierzyć, że w chwilach odnowienia rozbitej zbiorowości możliwe jest coś innego niż prześmiewczy kabaret i wyższościowa imprezka, dające chwilę oddechu i rozrywki. Teatr, który kiedyś wydawał się tworzyć i wspierać realną zmianę – ma (i słusznie) poczucie klęski.
Znacie? To posłuchajcie. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, w zasypanym królestwie urodził się teatr krytyczny. Porzuconą sierotkę wychuchali i odkarmili herszt Paweł i czarownica Monika, a gdy podrosła, ruszyli z nią na Polskę. Sławne to były boje o Andrzeja i Jakuba, oj, sławne. Aż po pierwszej Bitwie warszawskiej wszystko zaczęło cichnąć, a po drugiej, tej bez italików, tylko żałoba, depresja i żenada wzajemnych oskarżeń.
My w Polsce wiemy jednak aż za dobrze – umarli nie odchodzą na zawsze. Wielkie święto Dziadów trwa. Wciąż działają budziciele duchów, guślarze i nekromanci. Wciąż przychodzą Zosie, Złe Pany i Gustawy. Więc i widmo teatru krytycznego nawiedza polskie sceny. Śmieszy, tumani, przestrasza. Właśnie wywołali je w swoim Polish Horror Story Jarosław Murawski (tekst) i Marcin Liber (reżyseria).
Premiera, którą 12 września Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie rozpoczął sezon pod hasłem „Naród się zgubił”, to powtórka tak wielokrotna i wielowarstwowa, że obejmuje też zapowiadaną przyszłość, odwołując się wprost do najbardziej oczekiwanej premiery najbliższych miesięcy – planowanego na luty Wyzwolenia w reżyserii Mai Kleczewskiej. Stałe punkty scenariusza Murawskiego stanowią cytaty z Wyspiańskiego wplecione w zaskakujące miejsca i włożone w usta postaciom, których nigdy by się o ich użycie nie podejrzewało. W tym zaplątanym remiksie dramaturgiczno-teatralno-skojarzeniowym Wyspiański podaje jeden z niewielu tematów serio. Brzmi trochę jak prawdziwy demon pojawiający się niespodziewanie na prześmiewczych seansach spirytystycznych organizowanych przez młodocianych bohaterów horrorów klasy B. Ale jest też jakimś dalekim echem przeszłości, którą się przywołuje, ale której ciężaru już nikt przyjąć nie chce. Gdy Rafał Dziwisz jako duch Wacława (Krzeptowskiego w domyśle) niespodziewanie i naprawdę przejmująco mówi słynny monolog „Chcę, aby w letni dzień…”, publiczność wybucha śmiechem. Tyle zostało ze słów, które kiedyś budziły dreszcze.
Poza Wyzwoleniem Murawski i Liber użyli w swoim remiksie całej kolekcji tematów i skreczy pościąganych z różnych miejsc. Sytuacyjną ramę przedstawienia tworzą działania Wolfa (Antoni Milancej) i Arniego (Wojciech Dolatowski) – dwóch technologicznych guślarzy odwiedzających ze specjalna machiną polskie cmentarze, by – jak Ghostbusters – odnaleźć miejsca skupienia energii zmarłych. Nie mają jednak zamiaru likwidować duchów. Wprost przeciwnie: chcą je wywołać i nagrać, by dzięki filmom publikowanym na ich kanale zwiększać jego zasięgi. Groteskowe polskie upiory budzone przez nich, a pojawiające się w jawnie teatralnych i stereotypowych strojach (kostiumy i scenografia Mirek Kaczmarek) przywołują i dawne Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł, i głośne Liberowskie Ale z naszymi umarłymi, i mnóstwo innych przedstawień i tekstów aż po sam Mickiewiczowski arcydramat.
Poza zjawami w obejmującej całość Dziadowskiej ramie pojawiają się i inne, tylko częściowo cmentarne wątki. Pierwszy to temat Muzy (Karolina Kazoń), która wchodzi na scenę ze słowami z Wyzwolenia, ale jest celebrytką wykorzystującą goniące za sensacjami głupie media, reprezentowane przez trójkę dziennikarzy o anachronicznie peerelowskim wyglądzie (Rafał Dziwisz, Marta Waldera, Dominik Stroka). Cyniczni i skorumpowani, pamiętają oni jednak dawne czasy, gdy dzienniki publikowały poezję, a debaty publiczne były na serio (za tym serio tęskni zwłaszcza grany przez Strokę „Narąbany Ideałami Dziennikarz Prosto z Wesela”).
Temat drugi to metateatralny wątek reżysera, Gustava (Daniel Malchar) i jego upiornej rodziny – trochę z Addamsów, trochę z Tanga. Z tych pierwszych jest demonicznie transgenderowa siostra Gustava, Doris (szczególnie znakomity w tym wcieleniu Wojciech Dolatowski). Z tych drugich Matka (Marta Waldera), która wyklina syna, bo nie robi przedstawień agresywnych i prowokacyjnych, ale tradycyjne i zgodne z tekstem.
Te trzy główne wątki łączą się dość przypadkowo: medialni władcy chcą wykorzystać popularność kanału Wolfa i Arniego, więc proponują im ich własny program telewizyjny; Gustav jest kolegą Wolfa i bierze czasem udział w cmentarnych eskapadach. Połączenia to słabe, ale ta plątanina poszarpanych wątków fabularnych i tak raczej nie ma się w coś układać. „Główne” wątki to – jak w remiksie – nieco dłuższe fragmenty dobrze znanych kawałków, przypominane, żeby pobudzić uwagę, wytworzyć punkty orientacyjne i nie pozwolić całości się rozpaść. Obok nich jest w przedstawieniu cała masa mentalnych skreczy przywołujących na moment kulturowe, teatralne i muzyczne skojarzenia, tworzące kłębiący się hałas dźwięków.

No i jest górująca nad wszystkim druga rama kompozycyjna: rama postpunkowego koncertu granego na żywo przez zespół Nagrobki. Zasadniczo całe to Polish Horror Story opowiedzieć można jako serię wideoklipów do concept albumu grupy albo wyjątkowy koncert, w którym postanowiono wykonać na żywo sceny z tych wideoklipów, obdarzając je na dodatek odpowiednimi komentarzami. W końcu ani rama „Dziadowska”, ani plecionka fabuł, ani remiks nie określają i nie ogarniają tego preapokaliptycznego chaosu tak, jak robi to powtarzalny układ: piosenka – scenka – piosenka – scenka. Szybki – wolny – szybki. Trochę śmichu, trochę wkurwu i przerywnik nostalgiczny. Piosenki są typowo Nagrobkowe: pozbawiony nadziei, energii i gniewu znudzony światem i sobą post- i pop-punk, chętnie podchwytywany przez rozbawioną premierową publiczność. Cała sala śpiewa z nami – do grobu z głupimi buntami.
Dwa lata temu ta sama niemal ekipa na tej samej scenie w Małopolskim Ośrodku Sztuki przygotowała przedstawienie Lepper. Będziemy wisieć albo siedzieć. Widziałem je już po wyborach 15 października i odebrałem (a nawet opisałem) jako rodzaj powyborczej diagnozy i ostrzeżenia „przeciwko własnym uniesieniom”, a także jako polemikę z wielkim a hurraoptymistycznym hitem „Słowaka”, musicalem 1989. Jako diagnoza stanu zbiorowości Polish Horror Story to sequel spektaklu o Andrzeju Lepperze. Niestety trafna: poplątanie, bezsilność, brak czegokolwiek, co można by choćby spróbować przedstawić jako plan działania, nostalgia za przeszłością, a przede wszystkim frustracja i zmęczenie tak przenikające i nieustanne, że stają się naszą codziennością. W kilku najlepszych fragmentach przedstawienia (m.in. dwa monologi Dolatowskiego – jako Arniego i jako Doris) te rozpoznania są wypowiedziane wprost i bardzo serio. Bardzo serio jest też prośba Dziennikarza z Wesela, by już przestać wszystko wyśmiewać i potraktować w końcu poważnie to, co ma prawdziwą wartość. Kto wie – może za dwa lata coś takiego się stanie? Kto wie – może coś takiego się stanie już w tym sezonie i tak jak Lepper był reakcją na już grane 1989, Polish Horror Story będzie zapowiedzią Wyzwolenia?
Możliwe. Jak to mówią – wszystko jest możliwe. Ale jakoś w to nie wierzę. Ciężkie chmury zniechęcenia zawisły nad połową mieszkańców Polski, do której należy zdecydowana większość osób chodzących regularnie do teatru. Trudno więc uwierzyć, że w chwilach odnowienia tej rozbitej zbiorowości możliwe jest coś innego niż prześmiewczy kabaret i wyższościowa imprezka, dające chwilę oddechu i rozrywki. Tu właśnie jesteśmy – teatr, który kiedyś wydawał się tworzyć i wspierać realną zmianę – ma (i słusznie) poczucie klęski. Jego dawna siła napędzana składowymi projektu mentalnej i kulturowej modernizacji zakończyła się porażką, bo mimo różnych heroicznych wysiłków i krwawych bojów nie wpłynęła na liczące się grupy społeczne. Te wybrały kierunek wprost przeciwny – ku restauracji przeszłości. Skoro tak, to machnijmy na nie ręką i zajmijmy się swoimi sprawami, od czasu do czasu dla poprawy nastroju organizując sobie lecznicze przerywniki od już dawno oswojonej depresji. Nic tak nie poprawia nastroju jak wzmocnienie poczucia własnej wyższej odmienności.
Kiedy Stanisław Wyspiański zorientował się, że Wesele, stworzone, by własnemu środowisku „dać w pysk”, zostało przez to środowisko zamienione w masochistyczny rytuał rozkosznej bezsilności, napisał Wyzwolenie. Choć w Polish Horror Story cytuje się ten drugi dramat, to jesteśmy nadal w teatrze pierwszego. „Okropne rzeczy się dzieją”. „Ale znać z asana mowy, że jest – tak – przeciętnie zdrowy”.