Jak długo już tu jesteśmy?
Twórcy wykorzystują Moliera, serial Biały Lotos oraz szereg innych odniesień kulturowych, by opowiedzieć o społecznym rozpadzie, schyłku cywilizacji i katastroficznej wizji ludzkości.
Najnowsza premiera Teatru Nowego w Poznaniu – Hotel Molier w reżyserii Oskara Sadowskiego – powstała, jak podają udostępniane przez teatr materiały prasowe, „dzięki dotacji celowej przyznanej przez Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego na realizację zadania Przygotowanie premiery Moliera”. Choć przedstawienie czerpie z motywów Chorego z urojenia, trudno mówić o inscenizacji sztuki francuskiego klasyka. To współczesna, igrająca z czasoprzestrzenią opowieść utkana z licznych wątków i popkulturowych skojarzeń – a jej punkt wyjścia przywodzi na myśl kolejny sezon serialu Biały Lotos.
W ekskluzywnym hotelu na rajskim odludziu spotyka się grupa nieznajomych: słynna śpiewaczka operowa, która przestała mówić (Gabriela Frycz), rosyjska rodzina bogaczy – Anastazja (Antonina Choroszy), Nikola (Malina Goehs) i Wiktor (Sebastian Grek) Bałabanowie, para z wyraźnym kryzysem w związku (Martyna Zaremba-Maćkowska i Tomasz Mycan), małżeństwo dojrzałych gejów (Janusz Grenda i Paweł Hadyński), tajemnicza Krystyna Hayel (Maria Rybarczyk), starszy pan Tama Gochi (Wiesław Zanowicz), znany aktor (Michał Kocurek) oraz obsługa kurortu: pozornie wycofana pielęgniarka Alma (Maria Bruni), diaboliczna menedżerka (Edyta Łukaszewska), masażysta (Waldemar Szczepaniak), kelnerzy (Ildefons Stachowiak i Sylwester Piechura), towel boy (Mateusz Wróblewicz) oraz pokojówka świadcząca także zagadkowe usługi sennego rytuału (Olga Lisiecka). Zgodnie z konwencją thrillera – potraktowaną jednak z przymrużeniem oka – zdarzenia rozgrywające się między obcymi, zamkniętymi na miesiąc w odizolowanym od świata miejscu stopniowo odsłaniają tajemnice i napięcia, a relacje między postaciami ulegają coraz ciekawszym przedefiniowaniom.
Pierwsza część spektaklu jest intrygująca. Akcja rozwija się niespiesznie, pozornie niewiele się dzieje, lecz symultanicznie rozgrywane epizody – w przestrzeniach imitujących hotelowy basen, gabinet masażysty, pokój zabiegowy czy sypialnię (scenografia Natalia Mleczak) – pozwalają stopniowo poznawać bohaterów. Trudna do jednoznacznego opisania, lecz wyraźnie wyczuwalna atmosfera nadciągającej katastrofy skutecznie podtrzymuje napięcie. Dramaturgię wzmacniają konsekwentnie stosowana filmowa konwencja oraz obecność kamery rejestrującej wydarzenia. Zbliżenia ukazujące subtelne zmiany w emocjach bohaterek i bohaterów oglądamy równocześnie na żywo i na ekranach telewizorów ustawionych przy scenie (wideo Natalia Sroka). Reżyserowi i współtworzącym scenariusz dramaturżkom (Krysia Bednarek i Marysia Stasiak) udaje się uchwycić pustkę i schyłkowość świata pozornego luksusu, dobrobytu i dobrostanu, które hotel ma zarówno symbolizować, jak i produkować.
Po przerwie spektakl ulega jednak radykalnej zmianie – i niestety nie tylko pod względem konwencji, której podstawą staje się oś fabularna filmu Anioł zagłady Luisa Buñuela. Powolny, lecz wciągający rytm pierwszej części zastępuje pędząca karuzela zdarzeń, która wbrew intencjom nie podnosi poziomu zaangażowania widza, lecz raczej nuży i męczy. Twórcy uruchamiają imponującą machinę teatralną, sięgając po bogaty arsenał środków: monumentalne kostiumy (Svenja Gassen), piosenki – także te śpiewane przez Olgę Lisiecką skrępowaną w uprzęży podwieszonej pod sufitem – oraz modne w ostatnich sezonach efekty, takie jak zalewające scenę ekskrementy, piana czy sztuczny śnieg. Zastosowana strategia teatru w teatrze sprawia, że w diabolicznej inscenizacji Chorego z urojenia, którą przygotowują pracownicy hotelu, Molier spotyka się z Buñuelem i Ingmarem Bergmanem, a płynny czas zaciera granice między współczesnością, siedemnastowieczną Francją i nazistowskimi Niemcami. Niektóre ze scenicznych obrazów robią silne wrażenie, jednak coraz bardziej mętniejący przekaz i narastająca pretensjonalność dialogów sprawiają, że czterogodzinny spektakl Sadowskiego da się wytrzymać przede wszystkim dzięki znakomitemu zespołowi aktorskiemu.

Operowość przedstawienia, rozumiana jako nadmiar zastosowanych środków formalnych, łączy się z przytłaczającą liczbą tematów i nawiązań, zawartych zarówno w konkretnych wątkach (takich jak historia Elisabeth Vogler wyraźnie inspirowana Personą Bergmana), jak i w ogólnej, kolażowej konwencji. Sam zamysł pozostaje jasny. Twórcy chcą opowiedzieć o społecznym rozpadzie, schyłku cywilizacji i katastroficznej wizji ludzkości, której indywidualne i zbiorowe choroby wcale nie są urojone, lecz tak zaawansowane, że nie uleczy ich ani spa, ani wspólnotowa terapia. Rozumiem też wyrażoną w spektaklu nadzieję na nowy początek – obecną zarówno w wypowiedziach postaci, które mówią, że „nowe nie może się narodzić, dopóki stare nie zostanie zniszczone”, jak i w finałowym, wspólnie odśpiewanym utworze Wind of Change zespołu Scorpions.
Problem polega na tym, że skomplikowany sceniczny elaborat Sadowskiego sprowadza się ostatecznie do dość prostej, a wręcz banalnej (i wprost wyśmianej w jednej ze scen) konkluzji – tkwimy w błędnym kole historii, a każda epoka kończy się podobną katastrofą. W efekcie powracające w spektaklu pytanie: „Jak długo już tu jesteśmy?” przestaje odnosić się jedynie do pobytu bohaterek i bohaterów w hotelu czy nawet do filozoficznie rozumianego bycia w świecie, lecz zaczyna intrygować również samą publiczność, coraz bardziej zmartwioną, że z teatru – jak z demonicznej kolacji w Hotelu Molier – nikt nie wyjdzie.