Kto trzyma kamerę?

Kto trzyma kamerę?
Zaklinanie węży w gorące wieczory, reż. Jan Jeliński / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie
Gdy oglądam spektakl, mimo poczucia obrzydzenia i niezgody na przekroczenia, które spotkały bohaterkę, czuję, że nie przeżywam jej historii. Emocje wzbudza we mnie czyn jako taki, a nie jego teatralna reprezentacja.

Zaklinanie węży w gorące wieczory w reżyserii Jana Jelińskiego to dość konserwatywna adaptacja niekonserwatywnego tekstu. Achronologiczny i fragmentaryczny scenariusz podąża za powieścią Małgorzaty Żarów; my w Teatrze Dramatycznym podążamy więc za bezimienną bohaterką. Choć jest praktycznie cały czas obecna na scenie, to dowiadujemy się o niej tylko tyle, że pracuje jako CamGirl o pseudonimie Violet Love.

Chyba pierwszy raz widzę na deskach teatru Helenę Urbańską w spódnicy. Urbańska jest jednak przekonująca i w roli buntującej się wobec patriarchatu czy miejscami zagubionej lesbijki (kolejno: Pokaz, Cukry), jak i eleganckiej kokietki kuszącej promiennym, zawadiackim uśmiechem w spektaklu Jelińskiego. Violet w wirtualnym świecie spełnia rozmaite fantazje mężczyzn, dostaje również propozycję występu w filmie porno. I to nie byle jakim, bo artystycznej produkcji o podłożu społeczno-psychologicznym – tak przynajmniej reklamuje projekt Ambroży. Wielkiego wizjonera pornobiznesu gra Damian Kwiatkowski. Tam, gdzie trzeba, robi to z przegięciem i absurdem, budząc śmiech publiczności, a w finale – z wyrachowaniem i bezwzględnością.

Po nakręceniu filmu wyczerpana kobieta – przypominająca gnijącą pannę młodą z jednej strony i wiktoriańską wampirzycę (tyle że w bieli) z drugiej – przemierza kryjącą się w oparach dymu Warszawę. Awaria samolotu, koniec świata, gwiazda betlejemska, akt samospalenia, wybuch rury – nieważne, co dokładnie się stało, ważne, jak konceptualizują sobie wydarzenia postaci. Tu nie ma faktów, żadnego obiektywizmu; wszystko zależy od perspektywy patrzących. Katastrofa – deux ex machina – sprawiła, że kobieta opuściła plan zdjęciowy i ukradła kartę pamięci z kamery – zapis czynów reżysera, których nie była świadoma i na które nie wyraziła zgody.

To, kto trzyma kamerę, jest tu kluczowe. Spektakl nie wpisuje się jednak w publiczną debatę dotyczącą sex workingu, wolny jest od politycznych deklaracji czy diagnoz (a tym samym ryzyka moralizacji). To chyba dobrze, bo to nie jest opowieść o pracy seksualnej w ogóle, ale o kobiecie, która ją wykonuje.

Jej portret i atmosferę zdarzeń znakomicie dookreślają realizacje wideo Agaty Rucińskiej. „Działają” rozmytymi, wręcz onirycznymi wizjami, reporterskim okiem śledzącym postaci czy dynamicznymi i zapętlonymi migawkami w rytm muzyki, za którą odpowiada Rafał Ryterski. To dzięki nagraniom na malutkiej scenie udaje się zrealizować teatr drogi. Są one zresztą dobrze wkomponowane w scenografię: dwa asymetryczne ekrany znajdują się na bocznych ścianach, a jeden – mniejszy – za zabudową we wnęce, czasem oświetlony podłużnymi, jakby klubowymi światłami.

Na tym ekranie wyświetlane są również swego rodzaju intermedia – streamy Violet, które Urbańska filmuje na żywo z boku sceny. Zadowala mężczyzn, ale widać, że robi to na swoich warunkach, jest w tym pewna siebie. Układ ekranu pozwala wchodzić aktorom w różne interakcje z obrazem i ogrywać przestrzeń w ciekawy sposób. Każda z rozmów CamGirl ma inną dynamikę, każda wzbudza inne skojarzenia, każda jest tak wyreżyserowana, że chciałabym poznać historie mężczyzn przewijających się przez czat kobiety. Scenografia Doroty Nawrot oddaje napięcie między obrazami Warszawy i jej mieszkańców a światem online. Cała podłoga, wszystkie ściany i duża pufa wytapetowane są małymi obrazkami węża (zauważyłam to dopiero z bliska, wychodząc z sali), co z oddali wygląda jak zbitka rozpikselowanych obrazków, przyprawiających o oczopląs.

Tę klimatyczną scenografię zaburzają dwie ogromne dłonie ustawione naprzeciw siebie. Na pewno ogniskują wzrok widzek i widzów, wizualnie pięknie się prezentują, co dodatkowo zostaje wzmocnione grą świateł i cieni. Tyle że nie do końca rozumiem ich zastosowanie w kontekście opowiadanej historii. Albo inaczej: mogę dostrzec, bawiąc się w tropienie symbolizmu, ale… Jeśli widzieć tu męskie dłonie, których rozmiar sugeruje przewagę i dominację, a w kontekście fabuły może przypominać o akcie przemocy seksualnej, to wydaje mi się to metaforą nazbyt banalną i bezpośrednią. Z kolei myśl o dłoniach pociągających za (niewidzialne) sznurki, niby sterującymi postaciami-marionetkami, sprawia, że mam ochotę przewrócić oczami.

Zaklinanie węży w gorące wieczory, reż. Jan Jeliński / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie

Niemniej Violet, chowająca się za pseudonimem, pozbawiona biografii, ma w sobie coś z figury-marionetki, której życie się przydarza – tak przydarzyła się katastrofa i historia z Ambrożym. Początkowo nie mamy w ogóle dostępu do jej przeżyć wewnętrznych, a dystans wobec postaci buduje także zabieg – na ogół komiczny i ironiczny – podwójnej narracji. Aktorka mówi zarówno jako „ja”, jak i „ona”. Tematyzuje tym samym swoją postać i bycie w roli. Tyle że ta perspektywa okazuje się niespójna.

Nie krzyczcie na mnie za porównywanie książki do spektaklu. Żarów jest w całej powieści niezwykle konsekwentna, nie psychologizuje i nie dramatyzuje sytuacji z Ambrożym, nieustannie bawi się materią języka. A my, odbiorczynie i odbiorcy, ślizgamy się po powierzchni – słów, obrazów, gestów, po porozrzucanych elementach układanki. I to właśnie działa. Afekt jest budowany przez brak bezpośredniości.

Gdy oglądam spektakl, mimo poczucia obrzydzenia i niezgody na przekroczenia, które spotkały bohaterkę, czuję, że nie przeżywam jej historii. Emocje wzbudza we mnie czyn jako taki, a nie jego teatralna reprezentacja. Myślę, że to właśnie przez pęknięcie w spektaklu, który z jednej strony gra dystansem, a z drugiej szuka głębi przeżycia, miejscami uwzniośla i nadpisuje emocje – płaczem Urbańskiej, bardziej zmetaforyzowanymi wizualizacjami, smutną muzyką, a także w sposób bardzo stereotypowy, jak w scenie symbolicznego oczyszczenia-prysznica. Czasami zestawienie różnych porządków i estetyk się sprawdza, ale nie w tym przypadku. Tam, gdzie spektakl odchodzi od poetyki powieści, pojawiają się zgrzyty. Gdy się jej trzyma i ją podkręca, robi to naprawdę dobrze.

Jan Jeliński wykonał porządną pracę adaptacyjną i reżyserską w scenach, w których humor, (auto)ironia i poetyka absurdu się krzyżują. Monolog kobiety o obserwowaniu jedzących ludzi czy spotkania z kosmetyczką-wróżbitką Ramoną, czekającą na narodziny nasionka Magdą oraz świeżo poznanym Mikołajem tworzą naprawdę świetne etiudy. Małgorzata Witkowska, Maksymilian Piotrowski i Karol Wróblewski w każdej z epizodycznych ról są niezwykle kreatywni, a przy tym często komiczni.

Te udane partie dopełnia znakomita choreografia Wojciecha Grudzińskiego (w przypadku scen intymnych konsultowana z koordynatorką intymności Martyną Czarnecką) i przemyślana gra rekwizytem, jak w przypadku targanej przez Magdę majestatycznej figury ciężarnego brzucha czy „scenopisu” filmu – rysunku wielkiego członka i ludzików w dziwacznych pozach, przypominającego bazgroły dzieciaków z podstawówki.

Zaklinanie węży w gorące wieczory jest więc spektaklem nierównym i pewnie szybko o nim zapomnę. Ale nie o wszystkim trzeba pamiętać, może czasem wystarczy z zainteresowaniem śledzić historię i (bez żenady) się pośmiać – w końcu to drugie w teatrze rzadko się zdarza.

Teatr Dramatyczny im. Gustaw Holoubka w Warszawie, Zaklinanie węży w gorące wieczory Małgorzaty Żarów, reżyseria i adaptacja Jan Jeliński, scenografia, kostiumy, reżyseria światła Dorota Nawrot, choreografia Wojciech Grudziński, muzyka Rafał Ryterski, wideo Agata Rucińska, premiera 13 lutego 2026.

Anna Piniewska

Magistra filologii polskiej UW i wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Finalizuje rozprawę doktorską Sceny komunikacji. Niepełnosprawności we współczesnym polskim teatrze. Publikowała m.in. w „Tekstach Drugich”, „Pamiętniku Teatralnym” i „Didaskaliach”. Współzałożycielka serii Parabaza Wydawnictw UW.