Opowieści heroi(ni)czne
Nie da się opowiedzieć o sztuce krytycznej, której znaczącym przykładem jest Piramida zwierząt Katarzyny Kozyry, bez opowieści o transformacji.
Katarzyna Kozyra rozgościła się w teatrze. Niedawno współtworzyła w krakowskim Narodowym Starym Teatrze spektakl Rewizja procesu Jezusa. Teraz jej biografia stanowi ważny element nowej premiery na tej scenie, czyli Piramidy zwierząt w reżyserii Michała Borczucha.
Kozyra to znana artystka wizualna. Sztuki performatywne są stałym obiektem jej zainteresowania, a swoje realizacje często umieszcza w szerokim spektrum teatralności i występów przed publicznością. Dość wspomnieć cykl W sztuce marzenia stają się rzeczywistością, realizowany w latach 2003–2021. To – w skrócie mówiąc – seria akcji, związanych między innymi z poczuciem żenady, tremy i wstydu osoby występującej na scenie. Odzywały się w nim inspiracje operą, tańcem i baśniami braci Grimm. Artystka często posiłkuje się własną biografią, traktując ją jako materiał do twórczości. Wystawa Casting w warszawskiej Zachęcie, na przełomie 2010/2011, miała na celu wybranie odtwórcy roli jej samej w filmie biograficznym. Każdy mógł wziąć udział i stać się na chwilę Kozyrą.
W Piramidzie zwierząt jednak nie sama Kozyra tworzyła opowieść. To reżyser Michał Borczuch wraz z dramaturgiem Mateuszem Górniakiem wzięli na warsztat epizody z decydującego okresu jej biografii (tak prywatnej, jak artystycznej) i na nich zbudowali kanwę spektaklu. Uzupełnili ją o fragment historii kultowej dzisiaj w kręgach sztuki współczesnej pracowni artystycznej Kowalnia. To głównie w niej rozgrywa się przedstawienie. Twórcy dobrze uchwycili znaczenie tego miejsca, bowiem dla studentów było ono rodzajem „bąbla w rzeczywistości” – by posłużyć się określeniem samego Grzegorza Kowalskiego, który stworzył i prowadził Kowalnię w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Kozyra studiowała właśnie u Kowalskiego. Prowadzący oraz inne osoby studiujące wtedy w pracowni, Katarzyna Górna, Jacek Markiewicz, Paweł Althamer i Artur Żmijewski, także pojawiają się na scenie. Jednak konwencja spektaklu nie jest dokumentalna. To rodzaj teatralnej fikcji osnutej na dziejach grupy młodych artystów debiutujących w latach 90. oraz ich mentora. Dlatego też nie dziwi fakt, że dla skondensowania opowieści team Borczuch–Górniak wprowadził do spektaklu także postacie innych ważnych dla tamtych czasów artystów: Zbigniewa Libery i Joanny Rajkowskiej. Nie mieli oni szczególnych związków z Kowalskim i jego studentami, lecz podobnie jak oni poszukiwali języka sztuki adekwatnego do stanu ducha ówczesnej Polski.
Większość tych artystów zadebiutowała wkrótce po 1993 roku, w którym dzieje się akcja (przenosząc się od czasu do czasu do roku 2023). Błyskawicznie zyskali przy tym status osób bezkompromisowych, którzy radykalnie odcięli się od dotychczasowej sztuki, a występując niejednokrotnie przeciw społeczeństwu, potrafili uchwycić ducha Polski czasu transformacji. Ich twórczość skoncentrowana na cielesności, rozumianej materialnie jako mięsność, była nieprzyjemna, bo dotykała jądra ówczesnych przemian. Wyrażała bóle, lęki i frustracje czasu naznaczonego nie tylko wielkimi nadziejami, ale też zmianą społeczną i neoliberalnymi reformami, skutkującymi wielkim niedostatkiem dużej części społeczeństwa.
Twórcy Piramidy… starają się uchwycić moment przed skandalami i wielkim skokiem Kozyry i jej środowiska w życie publiczne. Poznajemy bohaterkę, która jest jeszcze przed dyplomem, choruje na ziarnicę złośliwą i poddaje się terapii onkologicznej. Snuje monolog, jest opętana śmiercią, co w efekcie doprowadzi ją do stworzenia w 1993 roku słynnej pracy dyplomowej, zatytułowanej właśnie Piramida zwierząt. Postaci rozmawiają i opowiadają o pracach swoich i innych, o ćwiczeniach przeprowadzanych w pracowni Kowalskiego. Nie ma jednak samych dzieł, jest też niewiele o ich odbiorze. Niewtajemniczony w polską sztukę współczesną widz nie dowie się raczej, jakie one były i dlaczego wywołały skandal lub spotkały się z murem niezrozumienia.
Twórcy ogłosili, że spektakl jest opowieścią o potrzebie wolności w tworzeniu sztuki i zadają nim pytanie, czy artyście wszystko wolno. Czy znajduje się ponad społeczeństwem. Tymczasem na scenie snują się poczciwcy. Nie ma w nich buntu, nie ma wkurwu przeciwko pięknoduchowskiej sztuce uprawianej przez poprzedników, przeciwko nic-nie-rozumiejącej-krytyce, przeciwko społeczeństwu. Nie ma energii rewolty, jest za to… sympatyczność. Spektakl zatrzymuje się na poziomie przytaczania deklaracji, na przykład autorstwa Zbigniewa Libery, którego słowa wygłasza Bogdan Brzyski, wcielający się w rolę tego, skądinąd bardzo ważnego, radykalnego i niewygodnego dla odbiorców artysty. Według Brzyskiego/Libery artyście wolno wszystko. A za przekroczenie prawa może być ukarany jak każdy obywatel.
Roman Garncarczyk, odgrywający samego Kowalskiego, jest wiecznie zatroskany i wycofany, Kozyra – w interpretacji Małgorzaty Zawadzkiej – zagłębiona w siebie, Katarzyna Górna – grana przez Aleksandrę Nowosadko – wychylona ku innym, częstująca kanapkami i opowiadająca głupkowatą historyjkę o seksie z chłopakiem lubiącym perwersję. Nawet wstrząsające deklaracje Jacka Markiewicza – w którego wciela się Kamil Pudlik – o obrzydzeniu w stosunku do kobiecych narządów płciowych brzmią raczej jak brawurowe przechwałki początkującego, lecz pogubionego artysty. A przecież Markiewicz tak jak jego bardziej znani koledzy atakował polskie tabu, dotyczące choćby form adoracji kościelnego krucyfiksu. Spektakl nie podpowiada, dlaczego akurat ta grupa wprowadziła tak wiele zamętu i – mówiąc podniośle – zmieniła kierunek sztuki polskiej. Nie wydobyto ponurej, depresyjnej energii z pomysłów i prac wykluwających się w Kowalni. Nie ma tu bezkompromisowości, łamania tabu, kontrowersji.
Nieco dynamiki wnosi Doktorek (rola Michała Badeńskiego), który z talentem ogrywa chłopka-roztropka, usiłującego wytłumaczyć artystom znaczenie ich działań. Tutaj przedstawienie rzeczywiście trafia w nerw polskości. Tłumaczenie na chłopski rozum – praktyka powszechna w naszej kulturze – pokazuje, jak gniewne, egzystencjalne dzieła Kozyry i jej kolegów rozmijały się z oczekiwaniami odbiorców (bądź w ogóle do nich nie trafiały). Ale nie tylko niechęć klasy średniej była przyczyną kontrowersji. Doszedł do tego kontekst wzrastającej w siłę prawicy, kontekst mediów szukających sensacji, wreszcie kontekst społecznego rozczarowania wolnością odzyskaną po 1989 roku.

Piramida… nie bierze tych wątków pod uwagę, a to one były dla powstania i działania sztuki krytycznej (czyli tej, która została wypracowana m.in. w Kowalni) kluczowe. Nie tylko choroba Kozyry skłoniła ją do wykonania pracy ze zwierząt, ustawionych jedno na drugim w piramidę – na wzór baśni o muzykantach z Bremy. Impuls miał także charakter pozaosobisty. Szerszego kontekstu społecznego w przedstawieniu Borczucha i Górniaka jednak nie ma. Nie ma mowy o ofiarach balcerowiczowskich reform, o protestach, o masowym bezrobociu, o biedzie i braku perspektyw na przyszłość. Nie ma nic o kapitalizmie podbijającym wówczas Warszawę. Raz tylko pojawia się wzmianka o blokadzie dróg prowadzonej przez „Samoobronę”. A to nie wystarczy. Nie da się opowiedzieć o sztuce krytycznej, której znaczącym przykładem jest Piramida zwierząt Kozyry, bez opowieści o transformacji.
Przedstawieniew Starym to ostatecznie ambitna próba włączenia opowieści o sztukach wizualnych w obręb teatru. Dobra gra aktorska (zwłaszcza Zawadzkiej jako Kozyry), kręcone na żywo, doskonale zsynchronizowane z żywym planem ujęcia wideo (równorzędne wobec siebie), nie redukują jednak spłycającej interpretacji sztuk wizualnych. Być może nie bez znaczenia jest fakt, że nie przeprowadzono jeszcze dostatecznych badań nad powiązaniami sztuki lat 90. z kontekstami politycznymi, ekonomicznymi i społecznymi. Opracowanie Marcina Kościelniaka Egoiści, na które powołują się autorzy spektaklu, nie wystarczy. I tak zresztą dotyczy wcześniejszej dekady.