Paradoks samotności
Filokteja. Powrót to wielogłosowa opowieść o samotności z ludzką twarzą i wymykającej się stereotypom. Bez sentymentalizmu, moralizatorstwa i popsychologii.
Antyczna historia jako punkt wyjścia to klasyczny pomysł. O uniwersalności oraz aktualności mitów słyszymy na każdym etapie edukacji polonistycznej. Tyle że sprawdzony początek nie gwarantuje równie uniwersalnego i aktualnego końca.
Tematem Filoktei. Powrotu jest samotność. Tak szerokie i popularne zagadnienie może budzić obawy, że zamiast przedstawienia otrzymamy moralizatorską przypowieść lub popsychologiczny coaching. Na szczęście najnowsza koprodukcja TR Warszawa i Teatru 21 omija banał i inne ryzyka – dzięki świetnej reżyserii Justyny Wielgus i obsadzie, umiejętnie tworzącej galerię zindywidualizowanych postaci prezentujących całe spektrum doświadczeń.
Gdybyś mogła spotkać się z kimkolwiek chcesz, kto by to był? Twórczynie Filoktei… wykreowały uniwersum, w którym zestawiają postaci rzeczywiste, fikcyjne, ludzkie i nieludzkie. A ponadto zderzają ze sobą czasy, doświadczenia i przede wszystkim – powody samotności. Oglądamy migawki z historii Filokteta (Aleksander Orliński), którego towarzysze broni porzucili na wyspie Lemnos; pisarki Laury Hillenbrand (Justyna Wasilewska) doświadczającej zespołu chronicznego zmęczenia i zbierającej materiał do książki o Louisie Zamperinim (Łukasz Gawroński), biegaczu i bombardierze. Poznajemy Juana Manna (Daniel Krajewski), założyciela ruchu „Free Hugs” i Samanthę Hess (Aleksandra Skotarek), zawodową „przytulaczkę”, których łączy doświadczenie złamanego serca. Spotykamy też Laurę Winham (Agnieszka Podsiadlik), która umarła z głodu w swoim mieszkaniu wskutek systemowych zaniechań. Spotykamy też Dave’a Bowmana (Sebastian Pawlak) z Odysei kosmicznej Stanleya Kubricka, który wciąż znajduje się na pokładzie statku kosmicznego Discovery One, i pochodzącego z tego samego filmu HAL-a 9000, czyli sztuczną inteligencję, tym razem w formie spersonifikowanej (Kamil Studnicki). Wszyscy są samotni.
Opisują to doświadczenie, porównując je do bycia nagim człowiekiem we wszechświecie lub małpą w cyrku. Mówią o kurczącej się rzeczywistości i wędrówce po lesie, w którym każdy patyk przypomina węża. Filoktet cytuje Homera: „Nic słabszego nad człeka na ziemi tej nie ma”. Jedyną postacią, która wyłamuje się ze schematu, jest kobieta stylizowana na Leeloo z Piątego elementu (Maja Kowalczyk). Wbrew popkulturowemu archetypowi nie jest zbawicielką rozwiązującą cudze problemy. Zamiast tego towarzyszy – słowem, ciałem i gestem. To subtelne, a jednocześnie mocne przewartościowanie roli „wybrańca”.
Każda z przywołanych historii wpisana jest w inną przestrzeń, ustanowioną przez scenografię Wisły Niciei albo projekcje wideo Wojciecha Kaniewskiego. Niezależnie od medium funkcja przestrzeni jest ta sama – dookreślenie postaci poprzez skupienie się na elementach kluczowych dla danej opowieści, na przykład stojącym w głębi sceny łóżku, stanowiącym centrum świata chronicznie chorej Laury, lub widocznym w animacji opustoszałym hopperowskim barze, w którym siedzi Mann, czy wreszcie na gwiaździstym niebie, widzianym przez astronautę. Filoktet początkowo znajduje się w umieszczonej z boku sceny jaskini, ale ostatecznie przez większość spektaklu siedzi na widowni, skąd co jakiś czas, oświetlony punktowym światłem, wygłasza tekst. Może jest symbolem samotności w tłumie, a może mówi: „jestem jednym z was”.
Dynamicznie zmiany scenografii, nielinearna kompozycja i wielowątkowość generowana przez rozmaite biografie korespondują z mnogością uruchamianych porządków i estetyk. Mozaikowa struktura spektaklu – pozorne „wszystko, wszędzie, naraz” – jest w rzeczywistości precyzyjnie wyważona. Gdy zbliżamy się do patosu, natychmiast wydarza się komiczny kontrapunkt. Kampowe i elektryzujące wcielenie AI oraz przezabawne etiudy Juana Manna i Samanthy Hess przeplatają się z pełnymi tragizmu obrazami społecznego wykluczenia Filokteta czy Laury Winham, mierzącej się z problemami psychicznymi i opuszczonej przez społeczność, system i rodzinę. Widzowie z dystansem oglądają przeżywającego kryzys egzystencjalny astronautę, by za chwilę stać się aktywnymi uczestnikami przedstawienia – wykonując instrukcję samoprzytulania, dzieląc się perfumami z bohaterką lub korzystając z zaproszenia do wejścia na scenę, by zostać przytulonym przez specjalistkę (na premierze w krótkim cameo pojawił się jeden z aktorów Teatru 21 spoza obsady). Dzięki temu spektakl ani nie popada zanadto w sentymentalizm, ani nie trywializuje zagadnienia.
O ile rozbicie narracji na strzępy różnorodnych doświadczeń ma dużą wartość, o tyle piosenki, choć ładnie zaśpiewane, wydają się niefunkcjonalne. Zabieg ten przywodzi na myśl poetykę Krzysztofa Warlikowskiego, tyle że w jego teatrze ma on głębszy sens. Mimo to dramaturgiczna koncepcja Justyny Lipko-Koniecznej pozostaje mocnym punktem spektaklu. Samotność zostaje tu odmieniona przez wszystkie przypadki.

Twórczyniom, zgodnie z deklaracjami zawartymi w programie, udało się zbudować historię, w której samotność nie jest winą lub karą, ale nieodłączną częścią istnienia. Natomiast problematycznym postulatem zawartym w opisie spektaklu wydaje się „zachęta do […] mówienia na głos o tym, co kruche, a co może stać się źródłem siły i budować relacje oparte na empatii, trosce, solidarności i odwadze”. Taka próba usensowienia cierpienia, smutku, kryzysu czy porażki grozi wpisaniem trudnych doświadczeń w motywacyjną ramę, co może prowadzić do nazbyt optymistycznych uproszczeń. Na szczęście Filokteja… nie podąża za proponowaną optyką budowania siły na słabości. To spektakl dużo bardziej subtelny, niż sugeruje materiał promocyjny.
W porównaniu z flagowymi przedstawieniami Teatru 21 (takimi jak Rewolucja, której nie było, 2018 i PokaZ, 2019) Filokteja. Powrót nie jest spektaklem interwencyjnym. Na scenie nie formułuje się bezpośrednich postulatów politycznych (ani żadnych innych), nie tematyzuje kulturowych stereotypów dotyczących niepełnosprawności ani związanych z nią barier i nierówności. Różni się także od poprzedniej koprodukcji z TR Warszawa, czyli Rodziny (2022), skoncentrowanej na rolach i normach społecznych. Niepełnosprawność i choroba funkcjonują w przedstawieniu jedynie jako kontekst dla biografii trzech postaci (przy czym nie pokrywają się one z kondycjami aktorów i aktorek). Jednych to przesunięcie akcentów może ucieszyć, innych rozczarować. Trudno wyrokować, czy to chwilowa dywersyfikacja materiału teatralnego (po odejściu z teatru dotychczasowej liderki, czyli Justyny Sobczyk), czy zapowiedź większej zmiany. Mam nadzieję, że to pierwsze, bo wciąż potrzebujemy na polskiej scenie Teatru 21, który potrafi interweniować politycznie w nieszablonowy, daleki od naiwności sposób.
„Gdybym miała ubrać to w słowa – jak mówi w finałowym monologu Hillenbrand – powiedziałabym”: idźcie do TR Warszawa. Paradoks samotności polega na tym, że zawsze odczuwa ją ktoś jeszcze. Czasem wystarczy to zobaczyć, by poczuć się mniej samotnym.