W teatrze byłam w żałobie

W teatrze byłam w żałobie
Jaśmina Polak / fot. Jacek Poremba / Narodowy Stary Teatr w Krakowie
„80 procent mojej energii idzie na liczenie, czy starczy na czynsz i terapię. Ale wolę to niż życie w instytucji”. O swojej ucieczce z teatru opowiada Jaśmina Polak.

JAŚMINA POLAK: Mój pies Kompot nie znosił teatru. Głośno, tłum, wszyscy do niego mówią. Słyszał aktorów w garderobie i się stresował. Behawiorystka powiedziała: „To toksyczne miejsce dla psa, proszę nie męczyć zwierzęcia i go tam nie ciągać”.

MATEUSZ ATMAN: Jesteś teraz w żałobie po Kompocie. Byłaś w żałobie po teatrze, kiedy odeszłaś z Nowego Teatru w Warszawie?

JP: Po teatrze? To w teatrze byłam w żałobie. Kiedy odeszłam – minęła jak ręką odjął.

AGNIESZKA JAKIMIAK: A odeszłaś na dobre i na zawsze?

JP: Na pewno nie jest to pełne odejście ani definitywne cięcie – gram spektakle w Nowym, przed chwilą miałam premierę w Belgii. Ale po ponad dekadzie pracy w zespołach teatralnych pierwszy raz nie jestem na etacie.

MA: Jest lepiej czy gorzej?

JP: Wszystkim bardzo serdecznie polecam.

AJ: To mocne stwierdzenie i odważna decyzja.

MA: Pracowałaś w instytucjach, o których marzy chyba każda adeptka aktorstwa. Najpierw etat w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, potem etat w Nowym Teatrze w Warszawie…

Znalazłam się chyba w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym miejscu. Może teatr repertuarowy i stałe miejsce w zespole nie są dla mnie.

JP: Jestem tego świadoma i nie dziwię się, że ktoś chce w tym uczestniczyć. Pracowałam w teatrach, do których widzowie przychodzą na ten sam spektakl po dwanaście razy, to są instytucje otoczone kultem, to naturalne, że aktorki i aktorzy chcą w tym być. Ale ja znalazłam się chyba w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym miejscu. Może teatr repertuarowy i stałe miejsce w zespole nie są dla mnie.

AJ: Odchodziłaś z konkretnej instytucji czy z teatru w ogóle?

JP: Odchodziłam przede wszystkim do czegoś innego – do miejsca, w którym cały czas nie rozmawia się o teatrze. Jak odeszłam, zobaczyłam, ile przestrzeni ten teatr pochłania – ciągle się na niego narzeka, psioczy, po wyjściu z teatru bez przerwy się o nim gada i zamęcza innych ludzi. Kiedy byłam na etacie, katowałam mojego chłopaka niekończącymi się opowieściami o teatrze, mimo że nie było to ani jego życie, ani jego problemy.

MA: To porozmawiajmy o tym innym miejscu. Co masz zamiast? Co teraz zajmuje Ci czas?

JP: Teraz najwięcej czasu spędzam na tym, żeby wymyślić, skąd wziąć pieniądze.

MA: Trzeba było nauczyć się żyć bez pieniędzy?

JP: Tak. 80 procent mojej energii idzie na liczenie, czy starczy na czynsz i terapię. Ale wolę to niż życie w instytucji. Kocham nie pracować.

AJ: Nie miałaś problemu z organizacją czasu bez prób, bez regularności, którą daje etat? Nie czułaś, że tracisz grunt pod nogami? Że tracisz ubezpieczenie, rytm życia, powód, żeby wstawać rano?

JP: Nie, w żadnym wypadku. Dopiero po odejściu poczułam się bardziej twórcza i lepiej zorganizowana. Ale przyznaję, że pierwsze trzy miesiące były hardcore’em. Czułam paniczny lęk, że nie wiem, jak żyć poza systemem, że nie będę umiała się odnaleźć bez struktury, no i że nie mam stałego dochodu i nie będę miała skąd wziąć pieniędzy – i na bieżące wydatki, i na nagłe, takie jak szpital dla psa.

MA: Ale skoro stać Cię teraz na terapię, to nie jest tak źle.

Kopciuszek, reż. Anna Smolar / fot. Magda Hueckel / Narodowy Stary Teatr w Krakowie

JP: Czasem jest lepiej, czasem gorzej, jednym razem mogę zapłacić bez problemu, innym razem wydaję ostatnie pieniądze. Dziś powiedziałam terapeucie prawdę: „Zostało mi 400 zł na koncie, ale zapłacę”. Nie umiałabym nie zapłacić. Mieszkanie solo w Warszawie bez stałej pracy – to nie jest łatwe. Krótko po tym, jak rzuciłam etat, graliśmy spektakl i powiedziałam komuś w pracy, że nie mam hajsu. Następnego dnia zadzwonił do mnie Krzysztof Warlikowski i zapytał: „Słyszałem, że wracasz na etat?”. A ja na to: „Nic z tych rzeczy”. Wolę być biedna niż na etacie. Codziennie jestem szczęśliwa, że wreszcie się odważyłam. Po 11 latach wiedziałam, że tkwienie w instytucji teatralnej to nie jest model, który realizuje moje potrzeby.

AJ: Pracowałaś z najważniejszymi twórcami i twórczyniami w polskim teatrze, robiłaś eksperymentalne projekty performatywne, ale także klasyczne, duże produkcje repertuarowe. Co było nie tak?

JP: Po pierwsze, nawet jeśli masz wielki wkład w pracę, jesteś kreatywna i wykonujesz kilka funkcji, to zazwyczaj pozostajesz „tylko aktorką”, jesteś podpisana tylko w jednej roli. Twoja sprawczość i decyzyjność są ograniczone. Po drugie, eksperymentalny i performatywny typ pracy scenicznej nie jest w repertuarze realizowany – czasem instytucja z nim flirtuje, ale tylko w takim stopniu, który nie zaburza jej status quo. Nie chciałam dłużej tkwić w bańce zadowolonych ludzi pokazujących zadowolonym ludziom to, co ich zadawala. Jednocześnie widziałam, jak łatwo można wyjść poza tę strefę komfortu – kiedy w Nowym pokazywano Tanz Florentiny Holzinger, od razu odezwały się oburzone mokotowskie głosy, że „to nie teatr, to cyrk”, przy spektaklach Markusa Öhrna słychać było lamenty, że „to powielanie przemocy”. Mnie potrzeba było właśnie takich radykalnych, dyskusyjnych, kontrowersyjnych rzeczy. 

MA: Ja tutaj postaram się stanąć w obronie teatru – pole wolności i eksperymentu formalnego jest wciąż większe niż w kinie czy w operze, to jest cały czas jedna z najbardziej otwartych na nowatorstwo i bezkompromisowość sztuk. Piszemy autorskie scenariusze, staramy się robić w teatrze rzeczy niekonwencjonalne i często udaje się wypracować przestrzeń dla nowych jakości łączących sztuki performatywne, wizualne i muzykę współczesną.

JP: To prawda, Wam udaje się zrealizować wiele takich rzeczy, ale mówicie z perspektywy realizatorów, a nie etatowych aktorów. W teatrze repertuarowym nie widzę miejsca dla innego formatu performerskiego funkcjonowania – choćby dla wędrujących kolektywów.

MA: To prawda. Jeśli już w teatrze pojawiają się kolektywy, to głównie realizatorskie. Chodzimy teraz z pomysłem, żeby powołać do życia kolektywną platformę na wzór Asian Dope Boys, złożoną z osób zajmujących się muzyką, performensem, sztukami wizualnymi i tańcem. Byłabyś chętna dołączyć?

JP: Jasne, choćby dziś. Trzeba byłoby tylko znaleźć koproducentów, miejsca dla jej zaistnienia. A czasy są trudne dla takich inicjatyw – bo niby wszyscy tak chwalą eksperyment i nowatorstwo, a nagle wszędzie mamy repertuar, który wraca do klasyki, i w kinie, i w teatrze. Tu dwie Lalki, tam Balladyny. Nie mówię, że klasyki ma nie być, ale teraz proporcje są zaburzone – większość widzialności, finansowania, uwagi idzie w kierunku skanonizowanego repertuaru i języka. Kolejni Chłopi, kolejny Szekspir, kolejna scena na „współczesne odczytania klasycznych tekstów teatru”.

AJ: Teatr lubi sam teatr i to, co teatralne. Na poziomie formalnym miks estetyk, środowisk i języków to wciąż rzadkość. A na poziomie tematycznym teatr chce za wszelką cenę chce uniknąć doraźności, tak jakby sam nie był jednym z najbardziej ulotnych i nietrwałych mediów. Popatrzcie – ile w Polsce powstało spektakli o izraelskim ludobójstwie w Gazie? Ile teatrów zajęło stanowisko w tej sprawie? Mnie chyba najbardziej mierzi właśnie teatralna opieszałość w odpowiedzi na aktualne wyzwania i na polityczne i społeczne procesy. Czasem mam wrażenie, że film ma szybsze tempo reakcji – mimo obłędnie długiego procesu produkcji.

JP: Jestem w momencie, w którym czuję, że w muzyce jest o wiele więcej artystycznej wolności, przestrzeni na własną ekspresję, własne stanowisko, że jest to miejsce swobody i nieskrępowania.

She was a friend of someone else, reż. Gosia Wdowik / fot. Maurycy Stankiewicz / Nowy Teatr w Warszawie

AJ: I – jak widzimy po Massive Attack czy Kneecap – tak często realizuje się też aktywizm i sprawczość.

MA: A gdybyś miała jeszcze raz wybrać zawód, to co byś wybrała? Poszłabyś w muzykę?

JP: Kryptowaluciarz. Żartuję. Ale chciałabym raz dostać wszystkie pieniądze i już się nimi nie przejmować do końca życia. I robić swoje rzeczy.

MA: Kreatywne?

JP: Pewnie tak. Ale problem z teatrem jest taki, że jak ktoś ci wtłoczy, że jesteś „tylko aktorem”, to przestajesz wierzyć, że możesz coś sama stworzyć. Przyzwyczajasz się, że świadczysz usługi wykonawcze, że jesteś na niższym szczeblu w hierarchii. Kiedy tylko zaczynam robić coś na własną rękę, kiedy chcę stworzyć coś niezależnie, od razu pojawia się głos w głowie: Nie potrafisz, nie umiesz, nie byłaś w tej roli, ośmieszysz się, to nie jest twoje zadanie, nie jesteś dość dobra, wracaj na swoją pozycję. Pracuję nad tym, żeby to zmienić, ale po latach szkoły teatralnej i teatrów repertuarowych ten głos nie ucichnie z dnia na dzień.

Problem z teatrem jest taki, że jak ktoś ci wtłoczy, że jesteś „tylko aktorem”, to przestajesz wierzyć, że możesz coś sama stworzyć.

MA: Mały syndrom sztokholmski?

JP: Trochę tak. Odczuwa się jakiś dziwny brak relacji między żywicielem a pasożytem. Będąc w niższej, wykonawczej pozycji, czujesz się jednocześnie potrzebny i spełniony, masz się do czego przyssać, ktoś ci daje funkcję i zadanie. Choć odbiera ci się pewną sprawczość, to myślisz, że to twoja decyzja. Kiedy działasz na własną rękę, ten system współzależności znika, jesteś sam wobec ogromu odpowiedzialności, musisz mieć mnóstwo wiary w siebie i siły, która pochodzi wyłącznie z wewnątrz.

MA: W aktorstwie jest inaczej?

JP: Tak, tam pracują inne elementy – poczucie niskiej wartości i podległości wobec cudzych decyzji miesza się z potrzebą bycia w centrum uwagi. I ze świadomością, że firmujesz swoim nazwiskiem projekt, którego efekt końcowy nie do końca znajduje się w twoich rękach – więc możesz na niego narzekać, ale i tak musisz mu się oddać, bo będziesz z nim identyfikowany.

Często z moją kumpelą Zosią Moruś – która realizuje dźwięk na planach – porównujemy obserwacje na temat dynamiki i hierarchii w filmie i mimo że pracujemy w innych pionach, spostrzeżenia mamy bardzo podobne. Ale na koniec Zofia zawsze mówi: „No tak, ja zapominam, że ty jeszcze musisz świecić ryjem. Ja wracam do domu i się odcinam. Twoja twarz z tym zostaje”. To jest bardzo dziwna relacja z samą sobą – coś, co nie jest do końca twoje, nosi twoje oblicze.

MA: Moim zdaniem od robienia własnych rzeczy dzieli Cię naprawdę niewielki krok. Przy takim networkingu i zapleczu technologicznym, jakie mamy, przy takich możliwościach, jakie dają nam telefony, może trzeba po prostu próbować i robić? Widzieliśmy na Nowych Horyzontach nowy film Radu Jude, Kontinental ’25, w całości nakręcony iPhone’em. Jude mówił, że zawsze przekonuje studentki i studentów, że narzędzia do stworzenia filmu mają we własnych rękach, na co student wyskoczył: „Zawsze pan tak mówi, a żadnego filmu telefonem pan nie nakręcił”. Więc Radu Jude wziął telefon, napisał scenariusz i w 10 dni nakręcił film. Aktorki i aktorzy zamiast wynagrodzeń dostali udziały w filmie – wyszło im to na korzyść, bo film zarabia.

JP: Pełna zgoda. Mamy znajomych, dostęp do sprzętu, pomysły na scenariusz, da się skrzyknąć ekipę i coś wspólnie zrobić. Moje najlepsze doświadczenia to plany filmowe złożone z kameralnej ekipy, oparte na wspólnej energii – jak u mojej przyjaciółki Sońki Orlewicz na planie Exotic. Raz grałam, innym razem robiłam kawałek scenografii albo drugi unit z kamerą. Da się, absolutnie się da.

W aktorstwie poczucie niskiej wartości i podległości wobec cudzych decyzji miesza się z potrzebą bycia w centrum uwagi.

AJ: Z drugiej strony, znamy się tyle lat, a dopiero dzisiaj, po długiej rozłące, udało nam się usiąść razem na dłużej i pogadać.

MA: I to na zlecenie.

JP: Bo Wy ciągle pracujecie.

MA: Trochę nie mamy wyboru, utrzymując się z teatru na freelansie – i to przy założeniu, że nie będzie kredytu, emerytury i powiększania rodziny. Po dekadzie pracy Warszawa – miasto, w którym żyjemy i którego kulturę współtworzymy – wciąż się o nas nie zabija.

JP: A o mnie się ktoś zabił? Kto taki? Bo mnie to chyba ominęło? Ja jestem głównie zajęta poszukiwaniem pracy. Takiej, która da mi trochę finansowej stabilności – a jak wiemy, w niezależnym kinie pieniędzy nie ma.

MA: Nawet wspomniany Radu Jude jest uznanym reżyserem i wykładowcą, co ułatwiło dystrybucję jego filmu.

AJ: Można sobie pozwolić na niezal, kiedy ma się dodatkowe źródła utrzymania.

JP: Koło się zamyka.

MA: I trochę się otwiera – bo przed nami wspólna praca, zaraz siadamy do nowej wersji Wszystko na sprzedaż dla Teatru Telewizji. Teatr Telewizji jest chyba jedyną dużą instytucją teatralną, która pozwala dowolnie formować składy twórców. Nie ma etatów aktorskich. Spotkamy się tam we troje po długiej przerwie.

JP: Wreszcie – nie mieliśmy okazji do wspólnej pracy od NOSEXNOSOLO.

AJ: Z 2019 roku.

JP: Rany, to było aż tak dawno?! Nie mogę się doczekać, uwielbiam w tym składzie pracować.

MA: Czyli jednak cieszysz się na pracę w teatrze.

JP: Powiem tak – wybierz pracę, którą kochasz, potem rzuć etat i nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu.

Jaśmina Polak – performerka i aktorka, do zeszłego sezonu pracownica Nowego Teatru w Warszawie. Współpracowała m.in. z Michałem Borczuchem, Janem Klatą, Anną Smolar, Agnieszką Jakimiak, Mateuszem Atmanem, Krzysztofem Warlikowskim, Wojtkiem Ziemilskim. Występowała z duetem BNNT, nagrywała wokale na płyty T’ien Lai i Innercity Ensemble.

Mateusz Atman, Agnieszka Jakimiak

Duet twórczy. Mateusz Atman – reżyser, scenarzysta, scenograf i wykładowca. Agnieszka Jakimiak – reżyserka teatralna i dramaturżka, krytyczka filmowa i eseistka, absolwentka MISH UW i AST w Krakowie, tytuł doktorski uzyskała w Royal Holloway, University of London. Razem stworzyli takie spektakle, jak Strach zżerać duszę, Miła robótka, Kongres futurologiczny i Martwa natura. Więcej informacji na atmanjakimiak.com.