25xXXI. Spektakle ćwierćwiecza: UŁANI
Nie ma polskiego teatru bez rozrachunków z romantyzmem. W ostatnim ćwierćwieczu jednym z najciekawszych głosów w tej dyskusji była inscenizacja komedii znakomitego znawcy epoki wyreżyserowana przez jej przenikliwego krytyka.
Nie da się opowiedzieć o Ułanach, nie mówiąc o ich autorze. Nie sposób Ułanów wystawić, abstrahując od miejsca autora w polskiej debacie publicznej. Jarosław Marek Rymkiewicz to jeden z najwybitniejszych poetów i eseistów ostatnich dekad. Zmarły w 2022 roku nie zaprzestał aktywności – jak na specjalistę od kontaktu z duchami przystało – i wciąż dzieli opinię publiczną. Wielu widzi w nim przede wszystkim autora jednego tekstu – wiersza Do Jarosława Kaczyńskiego. To opublikowany w kwietniu 2010 roku wyraz politycznego poparcia dla obozu skupionego wokół Prawa i Sprawiedliwości. Gorący komentarz do katastrofy samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem, w której zginął Lech Kaczyński, jego żona Maria i dziewięćdziesięcioro czworo innych osób.
Komentarz, który nie powinien dziwić, bo Rymkiewicz niemal od zawsze zajmował się istotnymi i tragicznymi wydarzeniami kształtującymi polską wspólnotę narodową – nie stroniąc od wyraźnych ocen. Cokolwiek by jednak mówił w wywiadach, jego twórczość nie jest na rękę żadnej władzy. Metafizyczny nihilizm średnio się propagandyzuje. Nie zmienia to faktu, że decyzja o wystawieniu Ułanów w 2018 roku (w stulecie odzyskania niepodległości) wzbudziła kontrowersje. Rymkiewicz, postrzegany jako wieszcz rządzącej ówcześnie prawicy, w najważniejszym teatrze w kraju (chociaż na małej scenie) i to w reżyserii Piotra Cieplaka – artysty od prawicy dalekiego. Dziwny pomysł? Tyle że Ułani to żaden patriotyczny panegiryk. Wręcz przeciwnie. To zjadliwa komedia i brawurowa kpina z narodowościowych mrzonek. „Z gombrowiczowskiej inspiracji” – tak genezę napisanego w 1974 roku tekstu określił Jacek Kopciński. Ironia, którą Witold Gombrowicz wymierzył w polską tradycję i przy okazji uczynił jej częścią, to integralny element teatru Cieplaka.
Fabuła jest dość prosta (przynajmniej dla Polaka). Rzecz dzieje się w XIX wieku, gdzieś na terenach nieistniejącego wówczas państwa polskiego. Trwa jakaś wojna. Mieszkańcy archetypowego polskiego dworku szlacheckiego czekają na dziecko – narodowego mesjasza, który poprowadzi naród ku wolności i wyzwoli Polskę spod zaborów. Urodzić ma go Zosia (Dominika Kluźniak), niestety oczywisty kandydat na ojca, czyli porucznik ułanów Lubomir (Hubert Paszkiewicz) nie pali się do prokreacji – bardziej interesuje go pisanie dziwnych wierszy o „żabobocianie”. Kłopoty potęguje fakt, że Zosi wcale ów poeta i Polak-patriota nie kręci, podoba jej się za to Austriak-zaborca (w istocie Rosjanin-zaborca, czego Rymkiewicz ze względu na cenzurę panującą w PRL napisać wprost nie mógł, a co reżyser odsłonił kostiumem), czyli Graf-Feldmarszał (Jerzy Radziwiłowicz). Na dodatek fascynuje on również Lubomira. Być może dlatego, że jest groteskowym wręcz przeciwieństwem impotencji, o którą niektórzy podejrzewają szlachcica-poetę. Ostatecznie ojcem zostaje ordynans Jan (Arkadiusz Janiczek), co dla Zosi nie kończy się dobrze. Miłosne spełnienie nie jest w stanie zneutralizować systemu wartości i zasad, który nazwać możemy tradycją narodową. Albo patriarchatem, bo przecież do tego się ta damsko-męska rozgrywka w gorzkim finale sprowadza. Upokorzona i ciężarna Zosia zostaje najpierw odrzucona przez kochanka, a później zmuszona do ślubu z Grafem – wrogiem i zwycięzcą. Prawdziwa groza tej sytuacji – a groza to specjalność Rymkiewicza – objawia się nie na odległych polach bitew, nie w dworkowym salonie, ale w środku. W brzuchu.
„Rymkiewicz uderza […] w największy romantyczny mit Polaków, mit mesjański, przenosząc go jednak w zaskakujące, bo prenatalne rejony, dosłownie i bezpośrednio do brzucha Zosi, z którego w pewnym momencie rozlegają się odgłosy ułańskiej szarży i dźwięki ułańskiej trąbki” – pisał Kopciński, identyfikując Mesjasza, na którego wszyscy czekają, jako żołnierza. Wiadomo jednak, że nie będzie to dzielny i rumiany chłopiec malowany, a raczej niosący śmierć i zniszczenie żołdak.

Ułani są – jak trafnie zauważył Dariusz Kosiński – o zderzeniu historii z ciałem i śmierci z życiem. Światy te nie mogą się ani połączyć, ani istnieć bez siebie. Zosia, którą tradycja sprowadza wyłącznie do roli matki, żąda od życia i pożycia czegoś więcej niż realizowania narodowej misji – choćby przyjemności. Kategoria to w romantycznym imaginarium egzotyczna. Nie tyle dla samych wieszczów, ile ich egzegetów i kolejnych pokoleń, które do lektury przystępują na kolanach. Cieplak mówi: wstajemy. Pokazuje Rymkiewicza rubasznego, sprośnego i okrutnego, a jednocześnie przenikliwego i wpatrzonego w otchłań. Komedia czy nie, bez metafizyki ani rusz.
Przedstawienie zaczynało się, zanim jeszcze weszliśmy do sali teatralnej. Przestrzenie Sceny na Wierzbowej zamieniono w Muzeum Wszech-Ułaństwa Polskiego – parodię podobnych instytucji. Wystawiono fałszywe eksponaty – kpiny z sakralizowania polskiej historii czy raczej mitu o niej. Bo przecież tym się zajmowali zarówno romantycy, jak i Rymkiewicz – polskością rozumianą jako mit, w którym wszyscy razem żyjemy. Widzowie mogli skorzystać z „kanapy omdleń” lub uruchomić klekot plastikowego bociana. Albo spróbować bigosu serwowanego w przerwach. Kicz jak z odpustu w wiejskiej parafii zdawał się najlepszym podsumowaniem sielanki o szlacheckim dworku za pagórkami i lasami. Tacy właśnie jesteśmy – podpowiadał Cieplak. Przaśni i w złym guście. A jednocześnie skoncentrowani na poważnych tematach i przywiązani do wysokiej formy, której nośnikiem jest literatura romantyczna. Co z tego poetyckiego umiłowania zostaje? Karkołomne wierszyki Lubomira, ale i sami Ułani – napisani znakomitym wierszem. Jego klasę docenić mogliśmy dzięki zespołowi Narodowego – wytrenowanemu w mowie wiązanej jak mało który.
Piotr Cieplak zajął się Rymkiewiczem jako znawca polskiej klasyki, ale też majster od farsy. Ten drugi gatunek nie cieszy się poważaniem wśród polskich twórców teatru artystycznego. Nie brakuje za to reżyserów sięgających po teksty z kanonu, ale i tu Cieplak ze swoją wrażliwością i poczuciem humoru wydaje się twórcą wyjątkowym, zdolnym ożywić i odświeżyć nie tylko romantyków, ale i twórców staropolskich. Jednym z największych sukcesów w jego karierze było XVI-wieczne misterium pasyjne Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, wystawione najpierw w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu (1993), a rok później w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Jeśli chodzi o romantyków, to z powodzeniem mierzył się z komediowym klasykiem, czyli Aleksandrem Fredrą, ale i z wieszczami: Juliuszem Słowackim, a przede wszystkim Adamem Mickiewiczem. O każdym z tej trójki Rymkiewicz napisał co najmniej jedną wybitną książkę, a w samych Ułanach odnaleźć można grę zarówno z Fredrą, jak i Mickiewiczem.
Nie dziwi więc, że w swojej inscenizacji Cieplak nawiązał do dwóch innych, Mickiewiczowskich spektakli, które stworzył w Teatrze Narodowym: Pana Tadeusza (2016)i jego krytycznej kontynuacji, czyli przedstawienia Soplicowo – owocilpoS. Suplement (2016). Rymkiewicz w Ułanach odwołał się do słynnego arcypolskiego eposu, pożyczając z niego kluczową postać – Zosię. Archetyp niewinnej dziewczyny-nagrody dla bohatera-patrioty wzbogacił o erotyczną świadomość, ale też zdroworozsądkowy konkret, co sporo w tej układance zmieniło. Znakomicie wykorzystała to Dominika Kluźniak, której rola spotkała się z powszechnym uznaniem krytyki. Świetnych kreacji mieliśmy w tym przedstawieniu więcej. Choćby Ciotunię Anny Seniuk czy Lubomira Huberta Paszkiewicza. Ułani Cieplaka byli teatrem precyzyjnie zagranym, w którym pozostawało miejsce zarówno na psychologiczny realizm postaci, jak i grę z kliszą i stereotypem. Ostatecznie przeważała ta druga, jak to w zabawie z fantazmatami.

Autor Wieszania i Zachodu słońca w Milanówku do pisania dramatów zniechęcił się dawno temu, przez co wydają się one mniej istotnym elementem jego twórczości niż poezja i eseje. Był jednak czas, gdy Rymkiewicza grano często – zwłaszcza w latach siedemdziesiątych. Największy hit, czyli Król Mięsopust (prapremiera w 1970 roku)w przeciągu dekady doczekał się dwunastu wystawień (w tym jednego radiowego). Ułanów od prapremiery w 1975 roku do końca XX wieku wystawiono osiem razy. W nowym millenium powrócili tylko raz, za to w glorii i chwale. Cieplak udowodnił, że Rymkiewicz nie stracił na aktualności i polski teatr nie powinien tak łatwo o nim zapominać. Dotyka bowiem tego, co wiecznie żywe, czyli Polaków problemów z polskością – a tak naprawdę uniwersalnych rozterek nad istnieniem, historią i tożsamością. Jedną z kluczowych kategorii przedstawienia jest bowiem opozycja między „swoim” a „obcym”. Opozycja, której nie da się rozwikłać, trzeba ją w sobie pomieścić. Trzeba się pogodzić z tym, że jesteśmy żabobocianami.
Spektakl wciąż jest w repertuarze Teatru Narodowego, choć po premierze nie brakowało głosów krytycznych, narzekań na ociężałość formy i zanadto gruby humor tekstu. Trzygodzinne przedstawienie pomieszczone w ciasnej przestrzeni małej sceny w istocie może chwilami męczyć. Ale każde znużenie błyskawicznie wynagradza sceniczną atrakcją. Z reguły słodko-kwaśną, śmieszno-straszną, jak Widmo (Mariusz Benoit) dosiadające zadniej połowy konia, które wyłania się co jakiś czas i coraz jest śmieszniejsze. To książę Poniatowski, który żałośnie próbuje tchnąć w Lubomira i innych żar polskości. „Nasz naród jak lawa” – napisał Mickiewicz, a czytają wszyscy uczniowie polskich szkół. Uwierzył w to rozpoznanie Rymkiewicz. Cieplak jakby wątpi, sugeruje, że temperatura opadła i naród nam stygnie. I dobrze – zdaje się mówić reżyser, Polskę trzeba brać na chłodno. Z zimną krwią. Polacy raczej tego nie potrafią. Tym cenniejsze są przedstawienia, które nas w tym trenują.
Teatr Narodowy w Warszawie, Ułani Jarosława Marka Rymkiewicza, reżyseria Piotr Cieplak, scenografia, kostiumy, światło Andrzej Witkowski, muzyka Paweł Czepułkowski, premiera 10 marca 2018.
https://encyklopediateatru.pl/artykuly/258272/jedyne-mozliwe-zamkniecie-dramatu