Tu nie ma miejsca na miłość
Elżbieta Depta deklarowała, że chce wyjść z estetyki mroku i pokazać historię, która mimo swego brutalnego kontekstu będzie niosła światło i nadzieję. Artystka wywiązała się z tej obietnicy, jednak samo przedstawienie pozostawia poczucie niedosytu.
Małe postacie na tle ogromnego lasu. Zamaszyste, nieregularne pociągnięcia ciemnozielonej farby. Obraz Shoah (Las) Wilhelma Sasnala mimowolnie pojawił się w mojej głowie podczas podróży do gnieźnieńskiej Parowozowni, gdzie swoją premierę miał spektakl U mnie zawsze wszystko dobrze według scenariusza i w reżyserii Elżbiety Depty. Las to milczący świadek wielu historii składających się na wspomnienie Zagłady – również tej.
W najnowszej premierze Teatru im. Aleksandra Fredry (działającego obecnie poza siedzibą) autorka czerpie z prawdziwej historii Mali Zimetbaum i Edwarda Galińskiego – Żydówki z Brzeska i Polaka z Więckowic, osadzonych w Auschwitz-Birkenau. Przedstawienie, które powstało z okazji obchodów osiemdziesięciolecia wyzwolenia obozu, wpisuje się w nurt opowiadania o ważnych dziejowych wydarzeniach i procesach przy pomocy mikrohistorii. W medialnych zapowiedziach Depta deklarowała, że chce wyjść z estetyki mroku i pokazać historię, która mimo swego brutalnego kontekstu będzie niosła światło i nadzieję. Artystka wywiązała się z tej obietnicy, jednak samo przedstawienie pozostawia poczucie niedosytu.
Na rozpoczęcie czekamy przed budynkiem Parowozowni. Po chwili pojawia się inspicjentka Jolanta Skawina w czapce kolejarskiej i prowadzi zebranych do Bronisława (Bogdan Ferenc) – przewodnika i narratora całej opowieści. Mężczyzna, ubrany w długi ciemny płaszcz, przyrównuje się do Erosa i obiecuje, że każdej historii dopisze szczęśliwe zakończenie. Projektuje tym samym nasze oczekiwania.
Podczas plenerowego preludium można poczuć się jak na wycieczce krajoznawczej – Bronisław prowadzi widzów niby grupę turystów, by w końcu ustawić ich w odpowiednim miejscu, z którego dobrze widać rozmawiającą przy drzewie parę narzeczonych: Malę (Magdalena Sildatk) i Charlesa (Maciej Hązła). Charles próbuje przekonać ukochaną do ucieczki z Antwerpii, ona nie chce zostawić schorowanego ojca. Spotkaniu akompaniuje akordeonista.
Po krótkiej retrospekcji zarysowującej kontekst całej historii Bronisław wprowadza widzów do wnętrza Parowozowni. Osadzenie akcji w tym miejscu to najlepsza decyzja reżyserska tego projektu. Surowość i chłód ceglanych murów wywołują pożądany dyskomfort (gdyby nie leżące na krzesłach koce, wychodzilibyśmy ze spektaklu zmarznięci). Z tematyką koresponduje także historia budynku – niszczonego i remontowanego przez Niemców w czasie wojny. Przestrzeń wypełniają metalowe rusztowania, rury i sporych rozmiarów dźwig, którego ramię wisi nad bohaterami przez cały spektakl niczym nieuchronny koniec ich historii. Po chwili otwierają się drzwi i wjeżdża prawdziwy wagon, z którego za chwilę wysiądzie poznana przez nas wcześniej Mala – już jako więźniarka Auschwitz.
Przestrzeń zaadaptowano nie tylko scenograficznie, ale i dźwiękowo. Już od wejścia słychać rytmiczne uderzenia narzędzi w metalowe słupy i symultaniczne oddechy osadzonych kobiet. Niesione echem postindustrialnej hali zrytmizowane dźwięki nadają tempo i wzmacniają napięcie dramaturgiczne. Ich dopełnieniem jest oprawa muzyczna stworzona przez Macieja Szymborskiego. Pojawiają się też obozowe piosenki. To odniesienie do melomańskich upodobań Marii Mandl, komendantki w Auschwitz, która nie pojawia się na scenie, ale wraca w opowieściach.
Główną osią fabularną jest historia miłosna. Mala poznaje Edka (Krzysztof Żarowski), obozowego ślusarza. Ich relacja rozwija się szybko i w ukryciu – za miłość w obozie grozi śmierć. Depta pyta o władzę nad własnym losem w sytuacji sprawczości ograniczonej do minimum. Próbę jej odzyskania obserwujemy na dwóch płaszczyznach: romansu i planowanej przez bohaterów ucieczki, w której pomóc ma jeden z SS-manów, Edward Lubusch (Maciej Hanczewski). Uciekać ma także przyjaciel Edka, czyli Wiesław (Michał Karczewski). To Wiesław Kielar, autor książki Anus mundi, w której opisał i ocalił historię obozowych kochanków.
Próby przejęcia kontroli nad losem komentują strzały wypuszczane w powietrze przez Bronisława/Erosa w znaczących momentach spektaklu – pierwsza niesie miłość, druga śmierć. Ostatecznie Edek i Mala uciekają sami, bez Wiesława. Para ukrywa się w lesie, co widzimy na intymnych fotografiach Dawida Stube wyświetlanych na ceglanej ścianie. To las, który jest bezpiecznym azylem. Zaczynamy wierzyć w zapowiedziany przez Bronisława happy end. Wkrótce jednak kochankowie zostają schwytani i po brutalnych przesłuchaniach gestapo skazani na śmierć.

Sprawczość i wolność są ograniczone, można je odzyskać tylko w sytuacji granicznej i tylko na chwilę. Edek decyduje się podbiec do szubienicy i samemu się powiesić, Mala tuż przed egzekucją podcina sobie żyły kawałkiem szkła. Bohaterowie otwierają potężne drzwi ciemnej Parowozowni i wychodzą w jasną przestrzeń. To obiecane przez reżyserkę światło nadziei. Całość spina kompozycyjną klamrą ujawnienie, że tajemniczy Bronisław to Edward Lubusch, który po dezercji z Auschwitz przejął tożsamość polskiego żołnierza Bronisława Żołnierowicza i w późniejszych latach pracował jako przewodnik turystyczny.
Niestety, nawet tak ciekawa historia źródłowa, w przemyślany sposób zaaranżowana przestrzeń i zanurzenie widza w hipnotyzującej fonosferze – nie przysłoniły mankamentów przedstawienia. Linearna narracja i dość przewidywalne środki aktorskie sprawiają, że spektakl nie zaskakuje, szczególnie tych widzów, którzy wcześniej zapoznali się z losami Mali i Edka. Na scenie oglądamy coś w rodzaju melodramatu rozbudowanego o slapstickowe i sensacyjne elementy, które momentami przysłaniają główny wątek. Brakuje w tej scenicznej interpretacji przełamania schematu i estetycznej odwagi.