Ku pokrzepieniu serc
Chłopki ze Współczesnego wahają się między dobitną narracją o historycznej krzywdzie a podejrzanie uroczą celebracją rodzinnych opowieści.
Na plakacie Chłopek z Teatru Współczesnego w Warszawie ostrze siekiery przybiera kształt serduszka. Grafika trafnie oddaje koncept adaptacji bestselleru Joanny Kuciel-Frydryszak. Reżyser Sławomir Narloch przeplata udramatyzowane fragmenty książki z nagraniem wspomnień prababci, Heleny Pluty, a aktorowi Marcinowi Stępniakowi – jedynemu mężczyźnie na scenie – każe grać Prawnuka, swoje sceniczne porte-parole.
Dominuje ton sentymentalny. Choć sporo tu przemocy, bólu i biedy – jak w książce i jak w rzeczywistości – to miłość do syna okazuje się silniejsza niż fizyczna agresja ze strony męża, a marzenia o lepszym życiu niż bieda. Chłopki ze Współczesnego wahają się między dobitną narracją o historycznej krzywdzie a podejrzanie uroczą celebracją rodzinnych opowieści.
Istotny zdaje się moment, gdy Narloch wrzuca znienacka, u początku drugiej części przedstawienia, krótką wstawkę z Dziadów – niby to w ramach spirytystycznego seansu przywoływania widm. Gdy pada to zaklęcie z narodowego arcydramatu Mickiewicza, mimowolnie głucho wzdycham – czy naprawdę nawet nasze wiejskie (pra)babki i krytykę społeczną musimy przebierać za narodowy rytuał? Choć reżyser próbuje to zrobić, zamiast nastroju świętokradzkiego obrzędu panować będzie atmosfera rodzinnych imienin. Tyle tylko, że ciocia nagle opowiada o swojej nieudanej próbie aborcji i o tym, że właściwie to długo głodowała i bił ją mąż. Wypowiedzi dotyczące aborcji i ludowych sposobów mających spowodować przerwanie ciąży literalnie przeniesione z książki wybrzmiewają w spektaklu mocno. Szybko jednak wracają opowieści bardziej krzepiące, a sceniczne chłopki uwodzą urokiem, dowcipem i zaradnością.
Wszystko to grane jest mocno staroświecko, w nieco deklamacyjnej manierze, jakby chodziło o dziewiętnastowieczną komedię jakiegoś Bałuckiego, a nie wyprawę w głąb archiwum historii ludowej. Gdyby reżyser to pokrętło jeszcze troszkę przekręcił w stronę archaicznej konwencji teatralnej, zrobiłaby się z tego być może interesująca, przewrotna stylizacja, gra z formą. Nie to się tu jednak wydarza.
Bicie i bicie w bęben
Kto w Chłopkach radzi sobie najlepiej aktorsko? Może grająca z komicznym zacięciem Joanna Jeżewska. Narloch napisał jej rolę Matki Boskiej ingerującej w sceniczny świat. Aktorka wciela się też w Konstancję Zieję – chłopkę-innowatorkę, słuchającą radia i wprowadzającą różne nowości do swojego gospodarstwa. Jak się zdaje, trochę na złość sąsiadce. Narloch niemal kabaretowo eksploatuje stary, dość ograny motyw stereotypowej wiejskiej kobiecej zazdrości. Przewrotnie „nowoczesność” postaci Jeżewskiej wróci w drugiej części, gdy okaże się, że razem z rolniczymi innowacjami radio przekazuje jej też nowoczesny polityczny antysemityzm, włącznie z ideą bojkotu gospodarczego Żydów. To znów jeden z dosadniejszych momentów przedstawienia.
Przede wszystkim jednak na tle zespołu wybija się Elżbieta Zajko, grająca leżącą na wozie chorą Antosię. Zajko przyszła do Współczesnego niedawno, przedtem była w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza. Prowadzi swoją postać zupełnie inaczej niż wszyscy dookoła, nadaje jej pewien rys niesamowitości, wyostrza kontury. Widać, że jest z innego teatru niż ten, który w Chłopkach dominuje.
Ale są przecież momenty, w których Narloch ma pomysł na formę dla swojej opowieści. Tak jest w jednej czy dwóch scenach o przemocy domowej. Sytuacja jest umowna – uderzenie pięścią to uderzenie bębna. Nie trzeba tego „malować słowem” ani zagadywać szkolnym zadaniem aktorskim w monologu czy w scenie w parze.
Wrażliwość teatralna Narlocha wyrasta przecież z takiej umowności. Przez lata działał (jeszcze przed rozpoczęciem szkoły teatralnej) w Teatrze Pijana Sypialnia – tworzonym w znacznej mierze przez amatorów, łączącym duże formy z poczuciem humoru w stylu nieco retro, choć mającym dużo wdzięku, lubiącym sceny grupowe z orkiestrą grającą na żywo. Po studiach na Wydziale Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej, po premierach między innymi u Jana Englerta w Teatrze Narodowym czy wystawieniu Wesela Wyspiańskiegona cały zespół Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie – reżyserowi dalej najlepiej wychodzą grupowe sceny śpiewane oraz elementy chwilami dosadniejszej, ale raczej łagodnej groteski. Zupełnie jak w Pijanej Sypialni. Narloch potrafił w ten sposób zaczarować widza – i z widzami Teatru Współczesnego też mu się to, jak sądzę, udało.
Trauma ku pokrzepieniu serc
Historia zwrotu ludowego w teatrze III RP: od gniewnego krzyku Moniki Strzępki w Dramatycznym, gdzie w 2011 roku miało prapremierę W imię Jakuba S. Pawła Demirskiego, z mięsem wściekle rąbanym tasakiem i z widłami wbitymi w plecy – do czyściutkich (nawet gdy mowa o gnoju) i grzecznych (nawet gdy zapląta się gdzieś wulgaryzm) gawęd Narlocha. Daleką drogę przeszliśmy przez te czternaście lat, choć przecież między Dramatycznym a Współczesnym jest tylko jedna stacja metra do przejechania.
Odległe powidoki teatru Strzępki mogą zresztą chwilami błysnąć w pamięci, gdy ogląda się te Chłopki. „Zachodźże słoneczko, kiedy masz zachodzić” – taki śpiew otwierał Bitwę warszawską 1920 z krakowskiego Starego Teatru (premiera 22 czerwca 2013). Matkę Boską jako konkretną i asertywną kobietę w wieku średnim, bezceremonialnie i z impetem ogarniającą nieogarniętych Polaków (i Polki), widzieliśmy w inspirowanym postacią Magdy Gessler M.G., ostatnim wspólnym spektaklu Strzępki i Demirskiego, powstałym w warszawskim Teatrze Polskim (premiera 19 lutego 2021) – drobna aluzja do Gessler pojawia się i w tych Chłopkach.

I nie, nie myślę, że Narloch zrzyna ze Strzępki ani nawet że robi jakieś świadome nawiązania, jakiś homage dla najważniejszej polskiej reżyserki teatralnej bieżącego stulecia. Te rzeczy niejako wiszą w powietrzu, są i w mazowieckich piaskach, i w galicyjskim czarnoziemie – Strzępka nie wynalazła polskiej pobożności maryjnej ani ludowych piosenek. Uderza tylko, jak bardzo różny można z tych elementów robić użytek. No, ale polski teatr jest różnorodny i tym właśnie bogaty.
Taka lektura Chłopek, jaką proponuje Narloch, nie jest przecież nieuzasadniona. Nawet jeśli drażnią mnie czułostkowość i sentymentalizm spektaklu z Teatru Współczesnego, to nie da się ukryć, że za tak wielką popularnością bestselleru Kuciel-Frydryszak nie stoi klasowy gniew (a przynajmniej nie tylko on), tylko emocja rodzinna, przywoływana już podtytułem książki: „Opowieść o naszych babkach”. Międzygeneracyjna trauma uwalniana ku pokrzepieniu serc. Narloch nie obiecuje przecież nic innego, ba – obiecuje właśnie to. W jednej z zapowiedzi spektaklu pojawiały się deklaracje reżysera, że Chłopki mają być „pokrzepiającą opowieścią o ludzkim trudzie, pochwałą codziennej pracy i niezłomności życia od poniedziałku do niedzieli”.
To, przypomnijmy, już trzeci spektakl według Chłopek w ciągu trzynastu miesięcy – wcześniej były luźno inspirowany książką, dobitny, bezczelny i kampowy spektakl Jędrzeja Piaskowskiego i Huberta Sulimy w Legnicy i wyreżyserowany przez Tomasza Cymermana w Studium Aktorskim im. Aleksandra Sewruka dyplom, pokazany niedawno na krakowskim festiwalu Boska Komedia. Znamienne, że spektakle i Narlocha, i Piaskowskiego – tak różne – już plakatem bardzo wyraźnie nawiązują do okładki książki Kuciel-Frydryszak. Polityka teatralna jest tu więcej niż jasna – bestseller książkowy ma się przełożyć na bestseller teatralny.
We Współczesnym powstał sceniczny produkt spełniający swoją funkcję. Bawi i wzrusza, polityczne wątki, wciąż obecne, zostawiając w tle. Ludzie będą chcieli to oglądać.