Mam jeszcze tyle pomysłów

Mam jeszcze tyle pomysłów
Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, reż. Emi Buchwald / fot. Studio Munka SFP
MŁODE OSOBY AKTORSKIE. – Liczba zadowolonych odbiorców nie jest dla mnie wyznacznikiem sukcesu – deklaruje Izabella Dudziak. Rozpoczynamy cykl przedstawiający nowe pokolenie aktorskie.

ADRIANNA WOLIŃSKA: Szukając do Ciebie kontaktu, najpierw próbowałam znaleźć Cię na Instagramie. Aktorzy i aktorki czasem podają tam adresy mailowe w biogramie. Niestety, nie znalazłam ani maila, ani konta. Nie korzystasz z mediów społecznościowych? To dziś możliwe dla młodej aktorki – nie promować się online?

IZABELLA DUDZIAK: Przyznaję, że moja relacja z portalami społecznościowymi jest burzliwa. Raz usuwam wszystkie konta, później znów je aktywuje i staram się chociaż repostować relacje dotyczące pracy. Próbowałam, ale nie umiem korzystać z sosziali w sposób, który przyniósłby mi więcej korzyści niż strat, i chociaż mam świadomość, jak nieskończenie wielkie jest to pole do szukania inspiracji, to łatwo mi wpaść w tryb oglądania relacji znajomych-nieznajomych i w konsekwencji gubić mnóstwo czasu. Poza tym czuję też, że portale społecznościowe oparte na kreowaniu swojego wizerunku podbijają mi poziom lęku. Zaczynam się porównywać z całym światem i na dodatek nie wiem, na ile rzeczywistym. To jest już zbyt pogmatwane, jak na moją kruchą psychikę. I chociaż zdarzyło mi się wygrać casting, a następnie dostać informację, że nie zagram tej roli z powodu niewystarczającej liczby obserwujących, to nie zamierzam poświęcać dużo uwagi na samopromocję w sieci. Chciałabym, żeby o mojej wartości świadczyła moja praca i jej jakość.

AW: Myślisz, że ci, którzy właśnie teraz wchodzą do zawodu, także będą mieli przywilej wyłączenia się z internetowej działalności?

ID: Nie jestem jeszcze pewna, na ile jest to przywilej, a na ile decyzja. Jeśli nowe pokolenie będzie miało taką potrzebę, to może spróbować powalczyć. Ja zachęcam chociaż do przerw w soszialach, bo to daje inny rodzaj skupienia. Jest tyle książek i filmów, które budują wewnętrzne światy, a także inspirują twórczo, że szkoda tracić czas na przeglądanie treści niewiele znaczących. Jeśli którakolwiek z osób czytających będzie potrzebowała poleceń książkowych czy filmowych, to może śmiało do mnie napisać.

AW: Podczas zeszłorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni film z Twoim udziałem, Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej w reżyserii Emi Buchwald, zdobył aż cztery nagrody. To historia o czwórce rodzeństwa, które wchodzi w dorosłość, szuka swojej drogi, a jednocześnie bardzo się o siebie nawzajem troszczy. Twoja bohaterka ma w sobie wiele sprzeczności – z jednej strony ucieka od relacji romantycznych, mimo że jej zależy, z drugiej, kiedy chodzi o rodzinę, nie odpuszcza i wydaje się najbardziej sprawcza z całej czwórki. Takie trudne rodzinne historie przerabiałaś już w spektaklach Katarzyny Minkowskiej, w Kiedy stopnieje śnieg i Moim roku relaksu i odpoczynku. Czy to doświadczenie było pomocne w budowaniu roli Nastki w filmie Buchwald?

Mój rok relaksu i odpoczynku, reż. Katarzyna Minkowska / fot. Monika Stolarska / Teatr Dramatyczny w Warszawie

ID: Czuję, że to trochę inne tematy i inne motywacje postaci, a także inna skala problemów. Mój rok relaksu i odpoczynku traktuje o żałobie, nieumiejętności jej przejścia, o uzależnieniu, które daje prowizoryczną ulgę w cierpieniu. Siostra z Kiedy stopnieje śnieg jest owładnięta wyrzutami sumienia, poczuciem bycia gorzej traktowaną i nerwami, które ją przytłaczają. Z kolei filmowa Nastka jest już z innego świata – walczy o bycie tu i teraz, a dobro rodzeństwa jest dla niej nadrzędne. Chociaż wiesz, jak teraz je wymieniam, to widzę wspólną cechę w determinacji do osiągania swoich celów. Mam też poczucie, że przechodziłam w życiu wszystkie te postaci, a teraz najbliżej mi do ostatniej, ale może dlatego, że jest najświeższa. Trudno mi zaakceptować fakt, że już nic u Nastki nie ulepszę. Mam jeszcze tyle pomysłów, jak pogłębić jej charakter, ale ostatni klaps już padł i teraz jest osobnym bytem. Teatr daje mi więcej czasu na rozwój postaci, czasem całe lata.

AW: Jakie macie z Nastką punkty wspólne?

ID: Do Nastki, na obecnym etapie życia, najbliżej mi w sposobie odkrywania, kim tak naprawdę jestem – ja sama i ja w kontekście różnych relacji. Podążam za intuicją i staram się delikatnie traktować swoją wrażliwość, niczego nie hamować, obserwować, gdzie mnie to zaprowadzi. Podejmuję ryzyko, kiedy czuję, że inaczej nie znajdę spokoju, ale to chyba właśnie jest walka o samą siebie. Strategie, które przyjmuję, są dla mnie świeże, więc jeszcze nie znam ich długofalowych efektów, ale sprawdzam i daję sobie szansę na bycie odrębną, indywidualną jednostką.

Podążam za intuicją i staram się delikatnie traktować swoją wrażliwość, niczego nie hamować, obserwować, gdzie mnie to zaprowadzi. Podejmuję ryzyko, kiedy czuję, że inaczej nie znajdę spokoju.

AW: Wszystkie wspomniane bohaterki są ciekawe od strony psychologicznej. Nie są jedynie ozdobą sceny – mają własną opowieść i są wplątane w rozmaite historie. Są też neurotyczne i na swój sposób tragiczne, czasami trochę z syndromem pick-me girl, dziewczyny „innej niż wszystkie”. Wyobrażam sobie, że byłabyś idealną kandydatką do roli jednej z bohaterek Sally Rooney. Jak czujesz się w takim psychologicznym graniu? To wciąż miłe wyzwanie czy raczej chętniej skręcasz w stronę eksperymentów?

ID: Lubię grać klasyczne konstrukcje, ale przynależenie do zespołu TR-u to gwarancja szaleństwa w performatywnej formie, więc mam miejsce, żeby dać upust abstrakcyjnemu myśleniu.

AW: Może jest jakiś typ bohaterki, której w polskich narracjach teatralno-filmowych ci brakuje?

ID: Fantazjuję sobie o rolach filmowych, w których mogłabym poszaleć, o silnych, wyrazistych charakterach rodem z Seana Bakera, Jarmuscha czy Leosa Caraxa, ale mogłabym też zrzec się mocnych postaci i zamienić w aktorkę-modelkę u Kaurismakiego, Bruno Dumonta, Carlosa Reygadasa czy Alberta Serry. Tyle jest kina autorskiego na świecie, ach… Jestem dumna z Emi i jej determinacji do stawiania swoich warunków i kibicuję jej na tej drodze. Z polskich twórców marzy mi się praca z Anką i Wilhelmem Sasnalami, Agnieszką Smoczyńską i Magnusem von Hornem, ale jeszcze nie wiem, jak zagadać.

AW: Po sukcesie Duchów pewnie pojawią się kolejne propozycje serialowo-filmowe. Wyobrażasz sobie scenariusz, w którym porzucasz teatr?

ID: Wolę sobie tego nie wyobrażać. Trudno jest zgrać kalendarze filmowe i teatralne już na tym poziomie, co mój, ale mam przykłady kolegów i koleżanek z zespołu, którzy cały czas biorą udział w produkcjach poza teatrem i potrafią godzić te światy. TR płynie już w mojej krwi i nie wyobrażam sobie rezygnacji z bycia jego częścią.

AW: Czy pracując nad duchami Duchami, czułaś, że to jest rzecz, która tak się spodoba ludziom? A przynajmniej krytykom, bo premiera kinowa jeszcze przed nami.

ID: Wiesz, współtworząc projekty, nie myślę o tym, jak odbiorą je widzowie czy krytycy. Może wyda Ci się to egocentryczne, ale najważniejsze jest dla mnie, żeby idea zabrała mnie samą. W przeciwnym razie nie jestem w stanie się zaangażować na takim poziomie, jaki pozwala mi na dobre, jakościowe kreacje. Poza tym wiele tytułów, które odkryłam i które mnie ukształtowały, nie trafiło na szerszy rynek, więc liczba zadowolonych odbiorców nie jest dla mnie wyznacznikiem.

AW: Co jest najtrudniejsze w byciu młodą aktorką?

ID: Najtrudniej było mi nie tracić wiary we własne umiejętności na samym początku drogi, tuż po skończeniu studiów. I chociaż już na drugim roku debiutowałam w dużej roli w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, nie pociągnęło to za sobą kolejnych angaży. Podejmowałam się różnych prac, które nie były związane ze sztuką: pracowałam w komisie odzieżowym, na kuchni w pizzerii, w sklepie w galerii handlowej. Starałam się nie poddawać, zarabiać tyle, żeby starczyło na utrzymanie, i brać udział, najczęściej wolontariacko, w krótkich metrażach czy małych formach teatralnych. Gdy kończysz studia aktorskie, niewiele zależy od ciebie. Śmieję się, ale jest to śmiech przez łzy, że aktorów się „odkrywa”. Żeby zostać odkrytym, trzeba się postarać o to, żeby zostać zauważonym, a ja nigdy nie byłam najlepsza w tak zwany networking, więc potrzebowałam pomocnej ręki. Miałam to szczęście, że na produkcji w Filmówce w tym samym czasie co ja studiował chłopak, który podszedł do mnie po jednym egzaminie i powiedział: „Kochana, jeśli będę kiedyś reżyserem teatralnym, to chciałbym, żebyś u mnie grała”. Był to Wojtek Rodak. On połączył mnie w pierwszej współpracy z moim wspaniałym przyjacielem i najlepszym partnerem scenicznym Mateuszem Górskim, później zaproponował mnie Oldze Ciężkowskiej, a Paweł Kulka, który obecnie zasiada w radzie artystycznej TR, oglądał ich egzaminy w ramach Forum Młodej Reżyserii i tak miał szansę zobaczyć, co potrafię. Miałam szczęście.

Najtrudniej było mi nie tracić wiary we własne umiejętności na samym początku drogi, tuż po skończeniu studiów. Podejmowałam się wtedy różnych prac, które nie były związane ze sztuką: pracowałam w komisie odzieżowym, na kuchni w pizzerii, w sklepie w galerii handlowej.

AW: No właśnie, sporo pracowałaś z twórczyniami i twórcami teatralnymi młodego pokolenia: Olgą Ciężkowską, Wojtkiem Rodakiem, Janem Jelińskim, Emmą Hütt czy wspomnianą już Kasią Minkowską. Czy praca z młodymi osobami różni się od współpracy z bardziej doświadczonymi twórcami? Czy można mówić o jakiejś nowej, pokoleniowej wrażliwości?

ID: Nie mam jeszcze na tyle bogatego doświadczenia, żeby porównywać pokolenia reżyserów, bo za mało pracowałam z tymi bardziej doświadczonymi. Może uda nam się spotkać za kilka lat i wtedy, mam nadzieję, że będę mogła odpowiedzieć na to pytanie. 

AW: Któraś ze współprac szczególnie utkwiła Ci w pamięci?

ID: Współpraca z Michałem Borczuchem i Tomaszem Śpiewakiem była dla mnie rewolucją w myśleniu o teatrze. Wspólnie pracowaliśmy nad inscenizacją Czarodziejskiej góry i przyznam, nie sądziłam, że można potraktować tę książkę z taką lekkością. Wcześniej czytałam ją jak kanoniczną prozę, z szacunkiem i podziwem dla kunsztu Manna, ale też bez dystansu. Koledzy poprowadzili mnie w nieznane rejony. W spektaklu gram postać medium, które pomaga Hansowi Castorpowi porozmawiać ze zmarłym kuzynem. Tomek napisał jakiś totalnie pogmatwany monolog, który ma udowodnić mój talent do kontaktu z zaświatami. Jest to kompilacja harlequina z serialem detektywistycznym, przeplatana rozbudowanymi opisami przyrody pochodzącymi z książki. Michał z kolei popchnął mnie do bycia bezczelnie zadziorną, zgodził się na pomysł obsadzenia w roli ducha inspicjenta. Spotkanie ich na teatralnym szlaku roznieciło we mnie potrzebę szukania tam, gdzie zwykle nie zaglądałam. Cały czas myślę o tym tytule, mam potrzebę rozwijania mojej postaci i wymyślania nowych niespodzianek dla partnerów na scenie. To wymaga ode mnie skupienia, ale świetnie się przy tym bawię i nie mija mi pragnienie na więcej.

Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, reż. Emi Buchwald / fot. Studio Munka SFP

AW: Jesteś absolwentką Szkoły Filmowej w Łodzi. Etat w jednym z najciekawszych warszawskich teatrów to spełnienie marzeń czy w Filmówce marzy się raczej o wielkim ekranie?

ID: Nasz zespół jest wyjątkowo obfity w absolwentów Łodzi, co rzeczywiście jest nietypowe. Oprócz mnie w Filmówce studiowała Maria Maj, skończyli ją też Tomek Tyndyk, Dobromir Dymecki, Aga Żulewska i Justyna Wasilewska.

AW: Te ostatnie lata bycia na stałe częścią zespołu aktorskiego w teatrze coś zmieniły w Twoim podejściu do gry i procesu twórczego?

ID: Na pewno zrozumiałam, że lubiący się i szanujący wzajemnie zespół to gwarancja jakości prezentowanej sztuki. Na pewno w przypadku teatru. Pierwsze wyzwanie, jakie dostałam w TR-ze, to było zastępstwo Agnieszki Żulewskiej w Cząstkach kobiety Kornéla Mundruczó na festiwalu w Rzymie. Możesz sobie wyobrazić, jaka to była dla mnie, aktorki bez doświadczenia, duża rzecz. Zaraz po potwierdzeniu tej informacji zaczęłam się przygotowywać. Pamiętam, że obsesyjnie oglądałam rejestrację spektaklu, chcąc wiedzieć, którą ręką podnoszę jabłko, a którą nóż. Kiedy doszło do pierwszej próby, miałam tekst wykuty na pamięć, choreografię sceny tańca ze wstążkami wyświetloną w głowie i czułam, że znam każdą pauzę. Na miejscu okazało się, że aktorzy działają w pewnych ustalonych ramach, ale nie są one na tyle sztywne, żeby gesty czy intonacje dokładnie się powtarzały. Słyszałam teksty, których nie było w scenariuszu, i zaczęłam się bać, że nie będę w stanie wejść w choć najmniejszą improwizację, ale zespół utwierdzał mnie w przekonaniu, że jeśli coś pomylę, czegoś nie powiem albo się potknę, to tylko ciekawiej, bo wniesie to coś nowego i sprawi, że reszta obsady przeprowadzi wątek w inny.

Teraz, po kilku latach, kiedy czuję się wśród członków zespołu jak w rodzinie, znam ich historie, mocne i słabe punkty i darzę ich nieskończonym uwielbieniem, stoję po drugiej stronie. Kiedy w ramach zastępstwa przychodzi doangażowana aktorka, staram się powtarzać jej to samo: „pamiętaj, że jeśli o czymś zapomnisz lub zrobisz coś w inny sposób, niż zamierzałaś, zespół uratuje sytuację i na dodatek będzie czerpał przyjemność z improwizacji”. To naprawdę ściąga dużo napięcia. Kiedy byłam młodsza, często wątpiłam w swoją wartość. Teraz, kiedy patrzę na tę grupę, którą skompletował Paweł Kulka, myślę sobie, że jeśli do niej należę, to nie może być ze mną aż tak źle (śmiech). Tak więc nie wiem, czy zmieniło się moje podejście do pracy, ale na pewno zyskałam więcej odwagi dzięki kolegom i koleżankom. Proponuję wszystko, co przyjdzie mi do głowy, nawet najgłupsze pomysły, i nie obawiam się oceny innych, bo wiem, że nie mam się czego bać.

Izabella Dudziak – aktorka TR Warszawa, w zespole TR od stycznia 2022 roku. Absolwentka Szkoły Filmowej w Łodzi. Wystąpiła m.in. w spektaklach: Tom na wsi (reż. Wojtek Rodak, 2022), Rodzina (reż. Justyna Wielgus, 2022), Mój rok relaksu i odpoczynku, Kiedy stopnieje śnieg (reż. Katarzyna Minkowska, 2024) i Czarodziejska góra (reż. Michał Borczuch, 2024). Zagrała jedną z głównych ról w wielokrotnie nagradzanym filmie Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej (2025) w reżyserii Emi Buchwald.

Adrianna Wolińska

Doktorantka Uniwersytetu Łódzkiego, absolwentka studiów magisterskich Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie oraz studiów licencjackich produkcja teatralna i organizacja widowisk na Uniwersytecie Łódzkim. Współpracuje z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Publikowała w „Dialogu”, „Czasie Kultury” i „Czasie Literatury”.