Po żadnej stronie
Po najnowszej premierze już widać, że Paweł Łysak nie chce w Łodzi tworzyć kolejnego „teatru, który się wtrąca”. Choć jako dyrektor wybiera tematy społecznie zaangażowane (przemoc wobec kobiet, prawa zwierząt, wojna), to podaje je w ostrożnej, średnioklasowej formie. To zrozumiała strategia.
Paweł Łysak w pierwszym sezonie swojej dyrektorskiej kadencji w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi wystawił najbardziej znaną powieść najpopularniejszego ukraińskiego autora – Internat Serhija Żadana. To pierwsza premiera na scenie kameralnej i trzecia w tym roku (po Czasie na wielki numer Barbary Bendyk na małej i głośniejszym Prowadź swój pług przez kości umarłych Leny Frankiewicz na dużej scenie). Kiedy grudniową premierę zaszczyciła noblistka, cała sala wstała i rozległy się oklaski. W ubiegły weekend nie zabrakło w Łodzi także Żadana, który przyjechał zobaczyć prapremierę swojego tekstu na scenie.
Piszę tę towarzyską kronikę nie po to, żeby pochwalić się zdobytymi autografami, ale by powiedzieć o pomyśle na tworzenie w Łodzi teatru, który będzie zapraszał kulturalne miasto, a może nawet je kształtował. W tym celu od czasu do czasu posłuży się głośną literaturą, a ci, którzy wymienionych pozycji wcale nie czytali (ale usłyszeli, że warto byłoby je znać), przyjdą zobaczyć przedstawienie. I to jest pomysł dobry, bo umówmy się, Łodzianom teatr snu z powiek nie spędza. Ponoć 2026 to rok powrotu analogowych rozrywek, więc może jest szansa, żeby z Jaracza zrobić miejsce zwyczajnie modne?
Wydaje się, że Łysak (tym razem w dyrektorskiej parze z łódzką producentką wydarzeń kulturalnych Kamilą Golik) nie chce tworzyć kolejnego „teatru, który się wtrąca”, jak to robił w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Choć jako dyrektor wybiera tematy społecznie zaangażowane (przemoc wobec kobiet, prawa zwierząt, wojna), to podaje je w ostrożnej, średnioklasowej formie, która po wyjściu widzów z teatru specjalnie im nie ciąży, ale pozwala poczuć się umoralnionym. W końcu spędziliśmy te dwie, trzy godziny, myśląc o tym, co ważne. To, co piszę, może brzmieć drwiąco, ale w istocie kibicuję tej strategii, bo uwzględnia ona prawdziwe potrzeby publiczności, nie jest też zupełnie pozbawiona ambicji artystycznych.
Widziałam przecież pustki na widowni Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi, kiedy dyrektorką była tam Dorota Ignatjew (odkąd nie jest, raczej tam nie bywam). Propozycja Ignatjew była odważna. Prawie całą małą scenę oddała w ręce młodych, debiutujących twórców. Projekt „Nowy i młodzi” prowadzony we współpracy z krakowską Akademią Sztuk Teatralnych kuratorował wykładowca uczelni Remigiusz Brzyk. Spektakle były lepsze lub gorsze, pewnie rozczarowujące dla tych, którzy szli do teatru raz do roku i pragnęli przeżycia przez wielkie „p”, a dostawali Forum Młodej Reżyserii, ale to tam pierwsze kroki stawiali m.in. Olga Ciężkowska (Wszyscy jesteśmy dziwni, 2021), Piotr Pacześniak (Ludowa historia Polski, 2021), Wojtek Rodak (Praktyka widzenia, 2022) czy Anna Obszańska (Carmen, 2023). To także tam został zatrudniony transpłciowy aktor Edmund Krempiński, debiutujący w spektaklu Dobrze ułożony młodzieniec (2023) w reżyserii Wiktora Rubina na dużej scenie. Gościli tam także Remigiusz Brzyk (dwa razy), Michał Buszewicz czy Robert Talarczyk – bez wielkich sukcesów. Krótka dyrekcja obecnej dyrektorki Narodowego Starego Teatru w Krakowie zapisze się w pamięci młodej teatrolożki, ale nie sądzę, by Łodzianie i Łodzianki wysyłali tęskne listy do Krakowa. Obecnie w Nowym nastał dziwny marazm, co podbija nadzieje i oczekiwania związane z nową dyrekcją w sąsiednim Jaraczu.

Łysak z książką Żadana nie eksperymentuje. Inscenizuje powieść, zachowując bieg wydarzeń, choć stawia wyraźne akcenty w miejscach, które uznaje za najbardziej istotne. Czterdziestoparoletni, mieszkający z ojcem nauczyciel (Sambor Czarnota) wyrusza w drogę do internatu, aby zabrać do domu siostrzeńca (Kacper Męcka), ponieważ w ogarniętym wojną kraju sprawy mają się coraz gorzej. Już z wyświetlanego na ekranie telewizora nagrania, które otwiera spektakl, dowiadujemy się, jakim typem bohatera jest Pasza. Na wideo widzimy kobietę i mężczyznę w łóżku. Ona mówi, że czas uciekać przed wojną, on nie widzi sensu w ucieczce, chce zostać, nie jest po żadnej ze stron, ta wojna go nie dotyczy. Domyślamy się, że kobieta odeszła, później w spektaklu nie ma już po niej śladu. To właśnie w tej postawie, tak powszechnej dziś apolityczności (braku wartości), doszukiwałabym się tematu, który Łysak chce podjąć. Tematu, na który przydałoby się otworzyć oczy, bo tym, którzy obracają dużymi pieniędzmi, zależy na tym, by pozostały zamknięte.
Ostatnio kilka słów prawdy wymsknęło się Krzysztofowi Stanowskiemu, który ostatecznie ośmieszył wszystkich obrońców Kanału Zero, przypisujących mu obiektywność. „Chciałem, żeby to było medium dla każdego, ale też skręt był nieunikniony. Dla mnie w Kanale Zero może być mnóstwo treści lewicowych, nie mam nic przeciwko, ale ludzi o poglądach lewicowych jest względnie mało, więc siłą rzeczy takie materiały się gorzej oglądają. Jak takie materiały się gorzej oglądają, to wówczas twórcy, którzy je tworzą, są mniej znani […], te treści się gorzej niosą. Dobrze się niosą te treści, które są gdzieś w społeczeństwie popierane. Ale jeśli ten przechył się zmieni i lewica będzie tu, a prawica tu, to myślę, że Kanał Zero też się zmieni, bo my nie mamy takiej tożsamości, jaką chce się nam wmawiać”. Takie mamy w Polsce dziennikarstwo, tak są kształtowane postawy obywatelskie; karmi się ludzi tym, co się najlepiej monetyzuje. W Kanale Zero pojawił się niedawno reportaż z wycieczki Marii Wiernikowskiej do ciepłych rosyjskich domów, do przyjaznych i bogu ducha winnych Rosjan. Mijają cztery lata od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, chciałoby się zapomnieć, że jakaś wojna jeszcze trwa, zatem rozpoczyna się ocieplanie wizerunku Rosji. Czasem za pieniądze Kremla, czasem nie. To się kliknie. To się sprzeda. To się spodoba kolegom, którzy mają w opisie na Tinderze czy innym Bumblu: „apolityczny”. Oni nie są przecież po żadnej stronie. A faszyzm ma się świetnie, coraz lepiej.
Bohater Żadana nie ogląda telewizji, nie czyta wiadomości, nie bardzo interesuje się czymkolwiek poza prozą swojego życia. Tę bierność i alienację wyczuwa się tu nie tylko dzięki świetnie portretującemu Paszę Samborowi Czarnocie, ale także w dusznej atmosferze przedstawienia i narracji, jaką stosuje Łysak. Wszystko jest tu jakby dziwacznym snem. Pasza siada na krześle i patrzy, jak różne rzeczy same mu się przytrafiają; wchodzą kolejne postaci, które czegoś od niego chcą. Ktoś bierze kąpiel, ktoś rzuca granat, wszystko jedno. Jedną z pojawiających się osób jest Peter (Krzysztof Wach), pewny siebie dziennikarz z tego drugiego kraju, który opowiada coś Paszy o interpretacji historii, stawiając przy tym na ciele martwego żołnierza dwa kieliszki i nalewając do nich wódkę. Ta scena dzieje się dwa razy niemal w identycznym układzie – jest klamrą przedstawienia. Pokazuje nam przy tym przemianę bohatera – za drugim razem Pasza jest już jakby innym człowiekiem.
To nie jest spektakl o wojnie, więc nie słychać wybuchów, są jednak ich imitacje: uderzenie o ziemię kopniętego metalowego kontenera, z którego wysypuje się czarna ziemia, czy spadające z sufitu książki w walącym się budynku internatu. Są także opary dymu i projekcje zbombardowanego miasta. Słowa bohaterów odbijają się słabym echem, a muzyka Dominika Strycharskiego potęguje ten oniryczny charakter.
Najważniejsza scena dzieje się w internacie. To właściwie jedyny moment przedstawienia, w którym nie tylko z ciekawością przyglądam się inscenizacji, ale czuję się poruszona. Schronieni w szkolnym bunkrze Pasza, dyrektorka szkoły (Ewa Audykowska-Wiśniewska) oraz wuefista (Andrzej Wichrowski) – ta dwójka jako jedyna została, by pilnować uczniów, których opiekunowie dotąd nie zabrali – rozmawiają o własnym dzieciństwie, o czasach normalności, której obecnie brakuje dzieciom. W trakcie rozmowy Pasza przyznaje, że nie jest po żadnej stronie toczących się walk. To wyprowadza dyrektorkę z równowagi: „A kiedy strzelają do pana siostrzeńca, też nie jest pan po żadnej stronie?” – pyta wyraźnie przejęta, co pięknie wygrywa Audykowska-Wiśniewska. To moment przełomu, nazwania rzeczy po imieniu, który dzieje się prawie dokładnie w połowie powieści i połowie spektaklu. Trudna droga powrotna uświadamia bohaterowi, że kiedy chodzi o życie, nie da się nie zajmować stanowiska, bo wtedy ktoś zajmuje je za nas, a najczęściej przeciwko nam.