Polski teatr nieromantyczny

Polski teatr nieromantyczny
Wichrowe Wzgórza. Love To Die, reż. Klaudia Hartung-Wójciak / fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski w Bydgoszczy
Miłość romantyczna to dla teatru artystycznego wciąż temat trzeciorzędny. Inaczej niż dla całej reszty współczesnej kultury. Dlaczego artyści nie robią spektakli o miłości? Boją się ckliwości? A może nie potrafią?

Wokulski nie kocha Łęckiej. Przynajmniej nie w Lalce w reżyserii Mikity Iłynczyka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Owszem, nadal chce ją zdobyć i poślubić, ale nie dlatego że targają nim romantyczne uczucia. Dla niego, kapitalisty, który dorobił się na wojnie, dealmakera, który robi interesy z Rosjanami, związek z Izabelą (tu historyczką sztuki z inteligenckiej rodziny) to świetny interes, umożliwiający ostateczny awans klasowy. To znaczący gest – wystawić klasyczną powieść, w której jednym z głównych tematów jest wzdychanie mężczyzny do kobiety, w taki sposób, że wzdycha on nie do osoby, ale do statusu. Oczywiście, uczucie Wokulskiego do Łęckiej można podawać w wątpliwość już podczas lektury powieści Bolesława Prusa – pytać o jego charakter, próbować je definiować, ale pewna forma zauroczenia i fascynacji jest niewątpliwa. Tymczasem w przedstawieniu w Teatrze Dramatycznym Stanisław (Marcin Bosak) nie interesuje się Izabelą (Marta Ojrzyńska) – i choć mówi o miłości, to traktuje ją jak narzędzie. Postanawia się zakochać po to, by znaczyć więcej.

Miłość romantyczna to dla teatru artystycznego wciąż temat trzeciorzędny. Inaczej niż dla całej reszty współczesnej kultury. Dość wspomnieć fenomen ostatnich lat, czyli powieści Sally Rooney, określanej jako współczesna Jane Austen. Pisarska w dość wyjątkowy sposób opisuje skomplikowane związki dzisiejszych młodych dorosłych na tle społecznych nierówności. Miniserial na podstawie książki Normalni ludzie stał się przepustką do kariery dla Daisy Edgar-Jones i Paula Mescala, który w roli Connella zaproponował nowy wzorzec męskości: chłopaka z niewysychającymi łzami w oczach. Zakończenie serii złamało wiele serc. Kto nie czytał książki, ten nie spodziewał się happy endu, w którym główni bohaterowie zrywają ze sobą. Trzeba się rozstawać, żeby móc się rozwijać – sugeruje Rooney, ale też współczesna kultura indywidualistyczna, którą autorka portretuje.

Apetyt na romans wszech czasów

Artyści i artystki teatru jak dotąd nie wpadli na to, że z tematem miłości można pracować w sposób równie fascynujący, co na przykład z tematem rodziny. W ostatnich sezonach pojawiło się wiele spektakli o ojcach i matkach oraz ich relacjach z dziećmi. A przecież na terapii, gdy opowiemy już o rodzicach, wracamy do pierwszych, drugich i trzecich miłości. Jeszcze do niedawna tego rodzaju obsesyjne zajmowanie się krewnymi i genealogią wydawać się mogło przejawem konserwatyzmu, dziś już nikt tak na to nie patrzy. Głównie za sprawą teatru Katarzyny Minkowskiej, która poza serią przedstawień o rodzinie wyreżyserowała także spektakl o relacjach romantycznych (jako jedna z niewielu w ostatnich sezonach). Zaadaptowała, wspólnie z Małgorzatą Maciejewską, Sceny z życia małżeńskiego Ingmara Bergmana w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie (2025). Nie ośmieliło to jednak zbyt wielu twórców i twórczyń.

Historie stricte romantyczne wystawia się przede wszystkim w teatrach, które preferują tzw. sztuki dobrze skrojone i bez większych ambicji artystycznych, promowane znanymi z telewizji twarzami.

Historie stricte romantyczne wystawia się przede wszystkim w teatrach, które preferują tzw. sztuki dobrze skrojone i bez większych ambicji artystycznych, promowane znanymi z telewizji twarzami. To przedstawienia przewidywalne, przygotowywane z myślą o konkretnej publiczności, która ma swój gust i przyzwyczajenia. Sporą popularnością w całym kraju cieszy się na przykład Seks dla opornych autorstwa kanadyjskiej dramatopisarki Michele Riml (grany między innymi w Teatrze Polonia w Warszawie, Teatrze Nowym im. K. Dejmka w Łodzi, Teatrze Dramatycznym im. J. Szaniawskiego w Płocku, Teatrze im. J. Kochanowskiego w Radomiu, Teatrze im. A. Mickiewicza w Częstochowie), opowiadający o małżeństwie w kryzysie wieku średniego, które chciałoby ponownie wzbudzić w sobie pożądanie. Teatr poszukujący czy bardziej aspiracyjny mógłby się z repertuarów takich scen jak Polonia czy 6.piętro wiele nauczyć, podkradając popularne tropy i głębiej je eksplorując. Podobnie zresztą jak z popkultury, która często jako pierwsza odnajduje palące kwestie, by je szybko zmonetyzować.

Najbardziej promowany film tego roku? Wichrowe Wzgórza Emerald Fennell, czyli historia o tym, jak dwoje ludzi niezdolnych do stworzenia związku dręczy siebie nawzajem i rani innych. Kolejna ekranizacja słynnej XIX-wiecznej powieści Emily Brontë jest sentymentalna w treści, kampowa w formie i z BDSM-ową heroiną jako główną bohaterką – egocentryczna Cathy rozsmakowuje się w poniżaniu potulnego Heathcliffa; tak w życiu, jak w erotycznych grach. Czy to przełomowa narracja? Raczej nie. Interesujące jest jednak to, że reżyserka miała ambicję stworzyć Titanica dla kolejnego pokolenia – wielkie kino opowiadające o romansie wszech czasów. Fennell to artystka z intuicją, nie bagatelizowałabym tej potrzeby, biorąc pod uwagę, że trafnie rozpoznawała aktualne tendencje w świetnie przyjętej Obiecującej. Młodej. Kobiecie (Oscar za scenariusz) i co najmniej intrygującym Saltburn.

Białe duże łóżko. Na jego prawej krawędzi aktorka, tuż obok, ale już poza łóżkiem, siedzi aktor. Aktor milczy, aktorka, odwrócona do niego plecami, krzyczy.
Sceny z życia małżeńskiego, reż. Katarzyna Minkowska / fot. HAWA / Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie

Teatralne Wichrowe Wzgórza. Love To Die wyreżyserowała niedawno z powodzeniem Klaudia Hartung-Wójciak w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pretekstem do sięgnięcia po tę historię był znaleziony wśród stron powieści list babci reżyserki do dawnej, niespełnionej miłości. Śmierć bohaterki, wątek transplantacji serca i osobiste historie miłosne aktorek i reżyserki składają się w tym spektaklu na nieoczywisty teatr drogi. Opowieść Hartung-Wójciak jest bardzo bliska filozoficznego podejścia do tematu miłości, którego brakuje mi w teatrze i które polega na zadawaniu poważnych pytań o to, czym jest miłość (uczuciem, a może jednak działaniem?), jak na nas wpływa i jak możemy uczyć się kochać lepiej, a jednocześnie nie tracić z oczu jej politycznego wymiaru, czyli kultury kształtującej to, jak i kogo kochamy. W Wichrowych Wzgórzach. Love To Die najważniejszym tematem jest jednak miłosne niespełnienie.

Odzyskiwanie historii nieheteronormatywnych

Dziwne, że w czasach tak poważnego kryzysu relacji, diagnoz epidemii samotności, wycofywania się Zetek z budowania stałych związków i rosnącej liczby rozwodów polski teatr wydaje się tych wszystkich problemów nie zauważać. A przecież zmian jest więcej. Pojawiają się nowe formy relacji: situationship (czyli nie relacja, tylko raczej sytuacja), przyjaciele z korzyściami, otwarte związki, konsensualna niemonogamia, a także aseksualność czy aromantyczność – osoby identyfikujące się poprzez te kategorie również tworzą związki. Z tej perspektywy, osoby aseksualnej i aromantycznej, przygląda się miłości Aline Laurent-Mayard w książce Postromantyczność. Jak uratować miłość. I stawia odważną tezę: „Miłość romantyczna zajęła miejsce religii jako filaru bezpieczeństwa i stała się jednym z elementów strukturyzujących nasze społeczeństwo”. Niekonwencjonalne widzenie świata pozwala autorce zadać ważne pytania dotyczące mitu miłości romantycznej, społecznego przymusu dążenia do bycia w parze i dyskryminacji osób samotnych.

Teatr sięga po romantyczne opowieści głównie w kontekście mniejszości seksualnych i wykluczeń, pracując na rzecz odzyskiwania historii nieheteronormatywnych.

Teatr sięga po romantyczne opowieści głównie w kontekście mniejszości seksualnych i wykluczeń, pracując na rzecz odzyskiwania historii nieheteronormatywnych. Przykładem może być spektakl Nie całuj mnie teraz w reżyserii Olgi Ciężkowskiej z Teatru Współczesnego w Szczecinie, opowiadający o historii miłosnej Claude Cahun i Marcel Moore, czyli francuskich surrealistek z początku XX wieku, które spędziły razem całe życie. Ciężkowska wraz z autorką tekstu Julią Nowak nie skupiają się jednak na pokazaniu bliskości ich relacji, ale na tle społecznym i rosnących nastrojach faszystowskich – tworząc paralelę z teraźniejszością. Temat miłości nieheteroseksualnej eksplorują także Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima. Ostatnio w Strach zżera duszę z Teatru Śląskiego w Katowicach, traktującym o rodzącym się uczuciu między wdową (sprzątaczką z dwójką dorosłych dzieci) a Ukrainką (prowadzącą salon meblowy). Ale też w Lubiewie z Wrocławskiego Teatru Współczesnego na podstawie powieści Michała Witkowskiego o wrocławskim środowisku gejowskim.

Nie jest problemem fakt, że temat związków osób LGBTQ+ zajmuje obecnie więcej miejsca na teatralnych scenach niż relacje hetero. Ale może warto, by teatr dostrzegł również wojnę płci, która nie jest już tylko chwytliwym hasłem w mediach, lecz prawdziwym światopoglądowym rozjazdem między progresywnymi, lewicującymi kobietami a mężczyznami, którzy coraz częściej utożsamiają się z wizją świata skrajnej prawicy. W tegorocznym Dniu Kobiet „The Guardian” opublikował wyniki międzynarodowego badania przeprowadzonego na dwudziestu trzech tysiącach osób w dwudziestu dziewięciu krajach, z którego wynika, że aż jedna trzecia chłopców i mężczyzn z Pokolenia Z uważa, że żona powinna być zawsze posłuszna mężowi. Czy to nie jest wystarczająco ciekawy temat dla polskiego teatru?

Lista alarmujących zagadnień związanych z relacjami romantycznymi jest długa, ale istnieje przecież cały obszar cudowności związanych ze stanem zakochania czy pielęgnowaniem długich, głębokich relacji. „Zakochać się znaczy poczuć się tak, jakbyśmy przeniknęli przez stronę książki czy ekran i ujrzeli, jak nasze życie uruchamia fascynujące mechanizmy i procesy, będące zwykle dziełem genialnego umysłu dobrego pisarza czy dobrego scenarzysty” – pisze Mona Chollet. Teatru, który próbuje pokazać ten obezwładniający stan, nigdy chyba nie widziałam. Dlaczego? Przecież wszyscy słuchamy piosenek o miłości, czasem by podtrzymać euforię, czasem by sprowokować łzy.

Lubiewo, reż. Jędrzej Piaskowski / fot. Filip Wierzbicki / Wrocławski Teatr Współczesny

Z lęku przed byciem ckliwą

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ów brak wynika z patriarchalnego myślenia, które zainteresowanie sferą uczuć romantycznych każe traktować jako niepoważne, kobiece, wręcz pensjonarskie. bell hooks, amerykańska autorka prekursorskich esejów o miłości, pisała ponad dwadzieścia lat temu: „Kiedy ponad czterdziestoletnia singielka porusza tę kwestię [miłości – przyp. autorki], za każdym razem przyjmuje się seksistowskie założenie, że rozpaczliwie brakuje jej mężczyzny. Nikt nie widzi w tym fascynacji intelektualnej. Nikt nie myśli, że chodzi o ściśle filozoficzne przedsięwzięcie mające na celu zrozumienie metafizycznego znaczenia miłości w codziennym życiu. Nie, taka kobieta jest postrzegana jako osoba znajdująca się na prostej drodze do fatalnego zauroczenia”. Książka Wszystko o miłości. Nowe wizje na polskim rynku ukazała się dopiero w 2023 roku, choć cytowane przeze mnie słowa pochodzą z 2001 roku. Ta luka ma swoje konsekwencje.

Bez bell hooks temat miłości nie zyskałby rangi zagadnienia, którym mogą zajmować się poważne badaczki. Nie powstałaby na przykład książka Wymyślić miłość na nowo Mony Chollet (wydanie francuskie w 2021 roku, w Polsce rok później). Opóźnienie, z jakim eseje hooks dotarły do Polski, może być jedną z przyczyn dystansu, z jakim twórcy czy twórczynie (nie) odnoszą się do tematu, w obawie przed popadaniem w ckliwe tony.

Chollet w swojej książce, wydanej dwie dekady po hooks, zwraca uwagę na ten sam, nieprzemijający problem: wstyd i zagrożenie wynikające z prób poważnego zajmowania się kategorią miłości. „W moich książkach najczęściej jedynie gniew ma prawo bytu. Zapewne dlatego, że gdy piszę z myślą o publikacji, instynktownie przybieram postawę, która mnie najbardziej waloryzuje, której jestem najbardziej pewna. Delektuję się zuchwałymi feministycznymi żartami, dzięki którym mogę na przykład poskromić wpojoną mi skłonność do czekania na księcia z bajki, oswobodziciela […]. By jednak mówić o miłości, trzeba zaakceptować własną wrażliwość, pragnienia, słabości, wątpliwości – także czułostkowość, tę niestety jakże kobiecą cechę, którą uczymy się pogardzać i którą cenzurujemy. »Nie zgłębiłyśmy w pełni naszej silnej potrzeby miłości z obawy, by to wyznanie nie zaszkodziło naszemu wizerunkowi silnych, spełnionych feministek«” – kończy cytatem z hooks właśnie.

Mam przeczucie, że z tymi samymi kłopotami boryka się część dojrzałych polskich reżyserek, których spektakle o miłości chętnie bym zobaczyła. Problem wydaje się mniej obecny w młodszym pokoleniu. Klaudia Gębska w Amorii w Teatrze Barakah, czyli swoim instytucjonalnym debiucie, opowiada o poliamorii. Artystka, wraz z Miłoszem Mieszkalskim, dopisuje alternatywny, poliamoryczny ciąg dalszy do historii znanej z filmu Najgorszy człowiek na świecie w reżyserii Joachima Triera. Z kolei w jej najnowszej premierze, czyli Mężczyźni objaśniają mi świat Mariusza Gołosza na motywach Rebekki Solnit z Teatru Narodowego w Warszawie, bohater, któremu niewiele brakuje, by zostać incelem, spotyka na swojej drodze dziewczynę, która być może odmieni jego los. Reżyserka traktuje potrzebę miłości zupełnie serio, choć jest też w pełni świadoma wpajanych kobietom krzywdzących, romantycznych iluzji, czego daje wyraz w scenie z przekornie użytą piosenką Rebeka (najczęściej kojarzoną z repertuarem Ewy Demarczyk). „O mój wymarzony, / O mój wytęskniony, / Nie wiesz przecież o tym ty, / Że w małym miasteczku za tobą ktoś / Wypłakał z oczu łzy… / Że biedna Rebeka / W zamyśleniu czeka / Aż przyjedziesz po nią sam / I zabierzesz ją jako żonę swą / Hen, do pałacu bram… / Ten krzyk, ten gwałt, ten cud / Ja sobie wyobrażam, Boże mój…” – śpiewają wszystkie grające w spektaklu aktorki. Temat relacji romantycznych powracał również kilkukrotnie w ubiegłym roku na pokazach w ramach Forum Młodej Reżyserii, co opisywałam na tych łamach.

Magiczna rana, reż. Radosław B. Maciąg / fot. Natalia Kabanow / Teatr Studio w Warszawie

Romansowe uniesienie najłatwiej wyszydzić, co proponuje naczelna ironistka polskiej literatury, Dorota Masłowska – na przykład w opowiadaniu Rękopis znaleziony w butelce po fancie ze zbioru Magiczna rana. Już w pierwszych zdaniach pisarka zarysowuje żałosny portret głównej bohaterki: „Moje serce zawsze było skrytą bombą, a tamtej jesieni wybuchła ona ze szczególnym okrucieństwem, okaleczając głównie mnie. Miłość to w naszych czasach zdewaluowane, skompromitowane pojęcie, jednak przysięgam, że wtedy, tamtej jesieni coś w tym stylu się we mnie wydarzyło, gdy spółkowaliśmy w ciemnym pokoju najtańszego hotelu w centrum, więc łatwo sobie wyobrazić, jaki był to hotel… Ale bardzo korzystny cenowo, a żadne z nas nie srało pieniędzmi”.

Może to kwestia pokoleniowa, ale irytują mnie złośliwość i wyższość, z jakimi Masłowska opowiada o tym, co najbardziej ludzkie. Szydera, która bawi tylko szydercę, jest nużąca.

Może to kwestia pokoleniowa, ale irytują mnie złośliwość i wyższość, z jakimi Masłowska opowiada o tym, co najbardziej ludzkie. Szydera, która bawi tylko szydercę, jest nużąca. W scenicznej adaptacji Magicznej rany w Teatrze Studio w Warszawie Radosław Maciąg i Konrad Hetel oddają bohaterce sprawiedliwość, jednocześnie nie redukując wątków humorystycznych. Kobieta wierzy, że zakradając się do hotelu w okularach przeciwsłonecznych, jest co najmniej gwiazdą filmową i nikt jej tych złudzeń w spektaklu nie odbiera. Być może dzięki portretującej ją rewelacyjnie Ewelinie Żak hotelowe schadzki nie budzą wyłącznie politowania, ale także rodzaj przejęcia. Romans, w który się wdała, jest, owszem, tani. Ale to wzruszające, że bohaterka chce przedłużyć pobyt w przeznaczonym do rozbiórki hotelu, trzymając się nadziei, że kochanek jednak nie odszedł na zawsze. Maciąg zrobił przedstawienie z gatunku teatru psychologicznego, dzięki czemu to, co Masłowska zdaje się widzieć jako małostkowe, na scenie nabrało wagi.

Jeśli w polskim teatrze muszą obecnie dominować historie o wojnie, to życzyłabym sobie chociaż takich mikroscenek miłosnych jak w Magicznej ranie. A gdy już wojna nie będzie najważniejsza, chciałabym całej palety barw spektakli o miłości. Mogą być krytyczne, filozoficzne, erotyczne, sensualne, budujące i trudne. Nie muszą być wcale w duchu terapeutycznym (choć mogą), nie muszą nas naprawiać, mogą być na granicy poprawności politycznej, byleby twórcy i twórczynie przestali udawać, że ten temat nie istnieje i nie jest ważny.

Adrianna Wolińska

Doktorantka Uniwersytetu Łódzkiego, absolwentka studiów magisterskich Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie oraz studiów licencjackich produkcja teatralna i organizacja widowisk na Uniwersytecie Łódzkim. Współpracuje z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Publikowała w „Dialogu”, „Czasie Kultury” i „Czasie Literatury”.