A ty? Poszedłbyś?

A ty? Poszedłbyś?
Termopile polskie, reż. Jan Klata / fot. Michał Borowczyk / Agencja Wyborcza.pl
Lata mijają, a Klata wciąż opowiada to samo: że ojczyzna w śmiertelnym niebezpieczeństwie, że trzeba budzić się ze snu i łapać za broń, ostrzyć kosy i ruszać na wroga. Odpowiedzią na każde nowe wydarzenie zawsze jest tu powrót do ustawień domyślnych, czyli do polskiej martyrologii w wersji hard.

To na pewno nie jest porażka nowego dyrektora Teatru Narodowego. W wymiarze czysto teatralnym Termopile polskie w reżyserii Jana Klaty przynoszą sporo atrakcji: parę dobrych ról, dużo inscenizacyjnej inwencji. Podobnego poziomu energii, troski, by zagospodarować emocje widowni, zdobyć jej uwagę, nie widzieliśmy na tej scenie od dawna, może od Marata/Sade’a w reżyserii Mai Kleczewskiej z 2009 roku, a może wręcz od otwierającej dyrekcję Jerzego Grzegorzewskiego w 1997 roku Nocy listopadowej. Klata, po latach przepracowywania bolesnego rozstania z krakowskim Starym Teatrem, najwyraźniej odetchnął i znów tryska pomysłami. Pierwszym dowodem niedawni, bardzo chwaleni Krzyżacy z Olsztyna, kolejnym – Termopile… Można powiedzieć: wrócił dawny Klata.

Tyle że to w równym stopniu komplement, co sygnał zasadniczego kłopotu, z jakim się tu mierzymy. Klata w Termopilach robi generalnie to, co robił już wielokrotnie wcześniej, nie oferuje nic nowego ani w języku scenicznym, ani w sferze intuicji czy sensów. Może nie jest to autoepigoństwo, ale na pewno ciężki przypadek wierności samemu sobie. Nie chodzi nawet o to, że reżyser postanowił wystawić tekst już uprzednio przez siebie realizowany (Termopile… we wrocławskim Teatrze Polskim w 2014 roku przyjęto z dużym dystansem), raczej o to, że nie aktualizuje dawnych rozpoznań w nowych kontekstach. Tak jakby te same historie można było opowiadać po wielokroć w różnych sytuacjach, a nawet różnych epokach.

Najpierw powiedzmy, czym są Termopile polskie Tadeusza Micińskiego. Otóż nieprawdą jest to, co zwykle się o nich mówi: że to dramat skrajnie niezrozumiały, trudny w lekturze, wręcz niemożliwy do zainscenizowania. Rzeczywistość jest inna: to dramat polityczny osnuty wokół wybranych epizodów z historii Polski przełomu XVIII i XIX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem kolejnych rozbiorów. Oczywiście, mamy tu sceny wizyjne, tajemniczą postać Wity uosabiającej los Polski, a przynajmniej jedną z jego wersji, do tego wszystko w ramie przedśmiertnego majaczenia: bohaterem jest książę Józef Poniatowski, który tuż przed utonięciem w nurtach Elstery wspomina własne życie. Ale poza tym możemy w Termopilach… znaleźć spore ilości dynamicznego materiału literackiego z gatunku political fiction: opowieść o upadku króla Stanisława Augusta, insurekcji kościuszkowskiej, Targowicy. Jeśli dla współczesnego czytelnika tekst Micińskiego jest wyzwaniem, to chyba niekoniecznie z powodu zawiłości narracyjnych, większym problemem wydaje się marny poziom naszej ogólnej wiedzy historycznej: tu po prostu warto wiedzieć, kim był kniaź Potiomkin czy odróżniać konfederację targowicką od barskiej.

Klata adaptując Termopile… w Narodowym, próbuje tym kłopotom zaradzić: po prostu wybiera z Micińskiego to, co najbardziej czytelne. A więc tak naprawdę niemal wyłącznie historię upadku Polski w konfrontacji z imperium rosyjskim. Sam początek jest jeszcze dla widzów trudny: pierwsze piętnaście minut spektaklu to piosenka występującej na żywo formacji Gruzja (z nawiązaniem do Ludzi Wschodu legendarnej Siekiery), monolog Wity (Anna Grycewicz), scena z Witołdem, tajemniczym synem Wity i księcia Józefa, w oryginale 18-latkiem, tu niskorosłym mężczyzną (Arkadiusz Pyć) upozowanym na małego powstańca warszawskiego. Cała sekwencja jest zagadkowa, bez znajomości dramatu w zasadzie nieczytelna. Temperatura rośnie od sceny kolejnej, w której caryca Katarzyna (Danuta Stenka) spotyka się z Potiomkinem (Oskar Hamerski). To ostro rysowany, popisowo zagrany obrazek życia na wielkim dworze. Katarzyna pojawia się w ogromnej sukni, spod której wyskakują dworzanie, upozowani trochę jak gang z Mechanicznej pomarańczy, a trochę jak członkowie męskiej grupy striptizerskiej (w profesjonalnych ochraniaczach na genitalia i hokejowych koszulkach w rosyjskich barwach narodowych). Rozmowa Katarzyny z Potiomkinem to erotyczna gra w dominację – straszna, ale i zabawna.

Klata potrzebuje tej sekwencji, bo to Rosja (jako państwo, ale także idea) staje się jednym z jego głównych obiektów zainteresowania. To Rosja (w postaci Potiomkina) sprowadza nieszczęście na Polskę. To przed Rosją nie potrafi obronić się polska elita. Tę ostatnią reprezentuje przede wszystkim Stanisław August Poniatowski (Jan Frycz w dublurze z Jerzym Radziwiłowiczem; na premierze oglądaliśmy pierwszego z nich). Klata w taki sposób oczyszcza tekst Micińskiego, że zostaje z niego opowieść o niezdolnym do działania królu, który przez zaniechanie przegrywa i pogrąża własną ojczyznę. Ważne, że ów król to władający kilkoma językami, zaczytany w książkach i zasłuchany w muzyce liberał – miły, ale politycznie bezwolny.

Termopile polskie, reż. Jan Klata / fot. Michał Borowczyk / Agencja Wyborcza.pl

I to jest właśnie podstawowy sens tych nowych Termopil…: liberałowie nie ochronią nas w sytuacji wojennej. Będą grać na przeczekanie, dzielić włos na czworo, ostatecznie uciekną lub zaczną kolaborować z wrogiem, jednak nie staną do walki. Klata ostro aktualizuje tekst Micińskiego: nie o dwór Katarzyny mu chodzi, ale oczywiście o dwór Putina. I nie o Polskę XVIII-wieczną, ale o współczesną. A głównym celem ataku są ci, którzy jeszcze nie zdali sobie sprawy, że żyjemy w czasach już nawet nie przedwojennych, ale po prostu wojennych. Scenografia spektaklu (autorstwa Justyny Łagowskiej) to nie przez przypadek wielki plac zaoranej ziemi, pewnie gdzieś na ukraińskich polach, nad księciem Józefem (Karol Pocheć) często zaś krąży dron: umieszczona na nim kamera filmuje bohatera niczym żołnierza na rosyjsko-ukraińskim froncie, co widzimy na wielkim ekranie domykającym scenę.

Troska o przyjemności życia jest w tych warunkach – podpowiada Klata – gruntownie nieprzyzwoita. Liberalny świat się skończył i trzeba znów nauczyć bić się za ojczyznę. W jednej z ostatnich sekwencji na scenie zjawia się mnich (Cezary Kosiński), który wskazując kolejne osoby na widowni, namawia je do rachunku sumienia: „A pan ile miał kochanek? A pani?”. To prowokowanie warszawskich mieszczan, którzy – co po chwili sugeruje się wprost – przed ewentualną rosyjską inwazją na Polskę na pewno próbowaliby uciekać do Berlina czy na hiszpańskie wybrzeże.

Niby nie tylko liberałowie są winni. W spektaklu są także targowiczanie, bez niedomówień zrównani ze współczesną prawicą (kiedy tańczą wokół Wity, śpiewają hit prawicowego barda Jana Pietrzaka Żeby Polska była Polską). Ale ciekawe, że pojawiają się tylko na chwilę. Tymczasem performanse słabości króla Stasia ciągną się długimi minutami. Nie ma wątpliwości, kto mocniej angażuje zainteresowanie i emocje reżysera. Zresztą znamienne, że budowany w przedstawieniu portret Stanisława Augusta to w pełnej rozciągłości fantazmatyczne wyobrażenia na temat liberalnego polityka z głębin świadomości współczesnego polskiego prawaka. Klata rekonstruuje ten portret bez śladów ironii. Gdy Stanisław August w poddańczym tonie rozmawia z Potiomkinem, to mamy pełne prawo podejrzewać, że Klata sugeruje: zobaczcie, Tusk tak samo rozmawiał z Putinem na molo w Sopocie. Z prawackich fantazji pochodzi również obraz zarządzającego Polską kondominium rosyjsko-niemieckiego. By nie było wątpliwości, że Niemiec z istoty rzeczy jest równie zły, jak Rosjanin, Klata przekształca pruskiego generała w karykaturalnego nazistę obwieszonego Krzyżami Żelaznymi.

Nie jesteśmy w tych Termopilach daleko od świata, który Klata kreował w swych najgłośniejszych spektaklach z początków XXI wieku, choćby od H. (czyli Hamleta) z gdańskiego Teatru Wybrzeże z 2004 roku, gdzie zły Klaudiusz upodabniał się do Aleksandra Kwaśniewskiego, za obraz zdradzonej Polski zaś służyła zrujnowana Stocznia Gdańska, kolebka „Solidarności”. Tam Hamlet też chciał się bić w imię pamięci o poprzednich pokoleniach (uosabianych przez Ducha Ojca, wystylizowanego na husarza na koniu). Lata mijają, a Klata wciąż opowiada to samo: że ojczyzna w śmiertelnym niebezpieczeństwie, że trzeba budzić się ze snu i łapać za broń, ostrzyć kosy i ruszać na wroga. Odpowiedzią na każde nowe wydarzenie zawsze jest tu powrót do ustawień domyślnych, czyli do polskiej martyrologii w wersji hard, jak z akcji promocyjnych Muzeum Powstania Warszawskiego z manipulacyjnym pytaniem: „A ty? Poszedłbyś?”.

Ale może Klata ma rację: liberałowie sami są sobie winni. Nasz liberalny rząd długo się zastanawiał, kogo wybrać na kolejnego dyrektora Teatru Narodowego i ostatecznie wybrał kogoś, czyja wyobraźnia krąży gdzieś między rojeniami Jarosława Marka Rymkiewicza i Ernsta Jüngera. Tak jakby sam pomysł, że Teatr Narodowy mógłby być choć odrobinę mniej narodowy, był kompletnie nie do przyjęcia. Nic dziwnego, że Klata liberałów nie szanuje i otwarcie z nich kpi. Pierwszą część przedstawienia domyka w momencie uchwalenia Konstytucji 3 maja. Umieszcza króla Stanisława Augusta na środku sceny i każe mu śpiewać współczesny hymn narodowy. Zapala przy tym światła na widowni i sugeruje, że moment jest podniosły, a przy hymnie należy stać. I znaczna część widowni wstaje, jakby teatr przekraczał w tym momencie własne granice i stawał się czymś większym i ważniejszym. Podczas pokazu premierowego w pierwszej kolejności poderwał się sektor rządowy, z ministrą edukacji na czele. Nie można było przecież pozwolić, by naród dostrzegł, że rząd hymnu nie szanuje. Na moje oko Klata dostał dokładnie to, czego chciał: liberalnych polityków przyjmujących z pokorą drugoplanowe role w jego orgiastycznym widowisku polskości.

Teatr Narodowy w Warszawie, Tadeusz Miciński, Termopile polskie, reżyseria, adaptacja i opracowanie muzyczne Jan Klata, scenografia i reżyseria światła Justyna Łagowska, kostiumy Mirek Kaczmarek, dramaturgia Miłosz Markiewicz, choreografia Maćko Prusak, projekcje wideo Natan Berkowicz, muzyka na żywo Gruzja, premiera 22 listopada 2025.

Tomasz Plata

Doktor habilitowany, profesor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Kurator, autor książek, m.in. Pośmiertne życie romantyzmu (2017), Czułość nas rozszarpie (2024). Jako redaktor pracował m.in. w „Machinie”, „City Magazine”, „Filmie”, „Newsweeku”, „Art & Business”. Od stycznia 2025 roku redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”.