Burżua
Najnowsza dyrektorska premiera, która tylko nominalnie dotyczy istotnego problemu współczesności, jakim jest lęk Europejczyków przed uchodźcami, portretuje francuskie wyższe sfery. Możemy odetchnąć z ulgą – niezależnie od naszych aspiracji, zasobności portfeli i pochodzenia to nie jest opowieść o nas.
Po odejściu Izabelli Cywińskiej, już za dyrekcji Eugeniusza Korina (1989–2003), a potem Janusza Wiśniewskiego (2003–2011), Teatr Nowy w Poznaniu stał się miejscem, w którym dobrze czuła się mieszczańska publiczność. Nie był to tylko efekt dominacji łatwo rozpoznawalnych gatunków teatralnych, konserwatywnego repertuaru czy potwierdzania kompetencji kulturowych widzów. Swoje zasługi miała również organizacja relacji między sceną a widownią. Teatr honorował gości teatru, respektując ich miejsce w hierarchii społecznej, którą w ten sposób podtrzymywał i umacniał. Renoma Nowego jako miejsca kulturowej reprodukcji zmieniła się w 2011 roku, po objęciu dyrekcji przez Piotra Kruszczyńskiego. Na scenę przy ulicy Dąbrowskiego powrócił – niemal niewidziany tam po odejściu legendarnej Cywy – artystyczny ferment. Przedstawienia reżyserowane wówczas przez Michała Siegoczyńskiego, Monikę Strzępkę, Marcina Libera czy Jędrzeja Piaskowskiego miały potencjał wytrącania miejskich elit z poczucia samozadowolenia. Po kilku sezonach tytuły mające takie możliwości pojawiały się coraz rzadziej, przez co można było odnieść wrażenie, że okres nasilonych poszukiwań estetycznych był jedynie tymczasowym odstępstwem od normy. Wraz z kolejnymi premierami, często rzetelnie realizowanymi, lecz pozbawionymi zadziorności spektakli, powracała mieszczańska renoma Nowego.
Konwencjonalne realizacje Mikołaja Grabowskiego, Jerzego Satanowskiego czy Radosława Stępnia stworzyły w ostatnich latach stabilny grunt, na którego tle w repertuarze poznańskiego teatru wyróżniają się spektakle artystów „niepokornych”. Tyle tylko, że rewolucja wieku średniego, sygnowana przez Jana Klatę, który w Nowym niewybrednie „dyskutował” z ideą teatru równościowego i antyprzemocowego (Sen nocy letniej, 2023) czy Maję Kleczewską – ironicznie portretującą walczący feminizm (Lot nad kukułczym gniazdem, 2023), ma tu zaskakująco konserwatywne oblicze. Od czasu świetnej, ale niedocenionej przez krytykę Ambony ludu (2016) obie te skrajności znaleźć można także w emblematycznych dla teatru spektaklach reżyserowanych przez jego dyrektora: po wartościowej rozrywce muzycznego Stanu podgorączkowego (2020) Kruszczyński zrealizował tu Siostry! (2021), gdzie spomiędzy nawiązań do Czechowa sączyły się treści rozpoznane przez część widzów jako transfobiczne, a po interesującym, inicjującym dyskusję na temat eutanazji Prawie wyboru (2022) – skażone stereotypami Kilka dziewczyn/Some girl(s) (2023).
Najnowsza dyrektorska premiera, która tylko nominalnie dotyczy istotnego problemu współczesności, jakim jest lęk Europejczyków przed uchodźcami, portretuje francuskie wyższe sfery. Porządni ludzie to oparty na monologach, wykorzystujący szkolną stylistykę, nieco niedopracowany dramaturgicznie zbiór scen z życia niepodobnych nam elit, reprodukujący ich klasowe i rasowe uprzedzenia. Chociaż reżyser przykrywa to wszystko cienkim płaszczykiem ironii, a pod koniec spektaklu rzuca krótkie „żartowałem”, w zasadzie nie wiadomo, czy z rezerwą przestrzega przed niebezpieczeństwami stratyfikacji społecznej, której symptomy rozpoznaje też w Polsce, czy dystansuje się wobec świata podporządkowanego utrwalonej hierarchii. W obu przypadkach niewiele z tego wynika – znakomita większość nawet najporządniejszych poznańskich widzów nie rozpozna się w nieco przekrzywionym odbiciu postaci scenicznych. Możemy odetchnąć z ulgą – niezależnie od naszych aspiracji, zasobności portfeli i pochodzenia to nie jest opowieść o nas. Porządni ludzie nie powinni zakłócić naszego dobrego samopoczucia.
Spektakl Kruszczyńskiego jest adaptacją, wyróżnionej w 2023 roku Nagrodą Françoise Sagan, powieści Kingi Wyrzykowskiej. Ta Polka od wczesnego dzieciństwa mieszkająca we Francji, podobnie jak patronka nagrody, która nad Sekwaną należy do rozpoznawalnych, ale nienajważniejszych laurów literackich, sportretowała przedstawicielki i przedstawicieli klasy uprzywilejowanej. Używając oryginalnej, spersonalizowanej narracji, zaprezentowała sposób bycia, obawy i kapryśne pragnienia rodziny Simart-Duteil. Chociaż nie wprowadziła bezpośrednich komentarzy, literacki styl, wyolbrzymienia i zróżnicowany język jej prozy skutecznie obnażają bufonadę, ksenofobię, klasizm, homofobię i inne intelektualne mielizny będące udziałem bohaterów. Kruszczyński stara się podążać tym tropem. Samo wykorzystanie tekstu powieści nie wystarczy jednak, by wprowadzić ironiczny dystans wobec postaw postaci scenicznych. Próbę wzmocnienia go podejmują aktorki i aktorzy, wyolbrzymiając – w granicach konwencji realistycznej – cechy granych przez siebie osób. Mechanizm, subtelnie zabezpieczający czytelników i czytelniczki książki Wyrzykowskiej przed przyjęciem ukazanych perspektyw, w teatrze musi przybierać wyraźniejsze formy. Oglądamy zatem obyczajową opowieść z lepszego, choć niepozbawionego dziwactw, przyprawionego egzotyką świata, w którym siedemdziesięcioletnia wdowa ma twarz oraz figurę Gabrieli Frycz i dziarskiego, włoskiego kochanka, jak przestrogę adresowaną do „innych” ludzi.

Reżyser nie szuka w postaciach, fabule ani okolicznościach punktów wspólnych z polską rzeczywistością. Wystarczy mu fakt, że Monika, przedstawiona rodzinie podczas urodzin matki narzeczona, a potem żona chirurga plastycznego Samuela (Sylwester Piechura), pochodzi z Trójmiasta. Swojską odmienność postaci granej przez Marię Bruni, nigdy w pełni niezaakceptowanej przez rodzinę jej męża, podkreśla ukraiński akcent aktorki. Realizatorzy nie dają nam jednak zapomnieć, gdzie toczy się akcja: na samym początku spektaklu cytują głosy mówiących po francusku sąsiadów, które zapowiadają jego zakończenie, a potem wprowadzają kilka, jednoznacznie kojarzących się z Francją, muzycznych szlagierów (muzyka Paweł Dampc). Sześcioro aktorów siedzi na obrzeżach niskiego, ustawionego na scenie podestu. Wchodzą na niego kolejno, by w trzeciej osobie prezentować swoich bohaterów. Po każdym takim wystąpieniu zostawiają na podeście jakiś rekwizyt jako ślad swojej obecności. Te przedmioty – rakieta tenisowa, syryjskie kubki, sztućce, maskotki, walizka, przewrócone krzesło, dokumenty z archiwum po ojcu – nie tyle opisują te postaci (z wyjątkiem teatralnego, ciążowego brzucha zrzuconego przez Monikę), ile tworzą materialny stos innej, możliwej opowieści. Ta, która zostaje przedstawiona na scenie, owocuje nagłym, nieuzasadnionym dramaturgicznie przejściem postaci od obojętności do lęku.
Zaskakującą zmianę nastroju „wynagradza” użycie czytelnych – często zbyt wyrazistych – środków scenicznych. Podczas rodzinnego spotkania widzowie mają szansę poznać prawdziwe, ukrywane pod konwencjonalnymi maskami myśli postaci dzięki projekcjom treści wysyłanych przez nie wiadomości tekstowych. Po informacji o zamachach terrorystycznych dwoje bohaterów manifestuje swoje poglądy, zakładając koszulki z odpowiednimi nadrukami. Aspiracje Clothilde (nowa w zespole Teatru Nowego, pozytywnie wyróżniająca się w obsadzie Sara Kociołek), rzekomo pragnącej nieść pomoc uchodźcom na Morzu Śródziemnym, sprowadzają się do marzeń o romansie ze znajomą aktywistką na wyspie… Lesbos. Uzależniona od operacji plastycznych matka przybiera pozy wampa, a jej partner (Jan Romanowski) – uroczego macho. Odtrącony przed laty przez ojca, nieheteronormatywny Paul (Łukasz Chrzuszcz) planuje nowe otwarcie swojej kariery medialnej, o czym mówi kilkukrotnie, za każdym razem powtarzając ten sam, nieśmieszny dowcip oparty na grze słów. Emocji sztywnego Samuela nie poruszy ani polska żona, ani dziecko, ani informacja o nieznanym bracie, tylko groźba załamania kariery.
W pewnym momencie – pomiędzy pragnieniami, znudzeniem, irytacją i nijakością rodziny Simart-Duteil – pojawia się cień osoby z Bliskiego Wschodu, który po strzałach w redakcji Charlie Hebdo i zamachu w Bataclan nabiera złowieszczych cech. Ze sceny dwukrotnie pada stwierdzenie, że winni są muzułmanie. Porządni ludzie, nawiązując do tych samych zdarzeń, co Katarzyna Szyngiera, Mirosław Wlekły i Grzegorz Niziołek w Bóg w dom (2017), prezentują całkiem inną reakcję Francji na akty terroru. Łatwość ferowania wyroków, których unikali bohaterowie spektaklu Teatru Polskiego w Bydgoszczy, mogłaby być przestrogą dla widzów poznańskiego przedstawienia. Mimo groteskowości prezentowanych zachowań mam jednak wątpliwości, czy do wyjaśnienia wszystkich ukazanych paradoksów wystarczy – nawet najładniej odśpiewany przez postać, która w programie nazwana jest Syryjczykiem (Anas al-Khateeb) – hit Czesława Niemena Dziwny jest ten świat. Owszem – może stwierdzić poznańska publiczność, wracając do swoich bezpiecznych, wysprzątanych przez panie z Ukrainy mieszkań taksówkami prowadzonymi przez białoruskich kierowców – jest dziwny. Na szczęście – część widzów zapewne odetchnie z ulgą – jest gdzie indziej.