Jak się widza nie bije, to mu sumienie gnije

Jak się widza nie bije, to mu sumienie gnije
Potok. Ćwiczenia ze wspólnoty, reż. Wiktor Rubin / fot. Natalia Kabanow / Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach
„Jak wzbudzić w patrzących krzyk, torsję, mdłości?” – pyta aktorka ze sceny. Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin mają kilka pomysłów. Nie wiadomo tylko, po co właściwie chcą to robić.

Polska wieś, a właściwie Polska jako wieś. Taka poza czasem. Międzywojenna i współczesna. Istniejąca i nieistniejąca. Świętokrzyska Sodoma. Biblijna metafora otwiera i zamyka najnowsze przedstawienie duetu Rubin–Janiczak w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Czy ocalisz miasto – pyta Abraham Boga – jeśli znajdzie się w nim dziesięciu sprawiedliwych? A jeśli jeden?

Historia opowiedziana w Potoku. Ćwiczeniach ze wspólnoty jest lokalna i zbudowana na kanwie autentycznych wydarzeń z lat trzydziestych ubiegłego wieku, które miały miejsce we wsi Potok pod Opatowem. Wsi, której dziś już prawie nie ma. Zostało kilka domów, dziura w ziemi i cementownia Ożarów. I dobrze. Godne to i sprawiedliwe, że grzeszników spotyka kara. Boży gniew, dynamit, spychacz, industrializacja i rozwój przemysłu.   

Przedstawienie w reżyserii Wiktora Rubina zaczyna się od krótkiego filmu wyświetlanego na ekranie nad sceną. Dziennikarz Stanisław Wojdan (Dawid Żłobiński) wędruje po współczesnym Potoku w poszukiwaniu śladów po swojej matce. Ma ze sobą wielkogabarytową rzeźbę dłoni z wyciągniętym oskarżycielsko palcem. Maria Wojdan jest zarówno postacią historyczną, jak i symbolem – ofiarą patriarchalnej przemocy. „Takich życiorysów są tysiące” – powtarza co jakiś czas grająca ją Anna Antoniewicz. Takich Stanisławów, którzy nie radzą sobie z trudną przeszłością i nabytymi w dzieciństwie traumami, również nie brakuje. Syn Marii to najciekawsza postać. Zstępuje w przeszłość jak do piekła, ale nie szuka zemsty. Żłobiński wyekwipował swojego bohatera w dziwny spokój i wiarę, że w gnoju, krwi i wymiocinach znaleźć można okruch złotego światła. Trzeba tylko płukać.

Maria wychowuje się w wielodzietnej, ubogiej rodzinie. Od dziecka gwałcona przez najbliższych zostaje wygnana z domu i staje się zasobem wspólnym. Teraz gwałcą ją również sąsiedzi. Czworo nieślubnych dzieci wychowuje w dziurze w ziemi, którą wykopała w pobliskim lesie. Nie szuka pomocy. Jest bezwolna i niezależna jednocześnie. Chwilami można odnieść wrażenie, że sama wybiera partnerów. Innym razem, że jakikolwiek wybór jest poza jej zasięgiem: „Nie wiem, co to zgoda” – mówi. Maria to wzorcowy Inny, który konsoliduje społeczność. Nie da się być obojętnym wobec kogoś, kto kolejną dobę stoi przy drodze i utrudnia przejazd. Trzeba pomóc lub uderzyć.

Historia opowiedziana w Potoku… jest uniwersalna i zbudowana na kanwie rytuału. Dlatego rozgrywa się na wsi. Czarna, imitująca błoto wykładzina. Zarysy budowli z folii i drewna. Rynna z płynącą wodą, w której pierze się, sika, uprawia seks i umiera. Scenografia Łukasza Surowca i Marty Szypulskiej jest efektowna i generuje kilka zapadających w pamięć obrazów. Większość przedstawienia rozgrywa się przy zimnym, niemal laboratoryjnym świetle (Monika Stolarska), rozmywającym granicę między fikcją a reprezentacją. Rubin i Janiczak potrafią i lubią grać tym napięciem, co udowodnili w szeregu przedstawień. W Potoku… powtarzają sprawdzone chwyty. Weźmy scenę, w której aktorzy opowiadają o osobistych (?) doświadczeniach przemocy. Antoniewicz mówi, że zgwałcił ją jej chłopak. Beata Pszeniczna, że padła ofiarą napaści w ciemnej uliczce. Łukasz Pruchniewicz, że dziś nie ma siły, aby dzielić się swoją historią. Następnie Antoniewicz podaje widzom kartki oraz długopisy i zachęca, aby zapisali imię i nazwisko osoby, która ich skrzywdziła, i wrzucili kartkę do kapelusza. „Kacper”, „Markiewicz” – czyta dwa zapisy, gdy kapelusz wraca w jej ręce. A co, gdyby ktoś napisał pełne imię i nazwisko? Kielce nie są dużym miastem. Jaką wagę miałoby takie oskarżenie? I czy to rzeczywiście akt symbolicznej sprawiedliwości?

Spektaklowy Potok to miejsce tak straszne, że bardziej pasuje do Starego Testamentu niż świata zza okna. Nie wątpię, że w polskich wsiach działy i dzieją się rzeczy przerażające. Rozumiem też, że owa wieś to symbol, a nie realistyczny portret. Tyle że z symbolami w sztuce jak z grzybami w barszczu. „U Komasy czy Smarzola to nie wieś, bo trudno / dojrzeć wieś zza baru Studio” – rapował pewien dandys z Warszawy, a zarzut ten znajduje zastosowanie również w przypadku Janiczak i Rubina. Ile można patriarchalną przemoc przebierać w dziurawe buty durnych wieśniaków, co to może i nie tacy winni (bo przecież straumatyzowani wielopokoleniową pańszczyzną), ale jednak okrutni, okropni i obrzydliwi jak kiełbasa krakowska. Groteskowa kreska staje się nie do zniesienia w scenie dożynek, podczas której mieszkańcy śpiewają oklepaną jak stara kosa pieśń Z tamtej strony jeziora… do rytmu wybijanego na plastikowej beczce, żeby było, wiecie, rytualnie. Przydałoby się jeszcze nie mylić tekstu albo nie wyświetlać go na ekranie.

Kostium kostiumem, ale Jolanta Janiczak nie byłaby sobą, gdyby nie dopisała szeregu aktualizacji. Szczególnie irytujące są te odnoszące się do doświadczeń osób pracujących w teatrze. Kochani, wszyscy wiemy, że nie macie łatwo. Wciąż jednak lepiej niż chłopi w latach trzydziestych. Dobrym przykładem strategii swoistego shock value, którą stosują Rubin i Janiczak, jest decyzja, aby przerysowaną historię o teatralnych dzieciach (które celem zbilansowania domowego budżetu kradną jedzenie z premierowych bankietów), opowiedziały córki dwóch aktorek z obsady.

Potok. Ćwiczenia ze wspólnoty, reż. Wiktor Rubin / fot. Natalia Kabanow / Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

Twórcy Potoku… są uczciwi i jasno tłumaczą, o co im chodzi. Antoniewicz pyta na przykład, „jak wzbudzić w patrzących krzyk, torsję, mdłości?”. Rubin ma kilka pomysłów. Każe jej na przykład wypluwać przeżute kabanosy. Innym zaś aktorom w kolejnej scenie poleca wypreparować żyły z martwego noworodka. To akurat działa. Niby wiem, że to tylko sznurki wyciągane z plastikowej lalki, a i tak mam ochotę zamknąć oczy.

Martwe dziecko to najważniejszy symbol. Uszko w barszczu. Zamiast trafić pod opiekę wspólnoty, zostaje przez nią rozszarpane – jak kawał mięsa przez stado psów. Jego ciało, wykradzione matce, służy do rytualnej produkcji magicznych świec. Właściciel takiego artefaktu ma zyskać dwie doby niewidzialności. Wtedy będzie mógł pozałatwiać wszystkie sprawy i wziąć odwet na świecie, który go upadla. Brutalność tej historii wynika bowiem – jak komunikują co jakiś czas bohaterowie – z trudnych warunków życia. Byt kształtuje świadomość. Przynajmniej tak można tłumaczyć mieszkańców sprzed stu lat. A ich dzisiejszych odpowiedników? Czy to od pracy w ubojni mieszają się zmysły i tępi wrażliwość, jak usprawiedliwia bicie żony rzeźnik Władek (Andrzej Plata)?

Na początku przedstawienia Żłobiński mówi o przywileju beztroskiego oglądania opowieści. W kontekście historii Marii brzmi to sarkastycznie, ale w gruncie rzeczy uwaga jest na miejscu. Ile zostało nam czasu na spokojne chodzenie do teatru? 1939 rok w spektaklu nie nadchodzi. Może i ten w naszych biografiach nie nadejdzie. Może zostaniemy w miękkich fotelach, zatrwożeni pracą własnej wyobraźni i podekscytowani lub znużeni wysiłkami artystów, którzy próbują wytrącić nas z mieszczańskiego błogostanu. To łatwiejsze ćwiczenie ze wspólnoty niż mundur i zbiórka przed koszarami.    

Teatr. im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Potok Jolanty Janiczak, reżyseria Wiktor Rubin, scenografia, wideo Łukasz Surowiec, scenografia, kostiumy Marta Szypulska, muzyka Krzysztof Kaliski, reżyseria świateł Monika Stolarska, choreografia Magda Jędra, premiera 29 listopada 2025.

Dominik Gac

Krytyk teatralny i teatrolog. Redaktor „Teatru”, współpracownik portalu teatralny.pl, kwartalnika „nietak!t”, radiowej Dwójki i Instytutu Teatralnego. Przewodniczący Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współtwórca eksperymentalnych słuchowisk i projektów muzycznych.