JAN KLATA: Ja mam kadencję, jak Karol Nawrocki

JAN KLATA: Ja mam kadencję, jak Karol Nawrocki
Jan Klata / fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
„Nick Cave, stary pierdziel, konserwatysta, ciągle próbuje fascynujących rzeczy. David Bowie też tak miał. To są dla mnie wzory. Dzięki próbowaniu nowych rzeczy zachowuję wieczną młodość i mentalną żwawość. Podpisałem pakt z Dionizosem”. Rozmowa z nowym dyrektorem Teatru Narodowego.

DOMINIK GAC: Czuje się Pan Fortynbrasem? Niektórzy zobaczyli Pana w Fortynbrasie wchodzącym po trupach na scenę Teatru Narodowego w finale niedawnego Hamleta w reżyserii żegnającego się ze stanowiskiem dyrektora Jana Englerta.

JAN KLATA: Myślę, że te dynastyczne historie możemy sobie darować. Teatr Narodowy nie jest dziedziczną monarchią, był uczciwy konkurs z bezsprzecznie merytorycznymi kryteriami, każdy może sobie przeczytać programy i życiorysy kandydatów. Tak się składa, że ja jestem – jak to się pięknie i naiwnie mówi – propaństwowcem. Oczywista jest dla mnie ciągłość instytucjonalna, jednocześnie teatr musi się zmieniać, inaczej gnuśnieje wysiłek namysłu nad wspólnotą. Nie możemy robić tak, jak w skądinąd wspaniałych i zasłużonych dla kultury Chinach, że każda kolejna dynastia zaczyna od spalenia wszystkiego, co zrobiła poprzednia. A z tego co pamiętam, Fortynbrasem w pożegnalnym spektaklu jest Władimir Władimirowicz, więc to miejsce jest już zajęte.

DG: Ciągłość, o której Pan wspomina, widać w pierwszym ruchu repertuarowym. Przywozi Pan do Warszawy Wesele, które wieńczyło Pana dyrekcję w krakowskim Starym Teatrze.

JK: Widać. Były dwa spektakle do wyboru, obydwa Wyspiańskiego. Starsze Wesele i nowsze Wyzwolenie z Teatru Wybrzeże. Każdy pasowałby do Domu Wyspiańskiego, bo trzeba się odnosić nie tylko do bezpośredniego poprzednika, a Jerzy Grzegorzewski, autor konceptu Domu Wyspiańskiego, jest dla mnie niezwykle istotny, o czym pisałem w programie. Warto generalnie, zanim się coś powie lub napisze, przeczytać uważnie, ze zrozumieniem i dobrą wolą program.

DG: Czytałem.

JK: Nie mówię o Panu przecież. Grzegorzewski inicjował swoją dyrekturę w Narodowym, zapraszając spektakl ze Starego Teatru, były to Dziady. 12 improwizacji. Ośmioro aktorów z Wesela brało udział w tamtym historycznym momencie. Mam niezwykły szacunek dla tradycji teatralnej. Paradoksalny, ponieważ radykalny – w pierwotnym tego słowa znaczeniu, radix znaczy korzeń. Czyli wracamy do tego, co jest radykalne, co nie zdążyło obrosnąć spiżowo konwencją, do czasu, nim ludzie zaczęli to lubić. Ja z kolei lubię takie momenty artystyczne: muzyczne, teatralne, filmowe, kiedy mam do czynienia z pierwotnym wybuchem energii.

Lubię takie momenty artystyczne: muzyczne, teatralne, filmowe, kiedy mam do czynienia z pierwotnym wybuchem energii.

DG: Wróćmy do wyboru, dlaczego Wesele, a nie Wyzwolenie?

JK: Ponieważ tym spektaklem prezentuję się nie tylko jako reżyser, ale też dyrektor. Nawiązuję do misji w jednostce narodowej, która to misja została z powodów idiotycznopolitycznych przerwana w 2017 roku. Poza tym Wesele ciągle żyje i prezentuje siłę zespołu Starego Teatru, który odkąd stał się Narodowym, zawsze rymował się z tym warszawskim.

Ale Wyzwolenie też mogłoby być, bo Teatr Wybrzeże dyrektora Orzechowskiego ma jeden z najlepszych zespołów teatralnych w Polsce, być może teraz najlepszy. Praca nad Wyzwoleniem była niezwykle wymagająca na wielu poziomach, aktorzy musieli dużo poświęcić, żeby do tego spektaklu doszło. Jestem im bardzo wdzięczny. Natomiast tak się złożyło, że na festiwalu „Lamentacje” był pociąg IC WYZWOLENIE relacji Warszawa–Gdańsk–Warszawa, którym można było niedawno pojechać i to przedstawienie zobaczyć.

DG: A co Pan zrobi, żeby to Teatr Narodowy miał najlepszy zespół w kraju?

JK: W świecie futbolu ogromne emocje rozpalają transfery. Tymczasem znacznie istotniejsze jest rozwijanie piłkarzy, którzy już są w zespole. To jest syndrom nowej zabawki. Kupię lżejsze buty, to szybciej przebiegnę maraton. Nie, musisz trenować. W zespole Teatru Narodowego jest niemal siedemdziesięcioro aktorek i aktorów. Zadaniem dyrektora jest zorientować się w tym, co już jest, jakim potencjałem dysponuje zespół i czy ten potencjał wykorzystuje, czy może czeka na nowe bodźce i trzeba mu dać impuls. Więc odpowiem Panu tak, jak odpowiedziałem aktorom i aktorkom na spotkaniu w trakcie konkursu: nie będzie żadnych aktorskich transferów w ciągu pierwszego sezonu.

DG: A co z reżyserami i reżyserkami?

JK: To jest kwestia znalezienia nowych osób albo kontaktu z tymi, którzy już w Teatrze Narodowym pracowali, pozostawili interesujące spektakle i wykazali się wysoką kulturą pracy. Istotne, czy są dobrze wspominani i czy zespół rozwinął się w pracy z nimi.

DG: W Pana koncepcji konkursowej pojawiło się kilka nazwisk.

JK: Nie powiem nic, dopóki nie dowiedzą się o tym aktorzy. Swoją kadencję zacząłem 1 września. Spotkanie z zespołem mam 5 września. Środowisko teatralne, jak Pan na pewno zauważył, jest patologicznie niedyskretne. Jako osoba o naturze kontrarnej – walczę z tym. Nawet jeśli coś jest niemożliwe do utrzymania w tajemnicy, to mogę powiedzieć tylko: nie potwierdzam, nie zaprzeczam, pomidor.

DG: Jednak spróbuję. W programie pojawili się Małgorzata Bogajewska, Wojciech Faruga i Marcin Wierzchowski. Czy współpraca z nimi może się wydarzyć w tym sezonie?

JK: Może się wydarzyć, może się nie wydarzyć, a może się wydarzyć w następnych sezonach. Ja mam pięcioletnią kadencję, jak Karol Nawrocki.

DG: Na mieście mówi się jeszcze o Kamilu Białaszku i Katarzynie Minkowskiej.

JK: Tak. Proszę napisać, że posłałem długie spojrzenie w krajobraz Pola Mokotowskiego.

DG: Ale słowo „tak” padło.

JK: Tak, się mówi, pomidor.

DG: Z Białaszkiem zna się Pan z Akademii Teatralnej.

JK: Na Akademii Teatralnej kształci się wiele obiecujących talentów, jestem pod wrażeniem, stawiam na młodzież – bez ageizmu, oczywiście. Kontynuacja współpracy z Akademią Teatralną jest w DNA Teatru Narodowego. A co do Kamila Białaszka – miałem zaszczyt i przyjemność być jego oficerem prowadzącym na trzecim roku Wydziału Reżyserii. Świetnie zrobił Amerykę Kafki. Błyskotliwy, bardzo pracowity człowiek z niesamowitym talentem i niezależnością myślenia.

DG: Poza tym niezły raper.

JK: Nie byłem na koncercie, ale podobno Krystian Lupa był. Krystian Lupa po prostu cały czas „zdanża”. 

Swego czasu grupa młodych i bardzo młodych ludzi zrobiła wystawę na temat katastrofy klimatycznej w jednej z warszawskich galerii. Wkrótce po otwarciu ni z tego, ni z owego pojawił się… Krystian Lupa. Będę to mówił każdemu, kto chce i nie chce słuchać – Krystian Lupa jest najmłodszym reżyserem teatralnym w Polsce.

DG: Pewnie by się przydała taka świeża krew w Narodowym. Jak Pan dobierał te nazwiska, których nie chce zdradzić?

JK: W takich sprawach dobrze zacząć myślenie od siebie, bo to praktyczne i weryfikowalne. Wyreżyserowałem ponad 60 spektakli i za każdym razem myślałem o tym, żeby się nie powtarzać, żeby spróbować nowego podejścia, nowego tekstu, nowej estetyki. Żeby być otwartym na nowych współpracowników i nowe bodźce. I tego samego będę oczekiwał od instytucji, za którą będę odpowiadał.

Nie jestem ani cesarzem chińskim, ani dyktatorem. Jeśli ktoś tak o mnie mówi, to nie ma zielonego pojęcia albo charakteryzuje się złą wolą, albo jedno i drugie – to bardzo częste w naszym nieszczęsnym środowisku.

DG: Czy to będą decyzje samodzielne?

JK: Żadna decyzja w teatralnym procesie nie jest tak naprawdę jednoosobowa. Słucham pomysłów i mam własne. Nie jestem malarzem ani kompozytorem, który pracuje sam. Teatr jest raczej jak zespół muzyczny. Często jedna osoba pisze teksty, ale autorów muzyki jest kilku. Nie jestem samotną wyspą, choć jednym z moich ulubionych poetów jest Bei Dao, a jego pseudonim znaczy Północna Wyspa. Nie jestem ani cesarzem chińskim, ani dyktatorem. Jeśli ktoś tak o mnie mówi, to nie ma zielonego pojęcia albo charakteryzuje się złą wolą, albo jedno i drugie – to bardzo częste w naszym nieszczęsnym środowisku. Choć tak naprawdę nie jest to pytanie o sposób zarządzania, tylko o odpowiedzialność.

DG: To znaczy?

JK: Możemy opowiadać różne mądruty na temat kolektywnego podejmowania decyzji, a ostatecznie to Monika Strzępka jest rzucana na pożarcie, podczas gdy reszta kolektywu ma się świetnie. Był taki wspaniały filozof, który ostatnio nie ma dobrej prasy, bo okazał się ulubionym filozofem J.D. Vance’a – René Girard. On już dawno opisał to, co dzieje się od paru lat w środowisku teatralnym. Zachowanie względem PiS-u, wobec pandemii i tak dalej.

DG: Kozioł ofiarny to rzeczywiście świetna książka…

JK: A ja mam brodę, zauważył Pan?

DG: Owszem, ale zamiast wyprowadzać Pana za miejskie mury, wprowadzają Pana do gabinetu dyrektora najważniejszej sceny w kraju.

JK: Niekoniecznie ci sami, nieprawdaż?A plwocin środowiskowych ci u nas dostatek… Obcieram i idę dalej.

DG: Ma Pan nadzieję na zachowanie tych widzów, którzy w ostatnich latach swój teatr znaleźli właśnie na scenie Narodowej?

JK: Mam nadzieję, że będą się dobrze zachowywać… Na kilkunastu spektaklach, które widziałem w Teatrze Narodowym, widownia była pełna. Mam podobne doświadczenia z innych teatrów, w których reżyserowałem. We wrocławskim Teatrze Muzycznym Capitol jest siedemset miejsc na widowni, a Lazarus i Romeo i Julia są wyprzedane na miesiące do przodu. Podobnie w Gdańsku, gdzie gramy trudne Wyzwolenie, czy w Poznaniu. Zobaczymy, jak będzie z Krzyżakami w Olsztynie.

DG: Na inaugurację dyrekcji przywozi Pan Wesele sprzed ośmiu lat, pierwszą Pańską premierą będą Termopile polskie Tadeusza Micińskiego. A czy znajdzie się miejsce na widowiska niekoniecznie narodowe i oparte na wielkiej literaturze, pokroju wspomnianego Lazarusa Davida Bowiego?

JK: Niech rozkwita sto kwiatów. W Teatrze Narodowym jest bardzo różnorodny zespół. Nie każdy aktor nadaje się do każdej formy. Nie będę zmuszał sztangistów, żeby biegli maraton, panczeniści nie będą skakać o tyczce. Publiczność oczekuje różnorodnej oferty repertuarowej. Poprzednia dyrekcja starała się prezentować różne opcje i ja też tak będę robił – już od pierwszego sezonu. Bez jedynie słusznego monopolu estetycznego czy ideologicznego.

DG: Pozostaje pytanie o skalę tej różnorodności. Czy poszerzy Pan jej ramy względem poprzedniej dyrekcji? Czy na przykład Scena Studio stanie się domem dla bardziej eksperymentalnego teatru?

JK: Nie tylko Scena Studio. Będą bardzo śmiałe i ryzykowne przedsięwzięcia na Wierzbowej – high risk, high reward, jak powiedziałby William Shakespeare.

DG: Pytam o eksperymenty, bo jako dyrektor Starego Teatru gościł Pan na przykład Annę Karasińską – artystkę, która zajmuje się zupełnie innym wymiarem sztuki performatywnej niż teatr dramatyczny.

JK: A jako reżyser wystawiałem w Krakowie Dług Davida Graebera. Do Starego zapraszałem bardzo dziwne rzeczy. Mszę Artura Żmijewskiego z Janem Peszkiem jako księdzem, był też Król Edyp – eksperymentalna opera Strawińskiego/Piernikowskiego. Mieliśmy koprodukcję z festiwalem Unsound, zdecydowanie eksperymentalnym. Było tego sporo i nie ograniczaliśmy się tylko i wyłącznie do małej sceny. Generalnie, gdy popatrzy się na listę reżyserek i reżyserów, którym dałem możliwość zrobienia spektakli w Narodowym Starym Teatrze, to jest tam sporo nazwisk, o których nikt by nie pomyślał, że będą pracować na szacownej narodowej scenie. Mam zamiar kontynuować tę praktykę.

Jan Klata 1 września 2025 roku, tuż przed wkroczeniem do Teatru Narodowego / fot. Albert Zawada / PAP

DG: Nie wszystkie te kooperacje skończyły się szczęśliwie i nie wszyscy reżyserzy dobrze Pana wspominają. Nie mam na myśli tylko Olivera Frljicia, którego odwołana Nie-boska komedia doczekała się naukowych opracowań i osobnego spektaklu, ale także Wojtka Ziemilskiego, którego premiera nie doszła do skutku.

JK: Oliver Frljić był łaskaw mnie oszukać, a kiedy się to wydało, zdecydowałem się zakończyć współpracę. O perypetiach z panem Frljiciem wypowiedziałem się wyczerpująco w niedawnej rozmowie z Jackiem Cieślakiem na łamach „Rzeczpospolitej” – ciekawe, czy naukowe opracowania zostaną skorygowane o stan faktyczny. Natomiast sytuacja z panem Wojtkiem Ziemilskim była jasna od początku, realizatorzy wiedzieli, na jakich zasadach pracują. Aktorzy leczyli wtedy rany po Frljiciu i jego współpracownikach. Wiadomo było, że po trzech tygodniach prób z panem Wojtkiem Ziemilskim i panią Joanną Krakowską aktorzy mogą zdecydować, czy chcą projekt kontynuować. Wybrani przez twórców wybitni artyści jednogłośnie uznali, że ta praca ich nie rozwija. A zatem odwołanie premiery zdarzyło się raz – z Frljiciem – i zaowocowało jednym z najlepszych spektakli tamtego okresu, czyli nie-boską komedią. WSZYSTKO POWIEM BOGU! Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Jest zupełnie normalne, że ludzie czasami dochodzą do wniosku, że nie są dla siebie stworzeni. Im bardziej ryzykownie myśli się o teatrze i o sztuce, tym większe jest prawdopodobieństwo, że coś takiego może się wydarzyć. Wyważenie ryzyka jest istotne, natomiast ja zawsze wybiorę opcję bardziej niebezpieczną. Strzępka i Demirski też mogli zakończyć się katastrofą, a stali się lokomotywą mojej dyrekcji. Musiałem przekonywać czołowych aktorów Starego Teatru, żeby dali szansę tej dwójce przeklinających dresiarzy z Wałbrzycha.

DG: Teraz czołowe nazwiska z Pana nowego teatru grają u Demirskiego przed kamerą. Nie będzie Pan musiał ich przekonywać.

JK: Ale ja nie powiedziałem, że Paweł Demirski będzie pracował w Teatrze Narodowym w Warszawie.

DG: A będzie?

JK: Pomidor.

DG: Dlaczego nie lubią Pana w Krakowie?

JK: Niektórzy nie lubią mnie w Krakowie? Hańba!

DG: Marcin Kościelniak opublikował w „Didaskaliach” artykuł podsumowujący Pańską kadencję w Starym Teatrze. Pisze tam: „Wątpię w przemianę reżysera, który jeszcze niedawno ruch me too nazywał inkwizycją rodzaju żeńskiego. Rzecz w tym, że z takim hasłem w programie miałby utrudniony start w konkursie prowadzonym przez obecne władze ministerstwa”. Jak rozumiem, jest to podejrzenie, że na potrzeby konkursu ukrył Pan swoje prawdziwe poglądy, które mogłyby się nie spodobać obecnej władzy.

JK: Może pan Kościelniak nie wykupił abonamentu w „Gazecie Wyborczej”? Wtedy nie widać całego wywiadu, tylko tytuł (clickbaitowo-randomowy) i trzy pierwsze zdania. Ja też nie czytam wypowiedzi pana Kościelniaka w „Didaskaliach” – nie wykupiłem abonamentu – ale nie wątpię w jego dobrą wolę. Natomiast domniemywam, że pan Kościelniak czuje się władny wydawać świadectwa moralności – na podstawie wypowiedzi, z którymi się nie zapoznał, opatrzonych tytułem, którego nie zrozumiał.

DG: Skoro już mówimy o takich miłych sprawach… Istnieje teoria, według której Pańskie Wesele było spektaklem obliczonym na ukłon w stronę prawicy i konserwatywnych odbiorców. Niestety się nie udało i przestał Pan być dyrektorem Starego Teatru.

JK: Tak, kłaniałem się panu Ryszardowi Terleckiemu, pani Wandzie Zwinogrodzkiej i panu Piotrowi Glińskiemu przy pomocy blackmetalowej grupy Furia. Ale niestety operacja gięcia klaciego karku się nie udała. Gratuluję autorowi tej teorii… Nazwisko na pięć liter.

DG: Myślę, że akurat Furia jest bardzo konserwatywna i jednocześnie radykalna – w tym korzennym rozumieniu.

JK: Ja też jestem radykalny w rozumieniu korzennym, ale z całą pewnością inaczej niż minister Gliński z jednej strony, a redaktor naczelny „Teatru” z drugiej. Jestem w poprzek.

Na zdjęciu widać fasadę Teatru Narodowego i pomnik Wojciecha Bogusławskiego.
Teatr Narodowy w Warszawie / fot. Marta Ankiersztejn / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

DG: Wspomniane Termopile polskie Tadeusza Micińskiego wystawił Pan już wcześniej, w 2014 roku w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

JK: Hamleta też robiłem dwa razy. Do niektórych tekstów warto wracać. Czy to, co mnie uruchamia w tej fantasmagorii, uruchomi też artystów i widzów, zobaczymy 22 listopada na 260-lecie Teatru Narodowego. Oczywiście będzie to zupełnie inny spektakl niż ten wrocławski. Czasy są zupełnie inne i ja jestem zupełnie inny. Natomiast wydaje mi się, że jako zbiorowość jesteśmy w takim punkcie, w którym warto uwierzyć w jakiegoś wielkiego maga Hilderyka i jego genialno-grafomańskie intuicje.

DG: To jednak dość nieoczywisty tekst.

JK: Lubię nieoczywiste wybory. Wybór muzyki weselnej też był dość nieoczywisty. Przepraszam… był oczywisty – usiłowałem dogodzić Prawu i Sprawiedliwości oraz Ordo Iuris, żeby ocalić ciepły etacik, ale zostałem zdemaskowany. Promowałem prokreację, a to Polska właśnie.

DG: Co Pana pociąga w pracy z tekstem, który nie jest literackim arcydziełem? Termopile polskie to nie jest dramatopisarski pomnik bez skazy, którym wystarczy się zaopiekować.

JK: Nie ma takich rzeczy, które tylko wziąć i się zaopiekować. Zna Pan taki tekst?

DG: Wesele jest chyba blisko.

JK: Lubię uprawiać piknik na skraju drogi, podejmować ryzyko. Takim ryzykiem było zrobienie Wesela z zespołem blackmetalowym, cokolwiek dziś na ten temat mówi szanowny teatralny komentariat. Każdy wie, że Napoleon nie powinien iść na Moskwę, bo tam straszne zimy i jednocześnie każdy wie, że Hannibal i jego słonie po prostu powinni przejść przez Alpy. W światku teatralnym jest mnóstwo tego typu proroków post factum.

Na scenie wszystko się zmieści. To jest moje motto życiowe. Muszę się zastanowić, jak to będzie po łacinie.

DG: Jest jednak wyraźna różnica między Wyspiańskim a Micińskim.

JK: Lubię teksty, które są na pograniczu grafomanii. Chodzenie po linie. Udało mi się w życiu oddać kilka skoków spadochronowych i za każdym razem, tam na górze, człowiek zadaje sobie pytanie: za jakie, kurwa, grzechy? I jedyną rzeczą, która mnie wtedy powstrzymywała przed powiedzeniem: to jest idiotyczny pomysł, po co to sobie robić, był strach, że będzie mi wstyd przed innymi spadochroniarzami, że stchórzyłem w ostatniej chwili. Podobna motywacja skłania mnie do tego, żeby robić coś, co może się zakończyć spektakularną katastrofą, zamiast tego, co już po prostu umiem. To jest różnica między grupą Rolling Stones a ludźmi, którzy rozwijają się i błądzą. Mick Jagger ciągle nie może osiągnąć satysfakcji, a Nick Cave, stary pierdziel, konserwatysta, teraz wielbiciel monarchii, którego można nie lubić, ciągle próbuje fascynujących rzeczy. David Bowie też tak miał. To są dla mnie wzory. Dzięki próbowaniu nowych rzeczy zachowuję wieczną młodość i mentalną żwawość. Podpisałem pakt z Dionizosem.

DG: Z Dionizosem?

JK: A z kim? Przecież nie z Apollinem.

DG: Inni podpisywali z Borutą. Był Pan pod Grunwaldem?

JK: Po co miałbym być pod Grunwaldem, jak sam sobie zrobię Grunwald? Przyjadą prawdziwi ciężkozbrojni rycerze i będzie spektakularna ustawka, wie Pan. Tylko z kilkudziesięcioma kilogramami na grzbiecie. Sam hełm waży osiem kilogramów. Zobaczymy, kto zwycięży tym razem. Tylko koni żal.

DG: I ci rycerze zmieszczą się na scenie olsztyńskiego teatru?

JK: Na scenie wszystko się zmieści. To jest moje motto życiowe. Muszę się zastanowić, jak to będzie po łacinie.

DG: Dlaczego Krzyżacy, dlaczego Sienkiewicz?

JK: Bo ma do nas klucz. W Rodzinie Połanieckich jest opowieść o płodzie w formalinie, który porusza się w zależności od pogody. Więc trzymają go w domu, żeby wiedzieć, jaka będzie sytuacja na polu. Nie czytałem Rodziny Połanieckich, wiem o tym z biografii Witkacego, ale jeśli to prawda, to Sienkiewicz jest genialnym pisarzem.

DG: A Witkacy pojawi się na scenie Teatru Narodowego?

JK: Powinien się pojawić. W swoim czasie. Może pod koniec mojej piątej kadencji, może wcześniej. Nie w pierwszym sezonie.

DG: No dobrze, ale w Olsztynie nie wystawia Pan ani Rodziny Połanieckich, ani Bez dogmatu, tylko Krzyżaków, którzy po pierwsze są lekturą, a po drugie…

JK: Moment, chwileczkę, przepraszam. Czy mówienie o czymś, że jest ble, bo jest lekturą…

DG: Miałem na myśli, że to oczywisty wybór. Ikoniczny tekst z kultową ekranizacją. Rodzina Połanieckich byłaby w tym świetle trochę jak Termopile polskie.

JK: Jeśli to będzie sukces, to powiem, że sam wybrałem ten tekst, a jeśli to będzie monumentalna katastrofa, to już teraz chciałem powiedzieć, że to był wybór dyrektora Pawła Dobrowolskiego… Zachwyciłem się tym pomysłem i choć mam w tej chwili inne rzeczy na głowie, w okolicach Grobu Nieznanego Żołnierza, to z radością, pasją i satysfakcją przyjeżdżam do wspaniałego teatru w Olsztynie i robimy krzyżacką zawieruchę.

DG: Co Pana zachwyciło?

JK: Nie każdy tekst nadaje się do każdego miejsca. To jest genialnie perwersyjny pomysł, żeby wystawić Krzyżaków w Olsztynie na stulecie teatru, który Niemcy wybudowali jako wyraz wdzięczności dla ludności Allenstein i całego regionu za to, że w plebiscycie w miażdżącej przewadze opowiedzieli się za tym, żeby być częścią Niemiec. Treudank! To jest po prostu pomysł sataniczny i jako endecki pupil Ordo Iuris nie mogę się nim nie zachwycić, w ramach zachowywania substancji, oczywiście.

DG: Rozumiem, że to w tym kluczu dobrał Pan sobie współautorkę adaptacji, czyli pochodzącą z Warmii Ishbel Szatrawską?

JK: Jestem wielbicielem jej talentu, pracowitości, błyskotliwości… Choć bardzo żałuję, że po to, by zyskać tak wybitną autorkę, teatr musiał utracić wybitną krytyczkę – Fanny Kaplan. Przecież w środowisku teatralnym ujdzie wszystko, z obawy przed zemstą nikt głośno nie powie, że niekoniecznie godzi się zostać redaktorem naczelnym poważnego pisma i jednocześnie startować w konkursie na dyrektora artystycznego Teatru Narodowego, a po porażce „recenzować” programy konkurentów. Niekoniecznie można być recenzentem poważnej gazety, a jednocześnie dramaturgiem w Starym Teatrze u Marka Mikosa. A Isha jakoś zdumiewająco naiwnie pomyślała, że nieetyczne jest pisanie dramatów i znakomitych, wnikliwych, złośliwych i bardzo trafnych recenzji.

DG: Poza Szatrawską zebrał Pan grono sprawdzonych współpracowników.

JK: Zaiste. Maćko Prusak ze względu na nazwisko, Mirosław Kaczmarek ze względu na imię, Natan Berkowicz ze względu na maturalny wiek i świeże rozeznanie w szkolnych lekturach. Wielopokoleniowa drużyna tęczowego pierścienia. Moje imię i nazwisko tłumaczy się jako John Cage, żeby było coś dla grzybiarzy. Do tego migotliwego dream teamu w Olsztynie dołączyła Isha i to jest fantastyczny transfer.

DG: Transfer to jest chyba dobre słowo na koniec tej rozmowy.

15 września na konferencji prasowej Jan Klata ogłosił, że w najbliższym sezonie w Teatrze Narodowym obędzie się pięć premier. Termopile polskie Tadeusza Micińskiego w reż. samego Klaty, premiera 22 listopada. Niewyczerpany żart Davida Fostera Wallace’a w reż. Kamila Białaszka, premiera 13 grudnia. Słodki ptak miłości Tennessee Williamsa w reż. Małgorzaty Bogajewskiej, premiera 27 marca. Mężczyźni objaśniają mi świat Rebekki Solnit w reż. Klaudii Gębskiej, premiera w kwietniu. Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk w reż. Piotra Cieplaka, premiera w maju.

Dominik Gac

Krytyk teatralny i teatrolog. Redaktor „Teatru”, współpracownik portalu teatralny.pl, kwartalnika „nietak!t”, radiowej Dwójki i Instytutu Teatralnego. Przewodniczący Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współtwórca eksperymentalnych słuchowisk i projektów muzycznych.