Krwawo i głośno

Krwawo i głośno
Złe baśnie, reż. Marcin Liber / fot. Natalia Kabanow / Wrocławski Teatr Pantomimy
Liber wystawia mniej znane baśnie braci Grimm i proponuje wyestetyzowane widowisko, w którym bierze udział niemal cały zespół Wrocławskiego Teatru Pantomimy. To chłopacka zabawa w brutalność dla uszu i oczu.

Marcin Liber zrobił spektakl o tym, że zachwyca go okrucieństwo strasznych baśni braci Grimm. Dołączył do tego blackmetalową muzykę występującego na żywo zespołu THVN. Złe baśnie to przedstawienie dla tych, którzy obie te sympatie podzielają. Dla pozostałych widzów zostaje niewiele.

Zacznijmy od scenografii (Mirek Kaczmarek), która gra tu pierwszoplanową rolę. Wszystkie elementy obecne na scenie mają barwę czerwieni, poza białymi płytkami (ale i one toną we krwi). W prawym rogu sceny kafle rozciągają się z podłogi na dwie ściany, tworząc zarys upiornej sali, w której doszło do zbrodni. Stąd wypływa krew. Jest jej całe morze, w końcu w baśniach nie brakuje przemocy i śmierci. Na scenie leży kilka puf-mózgów, na których przysiadają czasami aktorzy. Po lewej stronie widzimy wysoką skałę. Bliżej widowni stoją stelaże, na które nabito ogromne kawałki czegoś, co przypomina mięso, a jeszcze bliżej rzeźba zarżniętej łani.

Zaczyna się od koncertu. Na scenę wchodzą aktorzy ubrani jak metalowcy z pomalowanymi demonicznie twarzami. Witają się wielokrotnie powtarzanym „cześć”, następnie dołącza do nich dyrygent (Jan Kochanowski) w długiej rubinowej szacie, która później okazuje się sutanną, a sam dyrygent – księdzem i szatanem jednocześnie. To on będzie kontrolował ich los, jak dyrygent kontroluje chór.

Aktorzy i aktorki śpiewają złowrogo, gdy kończą – zespół zaczyna grać, a tłum będący wcześniej chórem – szaleć (choreografia Hashimotowiksa). Od teraz sceny z porządku baśni i sekwencje muzyczne będą się co jakiś czas przeplatać. Ruch sceniczny jest dopracowany i dopieszczony aż do bólu, a jednocześnie wygładzony do granic możliwości. I choć kondycja aktorów Pantomimy zachwyca, trudno mówić o poczuciu wolności, które próbują wytworzyć sceny koncertu. To raczej obliczone na efekt obrazki – także wtedy, kiedy tłum rzuca w siebie plastikowymi kubkami po piwie.

Bohaterowie baśni są bezgłośnymi marionetkami. Poruszają ustami, ale nie mówią. Historie opowiada narratorka (gościnnie występująca Julia Totoszko) – świetnie budując tajemniczy, złowrogi klimat. Wyjątkiem jest wypowiadana przez aktorów fraza: „Szatan to szmata, kurwa garbata”, stająca się puentą niektórych opowieści. To jedyny gest podmiotowości ze strony bohaterów baśni, choć ich los i tak jest przesądzony.

Liber sięga po kilka tekstów braci Grimm, ich tytuły pojawiają się w tyle sceny, dzięki czemu łatwiej odnaleźć się w fabule. Stale powraca jednak do baśni Dziewczyna bez rąk. To historiao dziewczynie, której ojciec zawarł pakt z diabłem, poświęcając ręce córki. Po ich utracie bohaterka postanawia rozpocząć samotną tułaczkę po świecie. Jej kolejne losy śledzimy w następnych scenach. Motyw uciętych rąk pojawia się także w baśni Uparte dziecko, gdzie karą za nieposłuszeństwo wobec matki jest choroba dziecka, a w konsekwencji śmierć. Choć i po niej przysparza ono problemów – jego ręce złośliwie wystają z grobu. W spektaklu ucina je diabeł piłą maszynową. W scenie pogrzebu pada deszcz, słyszymy grzmoty, a żałobnicy stoją nad dzieckiem w czerwonych przeciwdeszczowych pelerynach. To ładny obraz, nie brakuje tu takich. Morałem płynącym z baśni jest przestroga: dzieci, bądźcie posłuszne swoim rodzicom, bo spotka was podobna kara.

Złe baśnie, reż. Marcin Liber / fot. Natalia Kabanow / Wrocławski Teatr Pantomimy

O cierpieniu dziecka opowiada także baśń O drzewie jałowca, w której macocha zabija swojego pasierba, gotuje go i podaje na obiad nieświadomemu ojcu i ich wspólnej, rozpaczającej córce, przekonanej, że to ona niechcący zabiła brata. Dusza chłopca zamienia się w ptaka. W inscenizacji Libera bohater, po tym jak został zamordowany, wspina się na wysoką skałę i stamtąd śpiewa: „Zabiła mnie matka, zjadł mnie mój tatka”. Prócz dzieci cierpią również kobiety – te z baśni o Siwobrodym mordującym swoje żony czy bohaterki Wieloskórki, w której król chce wejść w związek kazirodczy z własną córką.

To nie jest teatr zadający pytania o naturę zła czy ludzkich lęków. Chyba w ogóle nie zadaje pytań. To tylko opowieści, w których morały nikt już dziś nie wierzy. Twórcy zapowiadali, że celem spektaklu było pokazanie dorosłym, jak okrutne były baśnie braci Grimm, którymi karmiono nas dzieciństwie. Mnie karmiono innymi: Czerwonym Kapturkiem, Śpiącą Królewną czy Kopciuszkiem – przepuszczonymi przez maszynkę Disneya lub w innych złagodzonych wersjach. Jeśli rodzice czytali wam do poduszki wybór prezentowany w spektaklu, współczuję. Ale nie wiem, czy przedstawienie Libera jakkolwiek wam pomoże.

Oglądając Złe baśnie,można jedynie nasycić się ich intensywnością i okrucieństwem – podobnie, jak przypuszczam, można nasycić się intensywnością metalowego koncertu. Spektakl nie jest przerażający, trochę niepokojący, ale zbyt wyestetyzowany, żeby straszyć – powoduje raczej emocjonalne rozbicie. Niemniej, jak na zdolnego inscenizatora przystało, Liber panuje nad obrazem, zespołem i dramaturgią.

Wrocławski Teatr Pantomimy, Złe baśnie na podstawie Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznane baśnie braci Grimm w wyborze i przekładzie Elizy Pieciul-Karmińskiej, reżyseria, adaptacja Marcin Liber, scenografia, kostiumy, reżyseria świateł Mirek Kaczmarek, choreografia Paulina Jaksim, Katarzyna Kulmińska (Hashimotowiksa), muzyka THVN, premiera 9 stycznia 2026.

Adrianna Wolińska

Doktorantka Uniwersytetu Łódzkiego, absolwentka studiów magisterskich Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie oraz studiów licencjackich produkcja teatralna i organizacja widowisk na Uniwersytecie Łódzkim. Współpracuje z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Publikowała w „Dialogu”, „Czasie Kultury” i „Czasie Literatury”.