Nie w „tym temacie”
MŁODE OSOBY AKTORSKIE. – Swoją sztukę traktuję bardzo autobiograficznie. Ale chciałbym też pograć heteronormatywnych cis-kolesi – mówi Edmund Krempiński, pierwszy wyautowany aktor trans zatrudniony w polskim teatrze publicznym.
WITOLD MROZEK: Jesteś jeszcze aktorem? Nie ma Cię już w zespole Teatru Nowego w Łodzi.
EDMUND KREMPIŃSKI: Nowa dyrekcja ma inne plany na ten teatr i nie pasuję do nich. Niestety. Ale przeżywam właśnie początek nowej drogi. Ostatnio dużo rzeczy się ruszyło: w teatrze, performansie i kwestiach dramatopisarskich.
WM: Ale zaczęło się od Akademii Sztuk Pięknych. To była długa droga?
EK: Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to daleka droga. Ale dla mnie to było naturalne przejście. ASP dała mi interdyscyplinarność i myślenie o formie, które później bardzo przydało mi się w pracy scenicznej. Zresztą już na studiach szukałem form performatywnych i pracy z ciałem.
WM: Jak to się stało, że trafiłeś na Akademię?
EK: Na ASP poszedłem prosto z liceum. Byłem jeszcze taki, hm, nieopierzony. Spodziewałem się głównie projektowania – a było bardzo interdyscyplinarnie. Poza „projektówką” właściwie każdy mógł sobie te studia ułożyć indywidualnie. Przez pierwsze dwa lata mieliśmy mniej więcej te same zajęcia, a od trzeciego roku wybieraliśmy takie pracownie, jakie chcieliśmy. Z Wydziału Intermediów wziąłem performance u Artiego Grabowskiego, który też ma dość mocne zacięcie teatralne. Byłem tam przez rok. Niestety czuję, że nie wykorzystałem w pełni potencjału, bo nastała pandemia. A zajęcia z performanceʼu online, przed kamerą – to nie jest do końca to.
WM: Dlatego jako dyplom zrobiłeś film?
EK: Od początku czułem, że w ramach dyplomu chcę zrobić coś performatywnego. Albo performance na żywo, albo coś filmowego. Przeważył argument, że działo się to w pandemii. Performance na kamerce podczas obrony online – to mogło nie być do końca to. Chciałem zrobić coś z rozmachem, miałem duże ambicje, jeśli chodzi o start w zawodzie. Film ma też tę zaletę, że masz gotowy materiał do wysyłania na festiwale. Mogę Ci podesłać, jeżeli masz ochotę?
WM: Poproszę.
EK: Pomysł na ten materiał wziął się z dwóch rzeczy. Po pierwsze, z rozkminy, którą miałem w ramach zadania semestralnego w pracowni rysunku. Myślałem o tym, że byłem w życiu dziewięcioma różnymi postaciami, że od dzieciństwa ewoluowałem w różne wcielenia. Napisałem o tym. A potem doszła autodiagnoza: rozpoznałem tamtego siebie jako osobę sfrustrowaną życiowo. Uznałem więc, że chciałbym po pierwsze zrobić coś, co będzie opowiadało o mojej drodze jako osoby trans, ale też będzie rodzajem aktu psychomagicznego, który rozbroi wszystkie aspekty frustracji, z jakimi mierzę się w życiu.

WM: I magia zadziałała? Zaraz potem dostałeś główną rolę w spektaklu Wiktora Rubina Dobrze ułożony młodzieniec w Teatrze Nowym w Łodzi.
EK: Właściwie tak. Przy filmie pracowałem z Rafałem Domagałą, który jest kostiumografem, ale do tego projektu zatrudniłem go jako scenografa. Rafał dostał później pracę u Wiktora, który szukał kogoś do głównej roli w Dobrze ułożonym młodzieńcu i chciał, żeby to była osoba transpłciowa. Rafał powiedział mu, że zna takiego jednego i że zrobił z nim film. Pokazał Wiktorowi Skraj, który go urzekł. Spotkaliśmy się i dostałem rolę.
WM: I jak to było: wylądować w tej głównej roli między aktorami zawodowymi, bez szkoły teatralnej? To było trudne wyzwanie? Jak się z tym czułeś?
EK: Ułatwiło mi sprawę to, że nie byłem do końca świadom, w co w ogóle się pakuję. Dopiero z perspektywy czasu, gdy zacząłem robić inne spektakle i grać mniejsze role – mniej wymagające niż rola Eugeniusza – zobaczyłem, że zostałem wrzucony na bardzo głęboką wodę. Bo nie dość, że główna rola i bardzo dużo ruchu, to jeszcze i śpiewam, i tańczę, i rozbieram się, i mam interakcję z publicznością.
WM: Muszę Ci powiedzieć, że byłem bardzo zaskoczony, jak się dowiedziałem po obejrzeniu Dobrze ułożonego młodzieńca, że nie jesteś zawodowym aktorem.
EK: Miałem wtedy doświadczenie wyłącznie performerskie. No i teatralne, ale amatorskie. Przez całe gimnazjum i prawie całe liceum grałem w teatrach amatorskich. Przygotowywałem się też do egzaminów do szkół teatralnych.
WM: I zdawałeś?
EK: Nie, bo w połowie liceum postanowiłem, że tranzycja to jest to, co powinienem zrobić po liceum, a nie pakować się do szkoły aktorskiej
WM: Czyli tranzycja wykluczyła egzamin na aktorstwo?
EK: W połowie liceum, mając osiemnaście lat, zwizualizowałem sobie siebie, idącego na egzamin i zaczynającego studia aktorskie, i jednocześnie próbującego zrobić tranzycję. Wyobraziłem sobie, że znowu będę wciskany w jakieś formy, w których nie chcę być. Że, na przykład, będzie się ode mnie oczekiwać grania ról żeńskich. To był początek tranzycji, czyli moment, kiedy człowiek jest bardzo delikatny i jest w nim rodzaj desperacji, żeby jak najszybciej wejść w tę właściwą rolę życiową. Chce się jak najszybciej być akceptowanym i żyć na własnych zasadach. Uznałem, że muszę wybrać takie studia, które nie będą kolidować z tym procesem, a jednocześnie będę mógł się na nich rozwijać artystycznie. A że od dziecka rysowałem i malowałem, to stwierdziłem: dobra, no to czas zająć się robieniem teczki i nauką historii sztuki, a nie tekstów.
Wiktor Rubin i Jola Janiczak zaprosili mnie do procesu nie tylko jako aktora, ale też eksperta od tematu.
WM: Scena jednak znowu pojawiła się w Twoim życiu, bo przygoda z Wiktorem Rubinem wcale nie okazała się jednorazowa.
EK: I bardzo się z tego cieszę.
WM: Wróciłbyś do teatru, gdyby nie to, że dostałeś rolę w Dobrze ułożonym młodzieńcu?
EK: Myślę, że jest duża szansa, że performans – wcześniej czy później – zaprowadziłby mnie do teatru. Od dziecka czułem tak duży pociąg do sceny, że to było chyba nieuniknione. Zresztą na studiach na ASP miałem takie momenty, że nieśmiało zerkałem na zasady rekrutacji. Czy to do szkoły filmowej w Łodzi, czy to do Krakowa na Akademię Sztuk Teatralnych. Ale nie wiedziałem, jak się za to zabrać. Nie byłem też pewien, czy nie jestem na to za stary.
WM: Jak się odnalazłeś w tekście Jolanty Janiczak? To są bardzo intensywne, długie frazy, zapętlone…
EK: Bardzo lubię jej styl pisania. I bardzo lubię ją jako osobę. Nadajemy na podobnych falach. Jest też dla mnie ogromną inspiracją, bo od niedawna również zajmuję się pisaniem. Dość szczególną sytuacją było to, że Wiktor i Jola zaprosili mnie do procesu nie tylko jako aktora, ale też eksperta od tematu.
WM: Czyli miałeś wpływ na to, jak ten tekst wyglądał?
EK: Tak, jeżeli cokolwiek było wątpliwe albo moim zdaniem transfobiczne, to po prostu miałem o tym mówić. I faktycznie pewne zmiany do tekstu weszły.
WM: Dużo tego było?
EK: Nie, pojedyncze zdania.
WM: Potem nagle wzięli cię na etat aktorski w Teatrze Nowym w Łodzi…
EK: To było ogromne zaskoczenie. Nie zapomnę, jak Dorota Ignatjew zadzwoniła do mnie pewnego dnia, dwa–trzy tygodnie po premierze, czy mogę przyjść do niej do gabinetu na spotkanie. Zapytałem: „Czy chcesz mnie zwolnić”. Zaśmiała się: „Powiem ci, że wręcz przeciwnie”.
WM: Było dużo szumu, pierwszy aktor trans na etacie w polskim teatrze publicznym.
EK: Co chyba nie jest do końca prawdą. Zawsze podkreślam, że jestem pierwszym wyautowanym aktorem trans, a nie pierwszym w ogóle. Można założyć, że takie osoby już są, tylko po prostu o tym nie mówią. Nie chcę sobie uzurpować nie wiadomo jakiego pionierstwa.
Zawsze podkreślam, że jestem pierwszym wyautowanym aktorem trans, a nie pierwszym w ogóle.
WM: Zrobiłeś tam jeszcze spektakl z Remigiuszem Brzykiem. Klasykę dramatu, Śmierć komiwojażera Arthura Millera… Jakie to było doświadczenie po jednak mocno performerskim teatrze Janiczak i Rubina?
EK: Zupełnie inne. Trudno powiedzieć, czy to był bardziej wymagający proces. Na pewno praca z Rubinem i Janiczak była krótsza oraz znacznie bardziej intensywna. No i miałem tam główną rolę, a u Brzyka dostałem drugi plan w spektaklu ze znacznie większą obsadą. Wymagało to ode mnie dużej cierpliwości i pokory – trzygodzinny spektakl, dużo czekania. Trudnością było dla mnie granie bez mikroportów na dużej scenie (poza jedną sceną, gdzie była bardzo głośna muzyka, w której mikroporty były konieczne).
WM: Nie miałeś zajęć z impostacji…
EK: Nie miałem. To był taki moment, że czułem, że muszę dać z siebie wszystko, mimo tego, że nie mam dużej roli.
WM: Jesteś jako autor w programie Scena Nowej Dramaturgii w Rzeszowie. Co piszesz?
EK: Jestem tym bardzo podekscytowany. Będę kontynuował pracę nad tekstem, który zacząłem w Kutnej Horze, w Czechach, na rezydencji. Pomysł dojrzewał we mnie od jakichś trzech–czterech lat.
WM: O czym to jest?
EK: O Boże… Ostatnio to dla mnie bardzo trudny temat. Przy takich dłuższych procesach są chwile ekscytacji, ale też momenty zwątpienia, czy to w ogóle ma jakikolwiek sens. Całość jest inspirowana Pinokiem Collodiego. Odkąd wszedłem w proces tranzycji, utożsamiałem się z postacią Pinokia… Traktowałem tę opowieść jako alegorię tranzycji. I teraz, w swoim tekście, nie przerabiam powieści, tylko fantazjuję na temat tego, co dalej. Kiedy Pinokio jest już człowiekiem z krwi i kości, ale jeszcze nie jest prawdziwym mężczyzną… Jest dalej chłopcem.
WM: Co to znaczy?
EK: Po pierwsze, pozostaje w dziwnych zależnościach z toksyczną matką, która go upupia w tej chłopięcości. Jednocześnie odkrywa, że jego ciało dalej nie jest takie, jakie powinno być. I że ma potrzeby seksualne, których nie jest w stanie zrealizować. Całość jest o walce o męskość i dorosłość, ale w baśniowej formie. Na dłuższą metę myślę o tym jako o materiale na film. Ale na razie pracuję nad sztuką teatralną.
WM: Odzywają się do Ciebie osoby, które będąc w trakcie lub po tranzycji, rozważają aktorstwo? Pójście do szkoły teatralnej?
EK: Odzywa się do mnie dużo osób trans. Pytają o kwestie bardziej życiowe, społeczne i o samą tranzycję, ale nie o pracę w teatrze.
WM: Wydziały aktorskie w Polsce są gotowe na osoby trans? Masz jakieś myśli na ten temat?
EK: Myślę, że coraz bardziej. Zresztą na egzaminach na jednym z wydziałów poznałem chłopaka, który został tam przyjęty.
WM: A Ty – nie bałeś się, że jako aktor trans będziesz powiązany z jednym tematem?
EK: Dalej się tego obawiam i chciałbym robić jak najwięcej rzeczy, które nie będą „w tym temacie”. Oczywiście daję sobie prawo, żeby wciąż robić rzeczy właśnie o tym – bo to jest po prostu moje życie, a swoją sztukę traktuję bardzo autobiograficznie. Ale chciałbym też pograć heteronormatywnych cis-kolesi, spróbować się w tym odnaleźć. Do tej pory miałem szansę tylko u Brzyka.

WM: A praca z Robem Wasiewiczem przy Pięknym początku w Teatrze Studio w Warszawie?
EK: Tam grałem osobę poza czasem i poza człowieczeństwem – Kronosa.
WM: Bogowie nie mają płci?
EK: Zależy, jak na to spojrzysz. Ta praca była przecudowna, bardzo rozwojowa. Miałem poczucie, że Rob tworzy takie warunki, w jakich sam by chciał pracować jako aktor. I to było przepiękne. Bardzo lubimy grać ten spektakl, jest bardzo czuły. Zawsze będąc na scenie, czuję się poruszony i każdy przebieg jest dla mnie emocjonalnie inny, w zależności od tego w jakim momencie życia jestem. Ostatnio miałem bardzo szczególny przebieg, bo tydzień wcześniej odeszła moja babcia. A spektakl jest w dużym stopniu o jakimś końcu. I też o śmierci tak naprawdę.
WM: Grając w takich sytuacjach, bierzesz coś z tego prywatnego uczucia?
EK: Tak, zdecydowanie.
WM: A w ogóle: lubisz bebechy w teatralnych procesach?
EK: Tak. (śmiech)
WM: Powiesz coś więcej? Wiktor Rubin się z tym trochę kojarzy. Z takimi dość intensywnymi próbami.
EK: To rezonuje z tym, jak sam pracuję, ale nie zawsze było to dla mnie proste – jest w tym ryzyko. Pamiętam jedną próbę do Dobrze ułożonego młodzieńca, która była dla mnie ciężka. To była scena rozbierania. Miałem obiekcję, dotyczącą tego, że Eugeniusz ma pod spodem „tradycyjną” żeńską bieliznę – chodziło o to, żeby było więcej warstw ubrania. Pomyślałem sobie: „Dobra, jestem już długo w tranzycji, co mi się niby stanie, jak założę gorset?”. Ale jak założyłem, to uderzyła mnie jakaś dysforia. Popłakałem się i powiedziałem: „Nie, Wiktor, nie zrobię tego. To dla mnie za dużo”. Natychmiast z tego zrezygnowaliśmy.
WM: Sam pomysł, żeby rozebrać się do naga, był Twój, prawda?
EK: Tak było.
WM: Gracie jeszcze Dobrze ułożonego młodzieńca?
EK: Pewnie, dopiero co graliśmy. To dla mnie wciąż niesamowite, choć jestem już jakoś ustawiony z tym spektaklem. Pod koniec marca miną trzy lata od premiery. Sam temat też mam oswojony. Ale potem gram i widzę na twarzach ludzi autentyczne poruszenie, czasami łzy. Jestem w szoku, ale też zadowolony, że to dalej działa, że ten spektakl nadal wzbudza emocje. To ogromna satysfakcja.
WM: Chciałbyś być znowu w jakimś zespole aktorskim? Pracować w instytucji?
EK: Bardzo. Chciałbym nie mieć życia. (śmiech) To jest moje marzenie.
WM: A jak się odnajdujesz jako freelancer? Zrobiłeś spektakl FOR MEN w offie, w Scenie Roboczej w Poznaniu… To będzie jeszcze grane?
EK: Jest wstępny plan, żeby zagrać set w maju. Szukamy też – z Jakubem Dylewskim i Bożną Wydrowską – przestrzeni do grania w innych miastach. Bycie freelancerem? Na początku się bałem, a ostatecznie jest coraz lepiej. Jestem nawet podekscytowany. Miałem też ostatnio świetną przygodę, pracę z Karolem Radziszewskim. Pojechaliśmy do Sztokholmu z performansem Fag Fighters. To było ciekawe, bo interesuje mnie ruch. Jestem bardzo cielesny w swojej pracy i spotkałem się z zawodowymi tancerzami, aktorami teatru tańca po bytomskiej szkole. To było bardzo rozwojowe – świetna okazja, żeby pokazać się w najważniejszym aktualnie muzeum sztuki nowoczesnej w Europie. Bo byliśmy w Moderna Museet.
WM: Warsztat performerski się przydaje w takich sytuacjach?
EK: No pewnie. Ale aktorski również.