Przydałaby się strategia

Przydałaby się strategia
Joanna Szymajda / fot. Joanna Miklaszewska
TANIEC W „TEATRZE”. Instytut będzie znów instytucją bliższą środowisku – mówi Joanna Szymajda, nowa dyrektorka Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca. I zapowiada powstanie osobnego Instytutu Tańca.

WITOLD MROZEK: Byłaś wicedyrektorką IMiT do spraw tańca w latach 2010–2017, teraz będziesz tu dyrektorką. Jak wraca się do miejsca, które się współzakładało?

JOANNA SZYMAJDA: To zupełnie inny moment. Inaczej jest, gdy coś wymyślasz od zera, a inaczej wchodzisz do struktury, która już jest duża, w jakiś sposób ustabilizowana, ma swoje reguły – i trzeba się trochę do niej dopasować albo przynajmniej na początek ją zrozumieć. Oczywiście znam Instytut: wiem, jakie prowadzi działania, do kogo są one skierowane. Ale od wewnątrz to jest inna sytuacja niż w roku 2010 roku, a nawet w 2017. Potrzeby zarówno Instytutu, jak i środowiska też są trochę inne.

WM: A może oczekiwania środowiska tanecznego są cały czas takie same? Nadzieja na jakąś wielką zmianę, którą przyniesie założenie tej czy innej instytucji, zupełnie jak ponad piętnaście lat temu, gdy powstał IMiT…

JS: Rzeczywiście pewne oczekiwania są dość niezmienne. Ale z drugiej strony, nieco inne problemy zgłaszają chociażby młode osoby, które dopiero wchodzą do zawodu. Środowisko przyzwyczajone jest już też do programów Instytutu, które stały się nieodłączną częścią tanecznego ekosystemu i odpowiadają na jego potrzeby.

WM: Cały czas słychać, że brakuje przestrzeni dla tańca. Teraz sytuację ma po części naprawić Pawilon tańca i innych sztuk performatywnych w Warszawie…

JS: To też się powoli zmienia. Otwiera się Pawilon tańca, w Lublinie powstało – jako instytucja – pierwsze Krajowe Centrum Choreograficzne.

WM: Ministra kultury Marta Cienkowska powołała Cię na stanowisko dyrektorki na trzy lata. Czy zakładacie, że w tym czasie Instytut podzieli się na dwie placówki: Instytut Muzyki i Instytut Tańca? Tak jak obiecywano to piętnaście lat temu?

JS: To jeden z punktów mojego projektu.

WM: Był zapowiadający takie rozwiązanie głos ministerstwa, jeszcze za rządów Hanny Wróblewskiej.

JS: Tak, był taki głos. I takie rozwiązanie zostało wpisane do programu, który złożyłam jako kandydatka na dyrektorkę – ten program, podpisany przez obecną ministrę kultury, jest elementem mojej umowy z ministerstwem. Uważam, że to dobry moment na to, by Instytut się rozdzielił. Była o tym mowa już w pierwszym statucie Instytutu Muzyki i Tańca z 2010 roku.

WM: Trzeci paragraf statutu nadanego przez ministra Bogdana Zdrojewskiego brzmiał: „Instytut docelowo dąży do rozdzielenia na dwie niezależne od siebie instytucje: Instytut Muzyki i Instytut Tańca”. I tak dążył, i dążył…

JS: I jakoś do tego nie doszło… Chyba trochę dlatego, że nam się bardzo dobrze współpracowało – muzyce i tańcowi – przez te parę lat.

WM: Ale też chyba z powodów politycznych.

JS: Zapewne też. Trudno mówić o jakiejś jednej przyczynie, decydowały na pewno względy finansowe, i tak dalej. Teraz, w obliczu kryzysu wizerunkowego, z którym – nie ma co ukrywać – NIMiT musi się wciąż jeszcze mierzyć, jest dobry moment na przemyślenie właśnie misji, zadań i poniekąd przywrócenie na pierwszy plan tej podstawowej działalności.

Teraz, w obliczu kryzysu wizerunkowego, z którym – nie ma co ukrywać – NIMiT musi się wciąż jeszcze mierzyć, jest dobry moment na przemyślenie właśnie misji, zadań i poniekąd przywrócenie na pierwszy plan tej podstawowej działalności.

WM: NIMiT znalazł się w centrum uwagi ze względu na skandale wokół KPO, a nie na swoją działalność. W programie, w części o finansach, piszesz: „Należy liczyć się z ryzykiem związanym z rozliczeniem KPO”. Na czym to ryzyko miałoby polegać – teraz, gdy pieniądze są już rozdane?

JS: Zakończyły się nabory i kolejnego naboru KPO dla kultury nie będzie, natomiast elementem realizacji unijnych „kamieni milowych” jest również zamknięcie projektu. Czyli kontrola i sprawozdawczość. Musimy dokończyć ten etap – i on nie będzie krótki. Jako Instytut jesteśmy zobowiązani przeprowadzać bieżące kontrole wśród grantobiorców i stypendystów, ale i my możemy być przedmiotem kontroli, czy to ministerialnych, czy Komisji Europejskiej. Biuro KPO będzie działało jeszcze przez rok, żeby wszystko domknąć. A przecież mogą pojawić się też sprawy sądowe, przeciągając to jeszcze dalej. Całość procesów związanych z wydatkowaniem i sprawozdawczością powinniśmy zakończyć do czerwca 2026 roku. Taki jest plan. Wchodzę do Instytutu oczywiście na sam koniec tego procesu…

WM: Ale do sądu w sprawach wytaczanych NIMiT i dotyczących KPO będziesz musiała chodzić Ty – choć Cię tu wtedy nie było. Choć może raczej prawnicy…

JS: Jeżeli chodzi o KPO, spodziewamy się ewentualnie skarg administracyjnych, np. w związku z tym, że ktoś nie uznał rozpatrzenia odwołania. Oczywiście jest to dosyć normalne zjawisko i zdarza się przy wszystkich programach stypendialnych czy grantowych, tylko – z uwagi na liczbę projektów w KPO – może być tego po prostu więcej.

WM: No i ze względu na skalę niedociągnięć…

JS: Tak, ale ja nie jestem chyba najbardziej odpowiednią osobą do tego, żeby teraz mówić o przeszłości KPO. Mogę tylko powiedzieć, że będę starała się ten proces zamknąć najbardziej skutecznie, jak to możliwe.

WM: W Polskim Radiu mówiłaś, że będziesz chciała być może zatrudnić wicedyrektora czy wicedyrektorkę do spraw tańca. Zatrudnisz?

JS: Tak, już zdecydowałam. Przez chwilę wydawało mi się, że może sama będę się tym zajmować, ale po pierwsze dyrektor ma sporo obowiązków czysto administracyjnych i szkoda gdyby na tym cierpiała jakość pracy merytorycznej. A po drugie myślę, że dobrze by było mieć tu kogoś, kto może ma trochę inne spojrzenie niż ja.

WM: Masz już kandydatkę?

JS: Nie. To na pewno odbędzie się w ramach otwartego konkursu. Jak tylko zajmę się najpilniejszymi sprawami związanymi ze sprawozdaniami i rozliczeniami na koniec roku, zaraz potem szybko chciałabym ogłosić taki konkurs. Naprawdę bardzo jestem ciekawa, co wyniknie z tego rozwiązania i kto się zgłosi.

WM: Czy do NIMiT wróci program Scena dla Tańca? Do 2021 roku artyści mogli aplikować razem z teatrami czy innymi instytucjami o dofinansowanie pokazów swoich spektakli w tych przestrzeniach.

JS: Tego jeszcze nie wiem. Ten program w moim odczuciu jest bardzo potrzebny dla mniejszych miejscowości. Zobaczymy, czy będzie jeszcze interesował artystów. Mam nadzieję, że Scena dla Tańca wróci, ale nie chcę sama o tym decydować.

WM: Czym ma zajmować się Krajowe Centrum Choreograficzne w Lublinie?

JS: To naturalna ewolucja podmiotów, które już zajmują się tańcem – jak Lubelski Teatr Tańca, ośrodki w Kielcach czy Katowicach. Chodzi przede wszystkim o znaczenie symboliczne i o budowanie autonomii. Rodzaj działalności praktycznej tych ośrodków się nie zmieni. Będą nadal prezentować, produkować…

WM: Czyli, fizycznie, Krajowe Centrum Choreograficzne w Lublinie będzie działać w Centrum Kultury, jak dotąd Lubelski Teatr Tańca?

JS: Tak, ale będzie osobną instytucją, z – mam nadzieję – lepszym dostępem choćby do takich scen, jak w Centrum Spotkania Kultur. Dużo prostsze będzie też planowanie działalności czy budżetu.

WM: Czy warszawski Pawilon tańca może się przekształcić w centrum choreograficzne? Współtworzyłaś jego koncepcję…

JS: Na razie jego program jest koncepcją jednoroczną, a sam Pawilon to nadal część Muzeum Sztuki Nowoczesnej, więc to zupełnie inna sytuacja. Pawilon to przestrzeń piękna, ale mała. Na pewno nie wystarczyłaby na potrzeby takiego centrum choreograficznego, które miałoby być jednocześnie producentem, ośrodkiem kształcenia dla artystów, miejscem edukacji, rezydencji itd. Ale to dobra baza, żeby się połączyć z innymi miejscami w Warszawie i nawiązać stałą współpracę. To na pewno wspaniałe miejsce na początek. Nie musi być jednego modelu rozwoju takich centrów.

Pawilon to przestrzeń piękna, ale mała. Na pewno nie wystarczyłaby na potrzeby takiego centrum choreograficznego, które miałoby być jednocześnie producentem, ośrodkiem kształcenia dla artystów, miejscem edukacji, rezydencji.

WM: NIMiT odgrywa jakąś rolę przy tworzeniu nowych centrów?

JS: Na razie wspiera je przez program Przestrzenie Sztuki – to jest bardzo dobry pas startowy do budowy czegoś bardziej stabilnego.

WM: Krajowe Centrum Choreograficzne w Lublinie jest teraz osobną samorządową instytucją kultury. To docelowy model dla innych ośrodków?

JS: To jedna z możliwych formuł. W planach jest współprowadzenie lubelskiego Centrum przez ministerstwo. Wracając do pytania o rolę NIMiT – Instytut może przecież zgodnie ze statutem powoływać swoje oddziały. One nie muszą być w Warszawie – to może być też taka miękka forma stworzenia centrum choreograficznego, prostsza, jeżeli chodzi o procedury administracyjne. Bo powołanie nowej instytucji to dla miasta duży gest, również finansowy – zobowiązanie na przyszłość.

Instytut może przecież zgodnie ze statutem powoływać swoje oddziały. One nie muszą być w Warszawie – to może być też taka miękka forma stworzenia centrum choreograficznego.

WM: Nie będzie od razu afery, że jakieś ośrodki są faworyzowane przez NIMiT, jeżeli powoła on gdzieś swój oddział?

JS: Nie myślę w ogóle z takiej perspektywy. Taki oddział może być formą eksperymentu dwu-, trzy-, cztero-, czy pięcioletniego i później przekształcić się w coś bardziej stałego. Widzę tu rolę NIMiT-u nie jako nadzorcy, tylko instytucji, która oferuje wiedzę ekspercką, przygotowuje program rozwoju ewentualnej sieci centrów od strony merytorycznej – i ten rozwój ułatwia. Rozmawialiśmy niedawno na Kongresie Tańca, że powinna powstać spójna, rozbudowana strategia rozwoju tańca. Przydałaby się strategia, która łączy nasze możliwości oraz możliwości władz lokalnych i ministerstwa – i daje jakieś priorytety na najbliższe 15 lat. To pozwoliłoby na stabilny i systematyczny rozwój, na coś więcej niż system grantowy.

WM: Zapowiadałaś rozszerzenie programu wydawniczego Instytutu.

JS: Tak, chciałabym wzmocnić i poszerzyć ten dział, bo koncentruje się on na razie głównie na portalu. Musimy przemyśleć, na czym skupiać się będzie program wydawniczy – czy potrzebujemy popularyzacji skierowanej do wewnątrz, czy jednak powinniśmy próbować wychodzić poza polskich odbiorców i bardziej wpisywać się w dyskursy międzynarodowe.

Musimy przemyśleć, na czym skupiać się będzie program wydawniczy – czy potrzebujemy popularyzacji skierowanej do wewnątrz, czy jednak powinniśmy próbować wychodzić poza polskich odbiorców i bardziej wpisywać się w dyskursy międzynarodowe.

WM: Myślisz o współpracy z zagranicznymi wydawcami?

JS: Bardzo bym chciała. To spore wyzwanie, by zainteresować duże międzynarodowe wydawnictwo naszym regionem, ale to nie jest niemożliwe, jeżeli dobrze sprofiluje się publikacje. Nawiązując np. do projektu o tańcu w okresie PRL – to jest bardzo ciekawy temat do wykorzystania i bardzo dobry moment, by zaistnieć na szerszą skalę.

WM: Mówisz o projekcie badawczym o tańcu w okresie PRL, który realizujesz w ramach grantu w Instytucie Sztuki PAN?

JS: Tak. Obecnie piśmiennictwo międzynarodowe skupia się prawie wyłącznie na zimnej wojnie, na relacjach amerykańsko-radzieckich, na tematach takich, jak polityczne wykorzystywanie Jeziora łabędziego czy tournée Teatru Bolszoj. Na tym, co było elementem wielkiej polityki i budowania soft power. Sądzę, że dużo mocno niestandardowych rzeczy działo się wtedy w tańcu i w Polsce, i w naszym regionie. Bardzo ciekawe są także porównania między poszczególnymi krajami za żelazną kurtyną. Powinniśmy pokazać naszą perspektywę, uzupełniając tę, która wynika z dominującego spojrzenia amerykańskiego. To tylko przykład – jeden z obszarów, który można wykorzystać.

WM: A konkurs wydawniczy wróci?

JS: Powinien wrócić. Zniknął, o ile pamiętam, z powodu formalnych kłopotów związanych ze sposobem formułowania umów z wydawnictwami, więc trzeba się temu przyjrzeć, ale tak, powinien wrócić.

WM: Co dalej z Polską Platformą Tańca? Zapowiadasz w programie zwiększenie jej roli… Obecnie kierowana jest na zewnątrz, pokazuje polski taniec gościom z zagranicy?

JS: W założeniu pokazujemy polski taniec zagranicznym kuratorom, ale co najmniej połowę widowni stanowią jednak lokalni, polscy odbiorcy. To również moment spotkania środowiska, środowiskowej rozmowy. Na każdej Platformie, wydaje mi się, mamy za każdym razem podobne problemy.

WM: Pytania o selekcję i kryteria?

JS: Głównie to. Nie uczestniczyłam w żaden sposób w przygotowaniach do nadchodzącej edycji, ale jury było w całości międzynarodowe, co jest ciekawym pomysłem, bo niweluje perspektywę lokalną. Ale sądzę, że dobrze byłoby, żeby w komisji znalazła się chociaż jedna osoba z Polski, która czasami pokaże kontekst mogący uciekać zagranicznym kuratorom. W przyszłości będę pewnie chciała szukać równowagi między obecnością osób z zagranicy i z Polski.

WM: Selekcjonerzy zagraniczni opierają się wyłącznie na nagraniach spektakli?

JS: Tak, chyba że widzieli jakiś spektakl, na przykład w ramach Aerowaves. Ale zapewne 90 procent spektakli jest znanych jurorom tylko z nagrań.

WM: Gdzie będzie najbliższa Platforma?

JS: W styczniu ogłosimy wyniki konkursu. Mogę powiedzieć, że rywalizowały trzy miasta: Warszawa, Wrocław i Poznań. Z Warszawy były jednak dwa zgłoszenia od różnych organizacji.

WM: Budżet Instytutu to niecałe 25 milionów złotych rocznie?

JS: To jest dotacja podmiotowa, którą zastałam. Oczywiście bez środków na KPO i bez programów ministra…

WM: To chyba prawie dwa razy więcej niż wtedy, gdy IMiT ruszał?

JS: Nawet więcej. To całkiem sporo, no ale też Instytut ma teraz dużo więcej obowiązków, dużo więcej pracowników. Nadal uważam jednak, że to niezły budżet.

WM: Co nowego chciałabyś wprowadzić do Instytutu?

JS: Jeżeli chodzi o muzykę, chciałabym, żeby obszar działania Instytutu rozszerzył się o środowisko bardziej awangardowe, muzyki eksperymentalnej. Ono już jest uwzględniane np. w programach ministra, ale domaga się trochę więcej uwagi. Jeżeli chodzi o taniec, wprowadzimy nowy program dla zespołów baletowych, na przykład wsparcie wizyt pedagogów gościnnych. To bardzo ważny element rozwoju zawodowego, a często teatry po prostu nie mają funduszy, żeby zaprosić uznanych, międzynarodowych pedagogów. Realizowałam taki program w Teatrze Wielkim w Łodzi, w ramach KPO właśnie. Być może wprowadzimy wsparcie debiutów choreograficznych. Produkcje baletowe są bardzo kosztowne i wiadomo, że gdy odbywa się jedna premiera baletowa, każdy dyrektor chce mieć uznaną osobę na afiszu, więc możliwości debiutu jest niewiele. Chciałabym w jakiejś formule przywrócić program szczególnie mi bliski, choć może nie tak widowiskowy, czyli Myśl w Ruchu. Był on propozycją edukacyjną również dla małych ośrodków, gdzie nie ma sceny teatralnej – często w ogóle żadnej – oraz dostępu do zajęć z tańca.

WM: Jak widzisz politykę wynagrodzeń w Instytucie? Będą podwyżki?

JS: W tej chwili zapoznaję się z polityką płacową i regulaminem. Sprawozdania, które otrzymałam przed konkursem, są ogólne, bardzo trudno jest wyczytać z nich szczegóły. Dowiadujesz się, jaka część budżetów poszła na wynagrodzenia, ale nie ile dokładnie kto zarabia… Teraz dostanę dokumenty z kadr i dowiem się więcej niż to, jakie są średnie wynagrodzenia. Aczkolwiek wydaje mi się, że one są całkiem niezłe w stosunku do innych instytucji kultury, z którymi mam porównanie.

WM: A co z wysokością kwot przyznawanych w programach Instytutu? Gdy w 2014 roku wchodził program reorientacji zawodowej tancerzy i tancerek, stypendium na przekwalifikowanie się wynosiło 40 tysięcy złotych. Dziś to 50 tysięcy. To konkretna podwyżka, o 25 procent, jednak skumulowana inflacja przez te dwanaście lat wyniosła więcej… Ta kwota wzrośnie?

JS: Najpierw muszę się dowiedzieć, ile pieniędzy w budżecie w zeszłym roku było przeznaczone na projekt przekwalifikowania, ile było stypendiów, ile wypłaconych, ile zrealizowanych. Dochodzi jeszcze kwestia możliwych zmian w prawie… Bo nie wiem, czy wiesz, że złożony został projekt ustawy o przywróceniu wcześniejszych emerytur tancerzom.

WM: Nie wierzę, że to się stanie.

JS: Ale jest taki senacki projekt, wymaga monitorowania. Gdyby ta ustawa przeszła, to program reorientacji zawodowej wyglądałby trochę inaczej. Ale ja i tak jestem zwolenniczką tego, żeby tancerze i tancerki korzystali z możliwości przekwalifikowania i szukali nowych dróg zawodowych.

WM: Wspieranie zmiany ścieżki kariery to był jeden z programów założycielskich Instytutu; postulat środowiskowy, zanim jeszcze Instytut Muzyki i Tańca powstał.

JS: I jego wywalczenie zajęło bardzo dużo czasu. Szkoda byłoby go teraz stracić albo musieć ograniczać.

WM: Ten program się udał?

JS: Na początku mieliśmy problemy, czuliśmy lekki opór ze strony środowiska. Wiadomo, że ludzie się trochę bali, no bo decyzja o zmianie zawodu to zmiana tożsamościowa. Ale mamy przykłady, kiedy to się świetnie udawało. Dziś dużo młodych planuje swoje przekwalifikowanie, zanim jeszcze wejdzie do zawodu. Oni z wieloletnim wyprzedzeniem myślą, co będą robić później – często w ogóle nie przewidują tak długiej kariery tanecznej, nieco inaczej o tym myślą. Natomiast największy problem miały te osoby, które straciły prawo do emerytury, nie wiedząc wcześniej, że je stracą. Były na to kompletnie nieprzygotowane. Duża część tej grupy jakoś ten proces reorientacji już przeszła.

WM: W programie dostaje się 50 tysięcy złotych – właściwie na co?

JS: Wymyśliliśmy to tak: trzeba było mieć plan rozwoju zawodowego przygotowany we współpracy z profesjonalnym doradcą, czyli dokładnie przedstawioną ścieżkę rozwoju, ze wskazaniem, dlaczego akurat ten zawód i czy dana osoba ma do wykonywania go odpowiednie możliwości, kompetencje.

WM: I tę aplikację składało się do konkursu.

JS: I można było dostać wtedy maksymalnie 40 tysięcy na studia, na kursy. Również dofinansowanie – jeżeli ktoś nie miał dochodów – minimalnego zabezpieczenia socjalnego przez te kilka miesięcy, pokrycie kosztów dojazdów, noclegów… Innymi słowy: wszystkiego, co generowało koszty związane ze zdobyciem nowych kwalifikacji. I tu pojawiały się bardzo różne przykłady. Dużo osób chciało pozostać w orbicie taneczno-teatralnej, w obszarach takich, jak np. promocja w teatrze, obsługa techniczna. Dużo szło w kierunku fizjoterapii – ktoś, kto tańczył, zna doskonale funkcjonalność ludzkiego ciała, mięśni, więc ma świetny background, żeby zostać fizjoterapeutą. Pojawiał się pilates, joga, wszystko, co jest związane z praktyką ciała, ale w innych obszarach, też często wspomagających taniec. Ale były też wybory niezwiązane z tańcem i teatrem i to mnie najbardziej fascynowało. Zawody takie, jak na przykład kierowca ciężarówki, informatyk, hodowca koni. To pokazało też, jak duży potencjał tkwi w osobach, które zajmują się tańcem. Uważam, że to było bardzo potrzebne i odpowiadało na tamtą dramatyczną sytuację. Są osoby, które mogą tańczyć zawodowo do sześćdziesiątki czy dłużej, ja im gratuluję, ale dla większości jest to niemożliwe.

WM: Gdzie widzisz NIMiT za trzy lata?

JS: Myślę, że będzie przede wszystkim z powrotem IMiT-em…

WM: Zgubi przymiotnik „narodowy”?

JS: Nawet jeśli określenie „narodowy” zostanie, to Instytut znów będzie instytucją bardziej środowiskową, bliższą środowisku.

Joanna Szymajda – badaczka i kuratorka tańca. Obroniła pracę doktorską o estetyce tańca współczesnego w Europie po 1990 roku na Université Paris III Sorbonne Nouvelle i Uniwersytecie Łódzkim. Pracowała jako koordynatorka artystyczna Międzynarodowego Festiwalu Tańca Współczesnego Ciało/Umysł w Warszawie, kierowniczka baletu Opery Wrocławskiej, kierowniczka baletu Teatru Wielkiego w Łodzi. Od 22 grudnia 2025 dyrektorka Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca, którego wicedyrektorką ds. tańca była w latach 2010–2017.

Witold Mrozek

Krytyk teatralny i dziennikarz. Absolwent teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2012 roku współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Berliner Zeitung”, „Krytyce Politycznej” i „Didaskaliach”. Redaktor „Teatru”. Pochodzi z Bytomia.